Bądź na bieżąco – nasz newsletter
Umów się na konsultację
zapisz
się

Jak budować społeczność wokół biznesu i prowadzić życie po exicie – Tomasz Karwatka, Catch the Tornado

Tomasz Karwatka – przedsiębiorca, anioł biznesu, co-founder Catch The Tornado – platformy do rozwoju e-commercowych startupów, brat Piotra Karwatki, z którym realizuje wszystkie projekty. Współtwórca spółek takich jak: Divante – sprzedanej w 2020 r. przy dwucyfrowym wzroście rok do roku i ponad 20% EBITDA, Vue Storefront, Callstack, Open Loyalty, a także Tech To The Rescue – największej sieci technologicznej non-profit pomagającej organizacjom pozarządowym na całym świecie, części sieci Ashoka. Członek YPO i The Argonauts.

Tomek i Piotrek zaczęli tworzyć software i projekty internetowe już jako nastolatkowie, w 2007 r. sprzedali swój pierwszy projekt – agregator blogów – do Agory. A rok później – w 2008 – z pivotu projektu software’u powstało Divante, która zaledwie po 12 latach rozwoju została sprzedana jako jedna z wiodących firm technologicznych eCommerce w tej części świata do grupy Cloudflight z portfolio funduszu DBAG.

W 2021 założyli Catch The Tornado. Już w pierwszym roku działalności Forbes uznał ich za jeden z wiodących Venture Builderów w Polsce.

W rozmowie z Tomaszem Karwatką m.in.:

– Jak zaprojektować swoje życie po exitcie?

– Co jest miarą sukcesu i jak zmienia się wraz z upływem lat i doświadczeń?

– Dlaczego warto spróbować terapii jako środka do rozwoju osobistego?

– Czy potrzebujemy bezpiecznego community do budowania biznesu? [Catch The Tornado]

– Co daje próbowanie nowych rzeczy, które wywołują obawy?

– Jakie minusy ma czytanie zbyt wielu książek?

Książki polecane przez Tomka:

The Sociology of Money: Economics, Reason & Contemporary Society Nigel Dodd

Jak zmieniać. Jak stąd, gdzie jesteś, dostać się tam, gdzie. Angela Duckworth, Katy Milkman

 

Button
Marcin Prokop – szczery wywiad w Greg Albrecht podcast
00:00
00:00

Chcesz otrzymywać bezpłatnie najciekawsze materiały, które pomogą Ci lepiej prowadzić biznes i optymalnie rozwijać karierę? 

Zapisz się na www.gregalbrecht.io/klub, a co piątek znajdziesz w skrzynce garść inspirujących materiałów ze świata. Dołącz do tysięcy subskrybentów. W razie czego, zawsze możesz wypisać się jednym kliknięciem.

Szukasz wsparcia w prowadzeniu biznesu? Chcesz zostać partnerem podcastu? Poznaj Albrecht&Partners i umów się na rozmowę: www.albrechtpartners.com


Transkrypcja:

Dziś w Greg Albrecht Podcast, Tomasz Karwatka. Cześć Tomek!

Cześć wszystkim!

Jesteś przedsiębiorcą, który zrealizował exit. Jak się z tym czujesz?

No dobrze. Dobrze się z tym czuję.

Tak? Nie jest to tak, że myślisz sobie czasem – to było moje dziecko, które oddałem w obce ręce i dzisiaj to dziecko ma innego ojca, matkę lub zespół zarządzający, lub zespół nadzorujący – a ja przyglądam się temu i korci mnie czasem, żeby powiedzieć: „Och nie, drogie dziecko. Przecież mogłeś być pływakiem, a jesteś lekarzem”. 

Słyszałem ostatnio fajną taką anegdotkę, że firmy to nie są dzieci, bo nie łączymy dwóch dzieci w jedno większe dziecko. Nie sprzedajemy dzieci. Nie dajemy pod zastaw, i tak dalej. I generalnie to jest chyba trafne, więc nigdy nie traktowałem firmy jako dziecka. I też nie traktowałem firmy jako rodziny. To jest może bardziej alegoria właśnie zespołu jakiegoś takiego sportowego. Mamy jakiś cel, chcemy go osiągnąć, ale wszyscy musimy dobrze być dopasowani. I jak ktoś też nie jest dopasowany to nie jest to tak jak w rodzinie, że: „Wujku, nie pasujesz. Żegnamy”. A w firmie tak jest. I to jest jakby część prowadzenia firmy. Też jakby dobieranie dobrych ludzi i zarządzanie tym jak oni się rozwijają. Nie mam takich myśl i generalnie jestem mega happy z tego, że ja i Piotrek – mój wspólnik i brat – zrobiliśmy ten krok, bo dla mnie to jest takie trochę może też udowodnienie nam samym, że potrafiliśmy zrobić firmę, która fajnie działa bez nas. A wydaje mi się, że to jest jakieś tam osiągnięcie. Jestem z tego faktycznie zadowolony i dumny, bo to wymagało dużo pracy, ta część.

Czy Divante było Waszym pierwszym wspólnym biznesem? Czy gdzieś wcześniej jeszcze w garażu jako bracia robiliśmy lemonade stand albo cokolwiek innego, co można robić – co robią bracia?

Divante to był już któryś biznes nasz wspólny. Pierwsze pieniądze razem zarobiliśmy robiąc programy, bo generalnie Piotrek jest młodszy ode mnie. Jest taki trochę prodigy kid. Takim wiesz – geniuszem komputerowym. Jak miał trzynaście lat to pierwszy software sprzedał. I tak dalej. Razem robiliśmy po prostu rzeczy, bo lubiliśmy je robić. Niekomercyjne. Wtedy to się nazywało freeware. Czyli darmowe oprogramowanie. Robiliśmy takie rzeczy. W pewnym momencie przyszli do nas ludzie, którzy chcieli to od nas kupować i wydawać dalej na świat. W sumie zupełnie jako dzieciaki robiliśmy gry i programy, które były w kilkunastu krajach wydawane. Nie był to poziom sukcesu CD Projektu. Niestety. Ale dla nas to były wtedy duże pieniądze. Takie wspólnie zarobione. Później każdy z nas poszedł w swoją stronę, a potem zrobiliśmy taki serwis internetowy Agregator Blogów. I Agora go od nas kupiła. Też dla nas te duże pieniądze dzisiaj – to wiadomo, że to nie były tak duże pieniądze, ale było świetne takie zaufanie, którym nas duża firma obdarzyła. „Słuchajcie chłopaki, fajną rzecz zrobiliście. Chcielibyśmy to mieć”. Jak sprzedaliśmy właśnie ten serwis, to stwierdziliśmy – to fajnie jest robić razem. To róbmy na pełen etat razem. Zaczęliśmy robić software. To nam nie wyszło. I z piwotu tego powstało Divante. To był jakby trzeci biznes wspólny, ale który na początku nie wyszedł. I jakby to był taki piwot ratunkowy. W ogóle pójście do e-commerce. 

Powiedziałeś, że to nie był sukces na miarę CD Projektu. Bardzo lubię to słowo sukces, bo ono ma jak dobry tort – wiele warstw. I w dodatku każdy widzi inny tort. Jak Ty mierzysz sukces tych przedsięwzięć? I jak to zmieniło się w czasie od tego momentu, kiedy wtedy tworzyliście ten freeware, który stał się dostępny w różnych krajach. Swoją drogą ciekaw jestem co to było. I jak dzisiaj mierzysz sukces.

Fajne pytanie. Wiesz co? Myślę, że wspólną rzecz, którą ja i Piotrek mamy, tak jak wspólnie myślimy o tym co jest sukcesem – to jest jakiś rodzaj wpływu na rzeczywistość. I w robieniu tego freeware’u, robieniu rzeczy niekomercyjnych – było bardzo fajne to, że tam nie ma bariery wejścia dla odbiorcy. I nas to bardzo cieszyło. Nas bardzo cieszyło to, że ludzie tego używają, że to jest masowe, że dostajemy feedback od różnych ludzi, że to jest fajne, że przydatne. I tak dalej. I to była dla mnie definicja wtedy sukcesu. I teraz nadal jest. Wydaje mi się, że nas to bardzo napędza. To znaczy ja lubię robić rzeczy, które rosną, które docierają do ludzi, które generują feedback. To jest takie oczywiście trochę o łechtaniu ego. Trochę też się śmiejemy z Piotrkiem, że my lubimy taki trochę cykl wydawniczy jak muzycy, jacyś artyści – że zaszywasz się, robisz coś fajnego i potem to pokazujesz ludziom. I oczywiście możesz udawać, że Cię to nie rusza co oni o tym myślą. Oczywiście, że Cię rusza. Trochę po to to robisz, bo inaczej byś to chował do szuflady. Jak myślę właśnie o sukcesie CD Projektu, bo to jest dobre pytanie. To mnie najbardziej jara w CD Projekcie ich impakt taki kulturotwórczy. To, że to jest świetna firma, ale wszystkie firmy świetne i nieświetne mają lepsze i gorsze lata tak biznesowo. Natomiast nie wszystkie firmy są na tyle ambitne, że zmieniają coś w świecie, tworzą kulturę. CD Projekt jest z pewnością taką firmą. Dla mnie to jest ten sukces, że chłopaki z Polski robią rzecz, że wiesz… Jak się spotykałem jeszcze parę lat temu z moimi przyjaciółmi z Niemiec, to miałem takie case’y, że wiesz – ktoś mi ze łzami oczach dziękował jako Polakowi, że zrobiliśmy Witchera. Mówię: „Kurczę, okej. Dzięki bardzo. Nic z tym nie mam wspólnego”. Bo dla niego to była tak ważna i świetna gra. Niesamowite takie wiesz sytuacje. 

To jest rzeczywiście jakiś taki poziom powiedzmy pewnego dziedzictwa i takiego wpływu, który wykracza zdecydowanie poza biznes per se. Czyli rzeczywiście kreuje po prostu jakby styl życia. I pewnie nie wiem ilu, ale pewnie z miliona ludzi na świecie. Nie wiem ilu graczy jest w takiego Witchera, ale zakładam, że statystycznie z milion osób na pewno w to gra. 

No możliwe, możliwe.

Bo jednak to jest jakby taka duża kategoria rosnąca. Ciekawe bardzo spojrzenie na to. I rzeczywiście czuję tę ekscytację, że może to jest jakaś wspólnota wartości między nami w tej kwestii. Czy sukces finansowy, czy powiedzmy zaspokojenie swoich potrzeb finansowych na poziomie, który starcza człowiekowi do tego, żeby spokojnie sobie jakby robić co się chce – powiedzmy – przeszkadza w tym, żeby kontynuować działania? Czy jest taki aspekt, który uważasz demotywuje do tego, żeby podejmować się nowych rzeczy albo jak to ewentualnie zmienia sposób w jaki prowadzisz nowe przedsięwzięcia?

Wydaje mi się, że trochę jest jeszcze za wcześnie, żebym Ci tak odpowiedział na to, mówiąc zupełnie szczerze. Ja teraz dopiero jakby kurczę po roku od wyjścia z Divante takiego już… Nie jestem operacyjnie w żadnym biznesie. To dopiero po roku zacząłem się wychillowywać. Brakowało mi takiej trochę adrenaliny związanej z prowadzeniem biznesu. Zacząłem robić dużo różnych rzeczy. Takich, żeby sobie tę adrenalinę generować. I dopiero po jakimś czasie robiąc terapię – zrozumiałem, że to robię jako taka kompensacja, że tak naprawdę to nie robię tego może wszystkiego, bo chciałbym to robić. Tylko jakby zasypuję jakąś dziurę. Trochę sobie wychillowałem to. Stwierdziłem: „Okej. Kurczę, nie muszę. Nie jestem w pracy. Nie muszę chodzić na dwadzieścia zajęć pozalekcyjnych”. I to dopiero daje jakąś tam perspektywę. Nie wiem – myślę, że to po prostu bardzo też zależy od ludzi. Myślę, że przedsiębiorcy generalnie lubią chyba robić, budować coś. Wiadomo – chciałbym coś budować sobie dalej. Natomiast chciałbym, żeby to miało – znowu właśnie taki jakiś impakt na rzeczywistość. I być może dla części osób jakieś takie życie po exicie – to o tyle jest fajniejsze, że jak na przykład bardziej teraz myślę o tym impakcie, a mniej mogę myśleć o tym czy on będzie generował dla mnie cash. Impakt można mieć w różny sposób. Można robić bardzo fajny, komercyjny produkt, który pozytywnie zmienia życie ludzi. Ale w niektórych aspektach, żeby zmieniać życie ludzi – trzeba zrezygnować z zarabiania. I to też jest super. Znaczy to jest rodzaj luksusu, że tak możesz w ogóle o takich rzeczach. To jest też super.

Tak, na pewno. To jest taki luksus. Wolność jest luksusem. 

Wolność jest luksusem. Tak. Wiesz co? Dużo rozmawiałem o wolności z różnymi osobami, które wydawało mi się, że mają tę wolność. I to jest ciekawe, że często tak tylko wydaje się osobom, które są na zewnątrz. I tak na końcu powiem Ci, że najciekawsza definicja, którą wydestylowałem to była, że wolność to jest brak zobowiązań, których nie chcesz. Czyli tak naprawdę możesz być teoretycznie wolny finansowo, bo jesteś prezesem wielkiej firmy. I po prostu niby wszystko możesz, a tak naprawdę nic nie możesz, bo zadzwoni do Ciebie Twój właściciel z Singapuru o 24.00 i Ty po prostu w gatkach lecisz do tej telekonferencji czy tę wolność masz czy nie masz. I nie możesz odmówić. Musisz się dopasować i tak dalej. Versus – możesz mieć… Nie wiem – dwa sklepiki osiedlowe i po prostu możesz tam pójść kiedy chcesz, bo masz fajnych ludzi. I jesteś totalnie wolny. Wiesz, wydaje mi się, że to takie właśnie poczucie – to wydaje mi się naprawdę, że wynika z tego – czy my robimy rzeczy, bo chcemy? Czy robimy rzeczy, bo musimy? Albo mamy nawet takie poczucie, że musimy. 

Tak. Z poczucia obowiązku. I pewnego rodzaju takie też nawykowe postępowanie, które nam się wdrukowuje kiedy zaczynamy karierę. Próbujemy sobie układać rzeczy. Składamy się na ten paprykarz szczeciński i tę bułkę. I jakby trochę inaczej myślimy o rzeczywistości. Nie aktualizujemy sobie takiego firmware’u jeżeli chodzi o modele zachowania. Tutaj powiedziałeś o terapii. Jeżeli masz chęć i otwartość, żeby o tym mówić – temat dla mnie ciekawy. Też przechodziłem przez terapię. Uważam, że to jest fantastyczne narzędzie. I polecam, żeby każdy to robił. Oczywiście trzeba wiedzieć po co się idzie, bo inaczej to człowiek tam idzie i mówi: „Guy, weź zaczaruj mnie gościu. Przyciśnij parę przycisków i spraw, że stanę się lepszym człowiekiem”. Wiadomo, że to nie działa, bo jak każda fajna rzecz wymaga pracy i zaangażowania po naszej stronie. Ale jednak w moim życiu to na pewno taki transformatywny wpływ miało co najmniej w dwóch sytuacjach. Jednej osobistej bardzo ważnej zmianie bardzo nieefektywnego paradygmatu działania związanego z budowaniem relacji prywatnych. Potem taki skuteczny proces coachingu, który nie jest terapią, ale jest poniekąd około terapeutyczny. Był dla mnie transformatywny znowu – jeżeli chodzi o kompletną zmianę mojego sposobu prowadzenia i działania w biznesie. Z autopilota na naprawdę decyzję o tym co chcę robić. I to, co robię teraz, to jest konsekwencją tego, co naprawdę chce robić, a nie to co muszę robić. To o czym mówiliśmy. I to miało miejsce też z dziesięć lat temu, więc jakby jestem mega fanem. I ciekaw jestem Twoich doświadczeń, a szczególnie tego takiego tipping point. Czyli co spowodowało, że powiedziałeś: „Okej. Jednak wykonam ten telefon, wezmę tę rekomendację. Zadzwonię”.

To było kilka rzeczy, które się złożyły. Jedno to takie, że wiesz… Chodzimy na siłownię, biegamy, trenujemy różne rzeczy. I okazuje się, że cztery godziny w tygodniu poświęcamy swoim nogom, no nie? A nie jesteśmy piłkarzem. Tymczasem ile czasu poświęcamy swojej głowie, którą zarabiamy pieniądze. Ja miałem takie poczucie, że właśnie to, co mówisz – takie trochę lecenie na autopilocie – czyli: „Okej. Zawsze tak robiłem. Po prostu tak trzeba robić”. I taka refleksja w momencie, kiedy zacząłem jakby się rozwijać – to zobaczyłem, że ta refleksja bardzo dużo zmienia. I to było takie jedno przemyślenie, że warto zadbać też o głowę, którą się zarabia. Drugie, to byłem na takim spotkaniu przedsiębiorców i tam kilka osób powiedziało o tym, że oni sobie zrobili terapię, żeby właśnie sobie pewne rzeczy poukładać. I to było takie po prostu… Też od ludzi, których ja uznaję za odnoszących duże sukcesy – to też było takie otwierające. Kurczę, gość takie świetne rzeczy robi, jest świetnym gościem i on był na terapii. To ciekawe. Może też pójdę? I potem sobie zacząłem o tym czytać. I jakby doszedłem do tego, że warto spróbować, bo ja bardzo lubię próbować w ogóle nowych rzeczy. Nie czułem może nawet jak zaczynałem, że mam jakąś taką super potrzebę. Tylko bardziej tak czułem, że – okej, dużo się w moim życiu zmieniło, to może tak się zastanowię nad tym z kimś i zobaczymy co z tego wyjdzie. I to fajnie wyszło, bo ten proces też zastanawiania się jest fajny. To, co mnie męczy w moim życiu – z czego nie jestem happy. I czy można coś z tym zrobić? I mi to pomogło właśnie się odłączyć od tych nawyków, bo już nie miałem firmy, ale miałem nawyki. Wstaję rano, biegnę do komputera i sprawdzam pocztę. A wiesz – tam już nic nie ma. Tam nie ma żadnych pilnych maili, ani nic, więc sobie generuję spotkania i spotykam się z wieloma startupami i tak dalej. Żeby mieć po prostu ilość tych spotkań, która mnie męczy, bo powinienem być zmęczony przecież w ciągu dnia. Zrozumienie i odkręcenie tego – okej, ja się może chcę spotkać ze startupami, ale tylko tymi, które mnie ekscytują. To jest jeden na tydzień, a nie pięć na dzień. I okej, moim naturalnym stanem nie powinno być zmęczenie, tylko chill, uśmiech i full energia. I wiesz – wyjście z autopilota. Z tego, że zawsze tak było. Ostatnie trzynaście lat tak się czułem. To chyba tak powinno być. To nie jest takie super proste. I tu to zewnętrzne spojrzenie jest mega fajne. 

Mega trudne myślę, że to jest ogólnie. Przypomina mi się rozmowa z Adamem Rozwadowskim, założycielem EnelMedu. Jak on opowiadał – to człowiek nieco starszy od nas – i opowiadał o swoim myśleniu o przejściu na emeryturę. Ale ta emerytura taka z wyboru powiedzmy. Ale exit jest poniekąd emeryturą pewnego rodzaju. Czyli jesteś w środku zapierdzielu i nagle jest ta pustka, a Ty byś chciał dalej biec. To tak jak pies, który śpi. Kiedyś miałem psa, on spał i w nocy biegł. Łapami ruszał. Mówię: „Gościu, wyluzuj się. Już nie biegniesz”. I to jest takie skojarzenie. I Adam właśnie powiedział, że dobrze jest zaplanować sobie co chcesz robić wtedy kiedy nie będziesz nic robić, żeby wiedzieć na co przechodzisz. Żeby tę pustkę zapełnić. Taka jedna myśl, która mi bardzo chodzi po głowie.

Super.

I on jest wielkim pasjonatem ogrodów. I swój ogród wszędzie pokazuje. Niesamowite. Stworzył sobie taką alternatywną rzeczywistość. Mieszka w fajnym domu z ogromnym ogrodem i ten ogród po prostu jest przepiękny. I świetna rzecz. Żeby znaleźć sobie pomysł na to, żeby nie popaść w letarg. A z drugiej strony wracając do tej terapii – jak powiedziałeś o takim podejściu z ciekawości, to mi się super podoba, bo znowu ja uwielbiam nowe rzeczy robić, ale akurat terapia była ewidentnie u mnie wywołana takim dużym dyskomfortem. Tylko nie wiedziałem czym on jest. I ten dyskomfort mnie tam poprowadził. I ten dyskomfort tam został zdiagnozowany gdzieś tam w procesie męczenia samego siebie poprzez różne dziwne pytania doszedłem do epicentrum tego. I to spowodowało tę zmianę. Fajnie, że też można nie mając takiego drivera silnego – bo wiadomo, jak jest silny driver pod tytułem: „Jest mi źle” – to wtedy biorę dźwignię, znajduję rozwiązanie i wychodzę. Jak mnie bolą plecy, jak gość pierwszego odcinka podcastu – Janek Dołęga-Kozierowski, to on, słuchaj – miał problemy z kręgosłupem. Poszedł na siłownię, ćwiczył i został mistrzem Polski w kulturystyce. 

Wow.

Jak masz ten ból, to znajdujesz rozwiązanie i to rozwiązanie Cię może pochłonąć. I to jest łatwe. Ale od strony takiej ciekawości, żeby wejść w temat na serio terapii, gdzie to jednak musi być na prawdzie oparte, czyli na jakichś prawdziwych problemach, a nie, że: „Wiesz co? No to bym pogadał o tym jak tu zwiększyć moją efektywność osobistą”. I wtedy tak patrzy na Ciebie terapeuta i mówi: „Dobra, gościu. Obieramy tę cebulę. Co jest w środku? O czym Ty do mnie mówisz?”. To jest ciekawe, że z tej ciekawości byłeś w stanie też w tym kierunku pójść. 

Ja lubię po prostu testować nowe rzeczy. I osobiste mam takie wyzwane przez sobą, że lubię testować nowe rzeczy, a jednocześnie mam w sobie taką chęć do ciągłej optymalizacji i zwiększania produktywności, więc muszę po prostu też świadomie umieć odpuszczać. Czyli poszedłem na coś, jakieś zajęcia – bo chciałem spróbować jak to jest. I mówię sobie: „Tak jest na 7 powiedzmy na 10”. To nie idę w to dalej, ale u mnie to musi być świadoma decyzja, bo inaczej mam takie default mode: „Dobra, skoro zacząłem to powinienem już skończyć. Jakiś kurs, coś”. Wiesz, to nawet nie chodzi o certyfikat – tylko, że po prostu bardzo nie lubię rezygnować. I to też myślę wielu przedsiębiorców tak ma. To stoi za ich sukcesami, że po prostu: „Zróbmy tę firmę do końca. Do exitu, nie?”. 

Tak. No właśnie. To jest w ogóle jedno z fundamentalnych według mnie wyzwań. Podejmowanie decyzji czy jechać dalej czy nie. W dowolnym aspekcie w życiu, biznesie. Jakby takie świadome przyłożenie sytuacji zastanej do Twoich wartości i odpowiedzenie sobie na pytanie czy kontynuowanie tego co zacząłem – będzie zbliżało mnie do spełnienia w zakresie moich kluczowych wartości czy właśnie jestem autopilotem na zasadzie chociażby budowy dużego biznesu. Ja się dużo nad tym zastanawiałem, bo nie jestem właścicielem czy twórcą jakiegoś ogromnego biznesu. I myślę, że nie przez przypadek, ale nie dlatego, że może nie mam pewnych kompetencji do tego, ale też jest to świadomy wybór na jakimś etapie, który podjąłem. I dobrze się z tym czuję, bo był taki okres, w którym czułem, że coś jest ze mną nie tak, że wszyscy wokół budują te ogromne biznesy, a ja gdzieś tam jestem obok. A właśnie czuję się super w tym, że to jakby nie ja jestem z przodu, ale mogę pomagać ludziom, którzy robią świetne rzeczy i to jest moja misja w życiu. I zrozumienie tego, pogodzenie się z tym wewnętrznie i zobaczenie w tym energii jest mega, bo inaczej mógłbym żyć w takim… Widzę taki autopilot z ludźmi, których spotykam. Młodzi founderzy, czy to są falstartupowcy, z którymi pracuję, czy inni ludzie, którzy gdzieś są tak nakręceni, już tak są spięci tutaj, żeby osiągnąć ten sukces i mówię: „Okej, ale what’s in it for you?”. Czy to rzeczywiście jest coś czego potrzebujesz? Czy to rzeczywistość medialna wykreowała w Tobie potrzebę do tego, żeby zbudować tego decacorna, że musisz zbudować decacorna, żeby być szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Także to są moje refleksje zmiksowane, które tak naprawdę odnoszą się do motywatorów sukcesu. Ciśnięcia dalej i startupów. 

To są pytania, których Twój VC nigdy Ci nie zada. 

Jak już masz VC to już jesteś w dużym problemie jeżeli sobie nie zadałeś tych pytań wcześniej. Tak bym powiedział. Czyli jeżeli nie zadasz sobie tych pytań zanim zdecydujesz się na to, żeby wjechać na tę autostradę na sterydach do nieba i żeby Ci wyrósł jeden róg na środku czoła to myślę, że to jest pewien kłopot. To mogła być zła decyzja, więc warto sobie zadać tę decyzję wcześniej. I wtedy powiedzieć: „Okej. Chcę tam płonąć w tym ogniu przez parę lat, albo paręnaście lat. I dojechać na szczyty i zbudować coś spektakularnie dużego, bo moja droga jest inna i chcę od razu być tym gościem jak w tej anegdocie. Tym rybakiem co siedzi i łowi tę jedną rybę”. I ten przedsiębiorca co mu tam mówi, że: „Ty weź zbuduj z tego wielkie przedsięwzięcie, bo na końcu będziesz mógł wrócić i znowu łowić ryby”. To może po prostu trzeba usiąść tam i łowić tę rybę. To jest myślę ważny wybór. 

Może tak być. Chociaż myślę, że po prostu nam jest jako ludziom trudno sobie wyobrazić jak się będziemy czuć robiąc coś czego nie robiliśmy. I myślę, że stąd się bierze i dużo fantastycznych rzeczy i dużo tragicznych rzeczy w naszym życiu. Czyli wydaje nam się, że fajnie będzie jak tam będę. Wiesz, ludzie poświęcają lata na to, żeby tam się dostać. Dostają się tam i stwierdzają: „Nie jest tutaj wcale tak fajnie”.

Dokładnie. Drabinę przystawiłem nie do tej ściany. 

Tak. To nie jest w ogóle ocena. My po prostu tacy jesteśmy. Wiele razy też tak miałem. To jest część życia. To też jest w pewien sposób spoko. I jakby ciekawe, że można dotrzeć do miejsc, o których Ci się nie śniło i zobaczyć jak tam jest. Myślę, że chyba najważniejsze jest to, że nie musisz tam zostać. W sensie, jak Ci się nie podoba to możesz pójść. Naprawdę. Tylko musisz o tym pamiętać. Z każdego klubu można się wypisać. 

Totalnie, ale rzeczywiście reguła konsekwencji, kontekst tego jak będziemy postrzegani przez świat zewnętrzny. Wszystkie te aspekty, które są powiedzmy z dala od naszego własnego poczucia wartości i budowania decyzji na bazie tego czy naprawdę jesteśmy, kim naprawdę jesteśmy, a nie jak chcemy być postrzegani, jaka jest nasza publiczna percepcja. To stoi u fundamentów tej decyzji. Ciekawej rozmowy słuchałem. Akurat odcinka podcastu Tima Ferrissa z Terry Crews. On opowiadał właśnie o tym, że w pewnym momencie jako osoba publiczna zorientował się, że on się zastanawia jak by się w tej sytuacji zachował Terry Crews. I, że nastąpił gigantyczny rozdźwięk między tym kim on myśli, że on jest i na kogo się kreuje, a kim jest naprawdę. I tam nastąpił tak ogromny dysonans, że tam prawie jego małżeństwo się rozpadło. I tak bardzo ciekawe, teraz wydał książkę, jeszcze jej nie czytałem „Tough”. Brzmi interesująco po tym wywiadzie. Po prostu takie obnażanie różnych trochę brudów też takich osobistych, związanych z taką transformacją. Bardzo ciekawe powiedzenie wprost: „Kurdę, zawsze grałem tego dopakowanego gościa”. Gość ma metr dziewięćdziesiąt, sto dziesięć kilo. Same mięśnie. Wycięty i generalnie superhero. I jakby opowiada jaki on jest super, a tak naprawdę pokazuje jakie są słabe strony tego. To kim on gra, że jest. On uważa: „O, ja jestem tolerancyjny”. Bzdura. A w praktyce, na co dzień tam się zachowywał tak i tak. Co jest ciekawe. Jak ten nasz image może hamować nas w kontekście tego jakie decyzje podejmujemy i jak ta reguła konsekwencji nami potem rządzi.

Masz rację. Też wiesz, jak sami się nastawiamy na jakieś tam wybory. Wydaje mi się, że trochę jest tak, że jak sobie zaczynamy mówić, że jacyś jesteśmy, to sobie mówimy: „No nie. Wiesz, jestem taki i taki. Te zajęcia nie są dla mnie, nie pójdę. To mi się nie będzie podobać”. Wiesz, sam sobie zaczynasz stawiać ograniczenia i przestajesz mieć tę otwartość na uczenie się nowych rzeczy. To jest myślę bardzo przyjemne i ja to widzę po też bliskich mi osobach jak dużą frajdę w dowolnym wieku daje wchodzenie w nowe sytuacje i uczenie się nowych rzeczy. I myślę, że też rzeczywistość stawia przed nami wiele takich ciekawych wyzwań, bo nawet takie bardzo złe sytuacje jak teraz ta wojna – to zobacz ilu ludziom ta sytuacja pozwala być kurczę bohaterem. Wiesz, ile ludzi się odblokowuje do różnych rzeczy. Moja mama, która nagle jest wolontariuszem. Zajmuje się, pomaga przy dzieciach i tak dalej. A gdzieś była przez chwilę na emeryturze i już wydawało jej się, że nie ma energii. I nagle ma i nawet nie wiedziała, że ma. Weszła w nowe rzeczy, uczy się tego. Mega jestem dumny z niej. I po prostu widzę tę energię, która idzie z tego, że robisz coś pierwszy raz. Uczysz się. To jest fajne, to jest nowe. Nagle masz taki boost dla siebie też. Wow, mogę robić nowe rzeczy. I to jest super. Kurczę warto o tę swoją otwartość jakoś tam wydaje mi się dbać. Nie chciałbym tak coachingowo brzmieć, bo wiadomo – to jest takie „ple, ple, ple”, ale to są wnioski, które wyciągnąłem sam dla siebie. 

Totalnie. Ja to rozumiem. Kilka wątków tutaj poruszyłeś, więc może do nich się też odniosę, a potem dopytam. Jeden z nich, mówisz o otwartości. To jest otwartość na nowe działania. Ja też obserwuję ciekawą rzecz. Taką też otwartość na innych ludzi. Czasem nam się wydaje – to widzę szczególnie u ludzi – ja jestem tym coachem Gallupa nazwijmy to. Nie ma znaczenia. Ale chodzi o to, że ta metodologia jest dość interesująca. Pokazuje pewnego rodzaju profilowanie. I na przykład obserwuję, że sporo ludzi, którzy mają tendencję do współzawodnictwa – to można też bez Gallupa to zauważyć – ma duży kłopot z tym, że myślę, że zamykają sobie wiele dróg, bo mają pewien automatyzm do tego, żeby oceniać inne osoby jako swoją potencjalną konkurencję. To pieczenie tego większego ciasta. Ja to widzę nawet w interakcjach takich w naszym tutaj tym świecie powiedzmy startupowym. „O kurczę, ten gość robi to, to nie będę z nim gadał, bo to mój konkurent”. To jest śmieszne, ale naprawdę tak jest, że trochę jest taki pojedynek kogutów czasem. I to wydaje mi się –  tak samo mam takie doświadczenia czasem. Chociaż dla mnie akurat to wynika chyba z czego innego, bo ja mam competitiveness na ostatnim miejscu, jako ostatni talent. Trochę nie rozumiem w ogóle współzawodnictwa, ale obserwuję, że ta otwartość też bo poznawania ludzi, którzy nas wkurzają na przykład – myślę, że jest ekstra. Czyli jeżeli na przykład ktoś Cię denerwuje w jakiś sposób, to warto się temu przyjrzeć co w tym jest. Może jest coś w czym Ci imponuje? W czym czujesz, że Ty byś chciał się nauczyć. To zamiast się zamykać i jak Cię denerwuje, to idź poznaj tę osobę, dowiedz się co w niej takiego jest, bo czasem będziemy długo żyć w iluzji tego jaki ktoś jest zamiast go poznać, zgłębić to – wziąć dla siebie ten element i taką tutaj miałem refleksję a propos właśnie tej otwartości. To nie tylko jest to działanie, ale też wchodzenie w interakcję z innymi ludźmi. 

To jest bardzo trudne i wydaje mi się, że rzadko kiedy mi się to udaje. Ale jak mi się udaje, to bardzo dużo ciekawych rzeczy z sobą niesie. Pamiętam taką anegdotkę jak właśnie robiliśmy ten serwis taki Agregator Blogów. On się nazywał Blog Frog. Z Piotrem. To tam go sobie robiliśmy. Generalnie blogerzy… Część to lubiła, część nie, bo to wiesz – było ocenianie blogów, więc ten taki fame był częścią tego. Ale pamiętam, że napisał do mnie wtedy gość, którego nie znałem. I tam pisze: „Co to jest w ogóle za gówno ten serwis? To w ogóle nie działa. To jest jakiś po prostu totalny shit. I Ty piszesz bloga”, bo ja pisałem też bloga Usability wtedy. „I Ty piszesz bloga Usability? Człowieku, puknij się w głowę. Zobacz co sam zrobiłeś”. I wiesz? To było takie po prostu… Przychodzi ktoś do Twojego domu, strzela Ci z plaskacza i mówi: „Kurczę, jak Ty tu siedzisz krzywo”. Wiesz, gościu, którego nie znam. Okazało się, że to był Rafał Agnieszczak. 

Dlaczego mnie to nie zdziwiło?

Który po prostu zrobił super rzecz. Z własnej nieprzymuszonej woli dał mi feedback. On był bardzo tough i może można go było inaczej dać. Nieważne. Wiesz, poświęcił energię i napisał mi, że coś robię nie tak. To było super. Potem gdzieś go poznałem na jakiejś konferencji i zaczęliśmy naszą rozmowę. „O! To Ty mnie opierniczyłeś”. „Tak? To Ty robisz ten shit?”. I znowu ciekawa wymiana. Ale jakby wiesz – od takiej niby nieprzyjemnej sytuacji – dużo fajnych rozmów z nim miałem. Dużo się nauczyłem. I tak naprawdę wydaje mi się, że bardzo często jest tak, że ktoś ma dobre intencje, tylko my po prostu się zamykamy na to. On miał ewidentnie dobre intencje. Wiesz, ta komunikacja – dla niego taka jest okej. Dla mnie może nie. Wiesz, czasami ta jedna myśl dalej. Ale czemu gościu to do mnie napisał? Przecież jest super successfulnym przedsiębiorcą. On ma co robić. On to napisał, bo chce to poprawić. Napisał to w jakiś sposób swój, ale to też jest jakby mój odbiór też może nie jest właściwy. To jedno więcej pytanie. Czemu on to zrobił? I nagle sobie uświadomiłem, że chciał dobrze. To pogadajmy. Ale to jest ciężkie i to się rzadko udaje, bo wiadomo, że każdy z nas momentalnie wchodzi w tryb obrony i mówi: „Kurczę, co za baran! Co on tu mi pisze? To nie jest prawda”.

Tak. Wiesz, to jest na pewno dobre, żeby próbować tego balansu w ocenie tej sytuacji. Ciekawy w sumie przykład. Też czasem jest tak, że właśnie unikamy jakiejś takiej interakcji czy coś na początku pójdzie nie tak i mamy tendencję do tego, żeby powiedzieć, żeby to odpuścić, a właśnie tam jest jakiś diament zakopany. 

Tak, ale to wymaga takiej świadomej decyzji. To jest mega trudne. Mi też to się rzadko udaje, ale zawsze jestem bardzo dumny jak mi się to uda. I widzę, że kurczę, ale wartość. I tak sobie myślę – jakbym częściej tak robił, ale by było super. 

To jest trochę jak z pójściem na trening. Jak wstajesz rano, czasem nie chce Ci się tego zrobić i mówisz: „Kurdę, dobra nie chcę. Gówniana pogoda, nie będę biegał i tak dalej”. Potem jak pójdziesz, zrobisz to, mówisz: „Wow, endorfiny latają. To było genialne, to było proste. Trzeba było to zrobić”. I to jest takie trochę przełykanie trudnej piguły. Generalnie mam takie poczucie, że jednak dużo tego co nas właśnie buduje, to jest przełykanie tych wielkich piguł, a nie to, że… Oczywiście fajnie być w stanie flow i w ogóle jechać na adrenalinie i na nowych zajawkach. Ale jednak te piguły to też jest coś, co nas mocno buduje, bo oto to właśnie poszerza trochę, rozciąga to nasze pole widzenia. Poza to nasze widzenie tunelowe. I właśnie tutaj też ciekaw jestem Twojej refleksji, a propos widzenia tunelowego. Powiedzmy, że budujesz coś. Mówisz Rafał, taki successfull przedsiębiorca. Ty też successfull przedsiębiorca. I, że to jest coś, co z jednej strony buduje pewnego rodzaju story. Z drugiej strony może budować Twoją tożsamość. Może tworzyć pewnego rodzaju schemat myślenia, w którym być może możesz być też w pułapce. Czyli możesz uwierzyć w to, że jakby już wiesz jak świat działa. I zastanawiać się: „Okej, czy ja robię renovation? Czy nie wpadłem w pułapkę wiary w to, że ja już jestem omnipotentny i wiem jak żyć?”. Zastanawiam się jak Ty o tym myślisz? Czy przychodzą Ci takie w ogóle rozważania? Co o tym sądzisz?

Generalnie to też w takich rzeczach to wydaje mi się – jak sobie rozmawiamy o takim utrzymaniu elastyczności takiej umysłowej to kurczę – my już mamy takie lata, że już musimy o to zadbać aktywnie. To generalnie dobre są takie organizacje, które Cię trochę na to wystawiają. Jak IO, YPO, i tak dalej. Gdzie masz po prostu jakiś mix i one Cię trochę zmuszają do tego, żebyś usiadł z tymi różnymi ludźmi przy stole. Oczywiście to jest nadal selekcja jakaś tam. Choćby taka, że kogoś stać na subskrypcję tego, bo to nie jest tanie. I zaskakujące jest to, że nawet tam takie duże są różnice pomiędzy ludźmi. Mi na przykład YPO uświadomiło – tam jest dużo osób, które przejmują biznes głównie od rodziców tak naprawdę. Takich sukcesji rodzinnych. To mi uświadomiło dwie rzeczy. Jedną, że ci ludzie zazwyczaj są dużo lepiej wykształceni, niż ja. Robili najlepsze szkoły, znają wszystkie języki. Wszędzie byli i wszystko wiedzą. Naprawdę. Po prostu wiesz, ja jestem chłopak z małej wsi. Zrobiłem jakiś biznes. Doskrobałem się gdzieś tam. Mam słabą szkołę. Wszystko kiepskie. A oni są naprawdę doskonałym oprzyrządowaniem. I są bardzo dobrzy w tym co robią. Są zawodowcami. A mają bardzo zazwyczaj niską, albo problemy z wiarą w siebie, bo gdzieś właśnie to jest podkopywane w jakiś tam sposób. „Ja tego nie zbudowałem, ja to przejmuję”. Zazwyczaj te sukcesje są problematyczne. Mówię tak ogólnie, że to jest po prostu taki trochę pater. Z drugiej strony jestem właśnie w takim nieformalnym zrzeszeniu founderów, którzy w sumie sami – tam są tylko founderzy, którzy sami jakąś spółkę technologiczną zrobili, która urosła. I to jest w drugą stronę przegięte. Tam wszyscy uważają, że są świetni, fantastyczni. „Ja to zrobiłem sam. Nikt mi nie dał”. To są dwie totalne skrajności. I obie są totalnie nieprawdziwe. I dopiero sobie uzmysłowiłem to swoje totalnie nieprawdziwe założenie typu: „Sam to zrobiłem. Nikt mi nie dał. Jestem świetny”. Bo wiesz, nie zrobiłeś tego sam. Żyjesz w kraju, który ma infrastrukturę. Miałeś Internet. Rodzice mi kupili komputer. Rozumiesz? To nie jest tak, że sam to zrobiłeś. Nie żyjesz w próżni. To nie jest tak, że: „To jest moje i tylko moje”. I to nie jest tak, że jesteś nieomylny i jesteś taki świetny. Tak samo to nie jest tak, że ci goście, którzy przejmują te firmy to są jacyś gorsi dlatego, że je przejmują. W sensie jakby zobaczenie czasami innego paternu, pokazuje Ci, że Ty też jesteś w jakimś takim paternie. Wiesz, pogadasz z pięcioma takimi osobami. Przecież kurczę – wszyscy mówią tak samo. Okej. A ja i moi znajomi to w co my wierzymy? Też wierzymy w jakąś bzdurę, która nie jest prawdą. To, co mówisz. Są takie badania, które pokazują, że z każdą udaną firmą rośnie Ci szansa na zrobienie kolejnej udanej firmy. Z każdą nieudaną nie spada Ci szansa na zrobienie. Czyli zawsze startujesz od zera. Jeśli masz nieudaną firmę, wiesz czego nie robić, ale nadal nie wiesz jak robić. Okej. Jest trochę w tym takiej samospełniającej się przepowiedni. Jest trochę w tym czegoś takiego, że wiesz, jesteś trochę już mądrzejszym kotem. Nie pójdziesz w te rzeczy, które Cię sparzą. Zacząłem mieć taką intuicję. To też widać po founderach, którzy drugi, trzeci raz coś robią, że oni… Tam jest już taka wiesz – intuicja wbudowana, że: „Nie, to bez sensu. Tego nie róbmy”. „A czemu?”, „Nie wiem. Jakoś mi to nie pasuje”. Natomiast mimo tego bardzo dużo tego co my robimy, co nam wychodzi – to jest pure luck. A bardzo często ten pierwszy biznes, który wyjdzie to jest pure luck. I na nim się bardzo dużo uczysz. I potem faktycznie jesteś już na lepszej może pozycji. Ale come on – po prostu udało Ci się. Miałeś dobry timing. Przecież w technologii to w ogóle timing jest wszystkim. Ci przed Tobą zrobili to za szybko. Ci po Tobie za późno. A Ty akurat miałeś szczęście, bo we właściwym tygodniu, właściwego roku zacząłeś sobie to dłubać w garażu. Totalnie. W pełni się z tym zgadzam co mówisz. Myślę sobie też, że dobrze jest wybrać story, które Ci służy. Ja myślę, że generalnie story pod tytułem: „Jesteśmy zajebiści” i tak służy nam lepiej, jeżeli nie podejmujemy na tej kanwie decyzji, które nas zabiją. Typu nie wiem… spalę całą kasę i będę zaczynał od zera, bo wtedy może się okazać, że nie jesteś, ale jak zadbasz o rzeczy, które Cię nie zabiją fizycznie i ekonomicznie – to możesz całe życie myśleć, że jesteś super. I może spoko, może niedużo dobrego zawsze będziesz robił dla innych, ale przynajmniej będziesz się dobrze czuł. Co jest lepsze, niż ten pierwszy scenariusz, o którym mówiłeś. Który jest po prostu nieopłacalny. Który wynika często z takich aspektów rodzinnych po prostu. Tego niedoścignionego wzoru. Ja myślę, że jakby też znam ludzi z firm rodzinnych. One też, te co powstawały w latach dziewięćdziesiątych – to było trochę inne czasy też. Inna kultura prowadzenia biznesu. Inna kultura w ogóle życia. Też nasi rodzice trochę mieli inne korzenie. Nie mieli się od czego uczyć. Psychologia, takie tematy. To wtedy były tematy turbo niszowe. Były inne problemy, niż rozkminianie sensu życia. Trzeba było te dziurawe rajtuzy z DDR-u przywieźć i sprzedać na tym stadionie. Może na stadionie to nie za czasów DDR-u, ale wiemy o czym mówimy. W każdym razie, że trochę inny był upbringing. Inne były korzenie tych biznesów, które były tworzone. I też inna kultura za tym szła. W związku z tym mamy tę tradycyjną kulturę takiego patriarchalnego, fantastycznego turbolidera. Nieomylnego, który wykreował tę firmę w latach dziewięćdziesiątych i jest tym fighterem. I dzisiaj przychodzi ten syn i ten syn nigdy nie będzie – czy tam córka, ale powiedzmy stereotypowo syn – on nigdy nie będzie taki jak ten ojciec, bo też czasem ten ojciec zbudował go psychicznie w ten sposób. Zamiast go budować od strony tego: „Podejmuj swoje decyzje”, to on powiedział: „Ty musisz być moim następcą, ale wiadomo, że ja jestem zajebisty, więc tym będziesz tym następcą trochę gorszym. Ja Ci zapłacę za te wszystkie studia, ale na końcu to wiesz kto tu rządzi?”. Nawet widzę, w niektórych firmach są takie dynamiki, że przejęcie nastąpiło sterów, ale tam z tylnego siedzenia zawsze jest głos taty. To jest ciężka sytuacja. Możemy się z tego śmiać, bo ja się bardzo cieszę, że tego nie mam. I też cieszę się, że na przykład nie poszedłem w ślady mojego ojca. To była myślę, że intuicyjna decyzja, bo ciężko byłoby mi jemu dorównać w tym w czym on jest wybitny w skali globalnej. I po prostu ja jakby by design po prostu olałem chyba to intuicyjnie. Powiedziałem: „”Dobra, ja robię swoją własną ścieżkę”. Bo jakie jest prawdopodobieństwo, że bym powtórzył sukces mojego ojca?

Tak, bo tu właśnie wydaje mi się, że wchodzisz w tematy i timingu. I po prostu takiego zwykłego numbers game. Miał szczęście i pomnożył coś razy tysiąc. A Ty ciężką pracą, nie mając akurat tego jednego szczęście pomnożysz razy trzy. I super. To jest nadal świetny wynik. 

I wracamy do tematu tego, jaką miarą mierzysz sukces? Bo jeżeli będziesz miarą swojego ojca mierzył swój sukces, to prawdopodobnie przegrasz, bo prawdopodobieństwo tego, że drugi gość z tego samego domu, z tej samej rodziny trafi w timing i dźwignie coś, co będzie w takiej skali – tak jak nie wiem – myślisz, że syn Zuckerberga zrobi drugiego Facebooka? Nie. Pokaż mi takie przykłady. Nie ma opcji. To jest myślę dobre, żeby sobie do tego wracać. Według mnie do tych mierników. I stąd powiedziałeś o tej terapii. Ja to też bardzo rekomenduję, żeby nie iść na autopilocie. Także jeśli chodzi o miarę własnego sukcesu, bo czasem jak rozmawiam z młodymi przedsiębiorcami – oni tak mówią: „Okej, jak odnieść sukces?”. A nie zadają sobie pytania co to znaczy ten sukces dla nich. I jakby idą…

Też tam byliśmy.

Tak, to prawda.

Mi się jakby wydaje, że wiesz… To wszystko co mówimy, to też jest normalne. Jakby kurczę, wydaje mi się, że to jest takie normalne. I może nawet tak powinno być. Wiesz, jak ja patrzę na siebie gdzieś tam naście lat temu. Zaczynaliśmy Divante. Pamiętam na przykład taką anegdotkę, że moja żona jest mądra. I to akurat jest niezmienne. Byłem chory, a ja wtedy miałem pojechać z Wrocławia do Warszawy na jakieś spotkanie z Telekomem. Coś im tam sprzedać. Byłem chory. Wiesz, przeziębiony, ale już tak naprawdę ledwo chodziłem. Ledwo mówiłem. I Aneta mówi: „Zostań w domu. Napisz im. Przecież to są ludzie. Też na pewno są chorzy czasami”. Mówię: „Nie, co Ty, nie. To jest ważne spotkanie. Trzynaście osób. Jak oni zbiorą trzynaście osób?”. To było moje wiesz: „Oni zebrali trzynaście osób i te osoby – one mają kalendarze. To się nie uda już nigdy w życiu. Te planety się tak nie ułożą”. I wiesz: „Dobra, jadę”. Wstaję o czwartej rano. Już czuję się totalnie nieżywy. Nie mogę mówić praktycznie i jadę taksówką na dworzec. I sobie testuję czy jestem w stanie z nimi rozmawiać. „Raz dwa, raz dwa”. W taksówce, na tylnym siedzeniu. I kurde mówię i nie słyszę siebie. I pukam tego taksówkarza w ramię, żeby zawracał, bo dopiero, Stary, dotarło do mnie kiedy nie byłem w stanie po prostu mówić, że chyba to spotkanie nie ma sensu. Zobacz jakim trzeba być debilem, żeby do tego miejsca dojechać. W nocy się zerwać. Jeszcze zapłacić za taksówkę. Po prostu myślę, że wszyscy tam byliśmy. Jak młody founder mówi mi, że: „Kurde wiesz, dostałem telefon. Kończymy robić makietki. Dostałem telefon z Nowego Jorku. Jadę tam. Na pewno będą chcieli inwestować. Pożyczam pieniądze, wsiadam w samolot”. To część mnie mówi: „Wiesz Stary, może zobacz czy oni w ogóle w Europie coś inwestują? Jakie tickety? Może zobacz kto Cię zaprasza? Może to jakiś stażysta, może się nudzi?”. A część mnie mówi: „I tak musi tam pojechać”, bo to jest część tego też story trochę. I na końcu to są te historie, które gdzieś tam budują to bycie tym trochę crazy gościem, który robił te dziwne rzeczy w tej firmie i ta firma przez to została zbudowana i jakby to jest część tego DNA i tak dalej. To myślę, że to też jest jakby piękne w robieniu biznesu po swojemu. I to bycie tym debilem i później możliwość opowiedzenia o tym swoim ludziom – to wszystko jest jakby część tego story. Musimy chyba przez to przejść. Czyli jakby nieprzechodzenie przez to – to czy nie sprowadza nas do roli takich wiesz… Korporacyjnych, bez wyrazu pracowników. Którzy nigdy nie podjęli tego ryzyka. Nie jechali tą taksówką na ten pociąg, bo: „Może będę mógł z nimi się dogadać?”. Ja widzę, że im bardziej jestem starszy, tym większą wagę przywiązuję do tych emocji, które w tym wszystkim są. Na końcu zobacz – ile tych biznesów i tak dalej. Na końcu – ile w tym jest o emocjach? Nie o tych kalkulacjach, o tych P&L-ach – że coś tam się nie zgadza jakiemuś kontrolerowi finansowemu. Tylko o tym czy tam ten zespół został w tej nocy i to zrobił. Nie, bo tak się wkurwili na przykład, że stwierdzili: „Kurwa, zrobimy to”. Czy stwierdzili: „Nie. To nie ma sensu”, i poszli do domu. 

Na pewno. Myślę, że tak na kanwie tego, co powiedziałeś – takie dwie refleksje. Jedna jest taka, że też a propos może tych dziedziców, że jak nie jesteś głodny, to ciężko Ci jest zagryźć zęby i jechać tą taksówką o czwartej rano. „Głodny” oczywiście w cudzysłowie, bo zakładam, że nie byłeś głodny literalnie, ale jednak jest to pewien głód udowodnienia tego, że potrafię, że jestem kimś, że uda mi się, że też chcę mieć pieniądze, żeby żyć. Ja myślę sobie, że mnie długo bardzo motywował jakiś lęk przed tym. To też na terapii mi wyszło, że ja się boję, że umrę z głodu. Irracjonalne kompletnie, ale nie ma niczego racjonalnego co wychodzi w terapii. Wszystko jest irracjonalne. I to był taki drive na zasadzie – ja robiłem takie same rzeczy. I jechanie na pałę gdzie, że po prostu: „Boże, co się stanie? Bo świat się zawali”. Jak dzisiaj o tym myślę, to mówię: „Kurde gościu, jaki to miało wpływ? Czym to jest wobec wieczności?”. Ale łatwo jest o tym mówić, kiedy siedzisz sobie dzisiaj i masz ciepły domek, kasa płynie, bomby na Ciebie nie spadają. I mówisz: „Oho ho! Co to za zachowanie? Będziesz się napinał”. To myślę, że to jest taki jeden aspekt. A drugi, z którym też totalnie się zgadzam to jak się ma dwadzieścia lat, to chyba, że się człowiek albo fizycznie zajedzie, albo wpakuje w ogromne długi. Ale wszystko poza tym, to uważam, że trzeba iść all in, bo kiedy indziej masz tak mało na szali i tak duży potencjał jak wtedy?

Dokładnie. Też tak uważam. I też wydaje mi się, że właśnie danie sobie tych możliwości eksperymentowania i tak dalej. I wiesz co? Podzielę się taką ciekawą rzeczą. Może mało poprawną politycznie, ale najlepiej będzie właśnie. Wiesz co? Rozmawiam z jedną uczelnią o zrobieniu takiego kierunku IT, bo właśnie tak sobie myślę jak pomóc polskim firmom się rozwijać globalnie. I tam mamy myślę jako polskie firmy dosyć dużo wyzwań w takim obszarze prodagoningu, sprzedaży, marketingu. Technologicznych rzecz. Fajne rzeczy umiemy zrobić, ale nie umiemy ich za bardzo sprzedać. I tak sobie rozmawiam z tą uczelnią i uświadamiam sobie, że kierunek, który my zrobimy – a myślimy, że zrobimy – to będzie świetny kierunek dla różnych korporacji. I wjedzie tam jakiś wiesz… Bez nazw, ale jakaś trzyliterowa korporacja jedna czy druga. I tych studentów, których ja z takim entuzjazmem tam będę szkolił – mi zabierze, bo to będą idealni pracownicy. I słuchaj, taka emocja się we mnie buduje, że nie chcę, żeby oni tam poszli, bo właśnie dokładnie to czuję co Ty mówisz. Ma ktoś dwadzieścia parę lat. I jeśli on wpadnie w te tryby tej korporacji, to ona mu dokładnie wytłumaczy i w Excelu wyliczy, że nie warto nic robić więcej, tylko po prostu tutaj po tych szczebelkach sobie iść. I grać w tego tenisa i wydawać tę kasę. I po prostu wiesz – zarobić, wydać i znowu nic nie mieć, bo to jest taki idealny pracownik. 

Totalnie.

I kurczę – i ci ludzie stracą ten swój slot. I jak się obudzą powiedzmy w naszym wieku – okej, część z nich spróbuje i to też jest super. Tylko, że będzie im dużo trudniej. Myślę, że mniej z nich się na to odważy. I potem nasza gospodarka kurczę trochę na tym traci. I jedyne co potrafimy to inwestować w kawalerki, bo mamy ten przychód i to jest nasze jedyne wyobrażenie o tym co możemy z nim zrobić. Czyli sami nie byliśmy, nie próbowaliśmy. To też zauważ, że to co Ty robisz, inwestowanie w startupy – czemu to robisz? Bo masz jakąś wiarę, bo widzisz tych ludzi, bo sam byłeś w takich sytuacjach – bo to do Ciebie rezonuje. Jeśli ktoś całe życie siedział i robił Excele, to będzie mu trudno inwestować w startupy. Wiesz, to nie jest ta energia. On w to nie uwierzy. I oczywiście, że on wybierze drogę „pięćdziesiąta kawalerka gdzieś tam”. I tymi kawalerkami to my nie wybudujemy IP. 

No nie. Totalnie.  

Sam inwestuję w nieruchomości. To jest okej. Ale to nie o tym jest wzrost. To trzeba naprawdę o tym pamiętać. 

Fajnie, że mówisz o tym z perspektywy gospodarczej. Ja jestem jakimś takim humano-centrycznym zwierzęciem. Ja znowu myślę z perspektywy takiego personalnego spełnienia. Czyli okej, to może jest mój system wartości i oceniam innych swoją miarą, co jest błędem. Ale ja myślę sobie: „Co to jest za życie?”. Przejechać w tym garniturze… Znaczy naprawdę wiem, że jest dużo mega mądrych, fantastycznych ludzi, którzy to robią. Ale jak ja widzę alternatywny scenariusz życia, który wybrałem kiedy wyszedłem z korporacji, ponad piętnaście lat temu założyłem firmę. I po prostu ani jednego dnia nie marzyłem o tym, żeby wrócić i siedzieć w biurze. Ty wiesz o co chodzi. Podniecać się tym co mam napisane na wizytówce, myśleć o tym jaki będę miał package i czy będę miał samochód służbowy. I gdzie polecę na firmową kartę samolotem. Ja jestem wolnym człowiekiem. Spektrum doświadczeń, których możesz zaznać kiedy bierzesz na siebie ryzyko, a nie oddajesz innym – bo ja uważam, że to jest zawsze kwestia risk and reward. I ta nieruchomość to jest dokładnie to. Risk and reward. Low risk pretty lovely world. I pewnego rodzaju wybory w karierze – mówię pewne. Znowu to jest takie generalizownie. Nie chciałbym też nikogo urazić. Znam świetnych ludzi, którzy zarządzają dużymi organizacjami, korporacjami i są naprawdę ekstra. Ale statystycznie bywa tak, że bywa ciężko. Jest wiele osób, które jadą na autopilocie, bo jest low risk, poziom lęku. Potem im jesteś starszy, lęk jest za duży – nigdy nie wyjdziesz. I zostajesz tam. I to życie jest takie trochę w mojej percepcji – takie przeżyte bez takiego smaku w pewym sensie.

Wiesz co? To może dwie rzeczy, bo wydaje mi się, że jedna rzecz to na pewno w tym obszarze Twojej pracy tak jest. Bardzo często jest tak, że ludzie, którzy właśnie są tym przysłowiowym urzędnikiem pocztowym, to oprócz tego są Einsteinem, nie? Albo Kafką, bo mają tę swoją bazę, która ich totalnie nie pasjonuje. Mają wyrąbane na to, ale potem zdobywają ośmiotysięczniki albo coś i mają fantastyczne życie. I wydaje mi się, że może w nas jest trochę niezgoda na to, żeby te osiem godzin poświęcać by nie być sobą, bo to trochę wybrzmiewa w tym co mówisz. Ja też to czuję, że tylko po pracy jestem sobą. Ja chciałbym cały czas być sobą. Ale też wydaje mi się, że my mamy taki system operacyjny. Ale myślę, że wiele osób może być w tej pracy sobą właśnie robiąc takie rzeczy, które dla nas nie są fajne. Ja znam na przykład mega świetnych kontrolerów finansowych. Oni to kochają, są w tym bardzo dobrzy. Kurczę, Stary, nie dałbym rady tego robić, bo po prostu nie jestem do tego zrobiony. Ale wydaje mi się, że chyba taka rzecz moim zdaniem, która jest – to, żeby może dać szansę i spróbować, żeby więcej ludzi mogło tego spróbować. Żeby to nie był default mode. Żebyśmy sobie zadawali to pytanie – do siebie teraz to mówię. Jeśli myślę o takim kierunku studiów, to fajnie by było tym ludziom pokazać, że to nie jest default mode – że po tych studiach to pójdziesz do jakiejś firmy IT dużej, która ma pięćdziesiąt tysięcy pracowników i będziesz pięćdziesiąt tysięcy pierwszym. Tylko masz równorzędnie fajne drogi. Najlepiej gdybyś na tych studiach mógł popróbować tego. To są te myślę olbrzymie przewagi tych krajów, gdzie już jest ta kultura, że masz starszych znajomych i tak dalej, którzy są przedsiębiorcami. Że gdzieś tam na studiach sobie już coś próbujesz. Możesz sobie na studiach popróbować i stwierdzić: „Kurde, bycie przedsiębiorcą jest może exciting, ale nie mam czasu na swoją kulturystykę, a chcę być mistrzem”. I po prostu: „Fajne to jest, ale wiesz co? Wolę iść do korporacji. Posiedzieć, a potem iść na trening osiem godzin”. To jest dobrze poinformowana decyzja. I to też jest fair. Wydaje mi się, że jakby o tym może powinniśmy myśleć i mówić ludziom. Tacy właśnie już starsi koledzy jakimi my jesteśmy. Że to nie jest default, bo gdzieś tak się chyba utarło w Polsce – wydaje mi się, że też w paru podcastach coś takiego słyszałem, że: „Tak po studiach to tak pójść do korporacji na parę lat, żeby się nauczyć jak się robi”. Nie wiem, pewnie wielu osobom to służy i okej. Ja nie byłem nigdy w żadnej korporacji i znam wiele osób, które nie były i nadal żyją i robią fajne rzeczy. To nie jest pańszczyzna, którą masz odrobić.

Tak, a z drugiej strony to jest jak to mówią, że jest kilka największych narkotyków, te narkotyki to alkohol i wypłata pierwszego. 

Świetne.

I, że to jest takie samo uzależnienie. I ja widzę, to jest jak gamifikacja po prostu level hard. „Ale jeszcze tylko pół pięterka, ale jeszcze tylko plus tysiąc złotych. Ale jeszcze tylko złota karta Miles&More. Ale jeszcze tylko samochód mi zupgradują z Mondeo na BMW”. I wiesz, budzisz się i mówisz: „O kurwa, mam czterdzieści pięć lat. Ja bym teraz chciał zostać przedsiębiorcą, ale ja mam koszty x-tysięcy, rodzinę, zobowiązania i mówię o wow, chyba przespałem”. I to jest to. Też ja wierzę w praktykę bardzo. Tutaj z tym kierunkiem studiów to chętnie pogadam. Mam taki pewnego rodzaju sceptycyzm co do tego.

Ja mam też olbrzymi, powiem Ci.

Działanie się liczy.

Tak. Wiesz co? Generalnie to jakby szukam tej inspiracji, więc jakby podzielę się tym na antenie. Chciałbym pomóc polskim firmom się rozwijać globalnie. Żeby było więcej takich firm. Po prostu myślę, że to jest jakoś ważne dla nas. Nawet nie dlatego, że jestem jakimś nie wiem – wielkim patriotą czy coś. Wydaje mi się, że po prostu to jest taki pozytywny impakt, który możemy mieć. Ale jak to zrobić to naprawdę jest bardzo trudno wymyślić. Pewnie jestem głupi, pewnie są tacy, którzy już to wiedzą, ale jest mi to trudno wymyślić, bo z jednej strony myślę o studiach gdzieś tam na samym początku. Na samym końcu fundusze private equity – żeby te polskie firmy, które już są krok przed skalowaniem nie sprzedawały się na samym końcu komuś, kto je zunifikuje i zamieni w delivery centre. Tylko żeby dalej się rozwijały z polskim kapitałem, więc fajnie by było gdyby od tych polskich VC Polacy mogli je dalej wykupić. Myślę oczywiście o VC, o tym całym ekosystemie, który akurat fajnie się chyba rozwija w Polsce i wydaje mi się, że z tych wszystkich rzeczy to chyba nienajgorzej naprawdę. Ale też mam takie doświadczenia, że nawet w tym VC, który wydaje mi się, że jest całkiem niezły, to i tak nasze spółki gdzieś tam biorą finansowanie od zagranicznych VC. Co jest cały czas w Polsce postrzegane jako „wow”, „Wow VC z Londynu, z Berlina, ze Sztokholmu”. A bardzo często potem te spółki kończą przeniesione gdzieś za granicę. A często nawet founderzy się przenoszą. I tak naprawdę zobacz – ten mi się cały załamuje tego, że ci nasi founderzy potem będą finansować następne. Będą, tylko pytanie czy w Polsce. Nie do końca chyba to działa, ale to jest tak bardzo trudne do zrozumienia dla mnie, że nie wiem do końca co powinniśmy my robić. Tacy ludzie, którym na tym zależy. Wydaje mi się, że Tobie też zależy. Żeby coś było lepiej.

To dla mnie na pewno jakimś medium też jest chociażby edukacja czy inspiracja. Dla mnie jednym z powodów czy głównym powodem dla powstania tego podcastu była chęć możliwości dawania ludziom inspiracji do tego, że można inaczej, że można na różne sposoby, że nie ma jednego archetypu przedsiębiorczości. To był taki mój w zasadzie driving force. Te cztery lata temu kiedy zacząłem ten podcast robić. I wydaje mi się, że to jakiś tam impakt ma i to jest fajne. Ale oczywiście zawsze można to skalować. Też wydarzenie, na którym się ostatnio spotkaliśmy, które zorganizowaliście Catch the Tornado Dots vol.  4  to było – chętnie o tym powiem, że to było pierwsze… drugie może wydarzenie w Polsce, na którym się nie nudziłem. Sorry, że tak mówię, ale szczególnie konwencja panelu jest bardzo zła, uważam. Jakby tak rutynowo. Każdy powie to, co miał z góry do powiedzenia i nie ma trochę przestrzeni na dialog prawdziwy. Jest za mało czasu, więc jakby ludzie się nie rozkręcą, i tak dalej. Byłem na jednym fajnym wydarzeniu, potem sobie przypomniałem na jakim. To kiedyś jak Market One robiło takie spotkanie – pamiętam, że tam było kilka świetnych paneli w kampusie. I to było pierwsze, na którym siedziałem, naprawdę słuchałem i notowałem z tych spotkań. I drugie to było teraz jak był panel founderów. Jak budować biznes bez foundera. Mówię – kurcze, siedzę dwie godziny i słucham ludzi jak mówią. I mówię – to jest super. To też jest jakiś element według mnie już tej misji. Realizowania tej misji przez Was. Także dzięki Ci za to. Powiedz w ogóle dlaczego to robisz? Dzisiaj – czym jest Catch the Tornado, czym jest Catch the Tornado Dots? O co chodzi?

To cieszę się, że Ci się podobało, bo ja generalnie robię to pod siebie. Mi zależy, żebym się czegoś nauczył. I myślę, że panel działa fajnie dlatego, że ci ludzie normalnie by nie mieli czasu robić prezentacji. Panel pewnie działa fajnie jak masz naprawdę świetnych ludzi. Jak ich bardzo wymęczysz czego Ty chcesz i jak ich trochę odfiltrujesz od tych defaultowych rzeczy, które by odpowiedzieli. Nie wiem czy wszyscy wiedzą, ale generalnie to wygląda tak, że oprócz precalla, który mamy, który przygotowuje do tego panelu – gdzie na przykład mówię wprost: „Słuchajcie, ja nie chcę, żeby tam były rzeczy, które można znaleźć w Internecie”. Jeśli coś powiedzieliście i to jest już w Internecie – to sobie to darujcie, bo ja chcę tylko coś nowego. A potem mamy lunch, który trwa dwie godziny, i który służy temu, żeby wszystkie basic rzeczy sobie już powiedzieć. I żeby się zagłębić w tę rozmowę. I ci goście, którzy przychodzą do panelu są po dwóch godzinach rozmowy z sobą. I tam już frazesy zostały powiedziane. To też jest taki dobry hit. W ogóle jakoś tak przypadkiem na to wpadliśmy, że oni są po prostu rozgrzani. Oni już się znają. Już mają wiesz: „Tutaj o tym bym powiedział jeszcze”. To fajnie wychodzi. Mi się te panele po prostu podobają. Uczę się dużo na nich, więc też wierzę, że mogą się podobać, ale to jest tylko przez to kogo tam zaprosiliśmy. Generalnie pomysł mamy taki, że chcemy trochę zbudować takie comunity firm technologicznych. I te meetupy nasze służą takiej trochę rekrutacji. Natomiast staramy się być bardzo wybiórczy. I faktycznie firmy technologiczne zapraszać. To nie jest popularne podejście. Czyli my robimy event, na którym generalnie jest bardzo mało usługodawców, którzy chcą coś sprzedać. Tam są głównie firmy technologiczne, które faktycznie robią technologię. I nikt nikomu nie chce nic sprzedać, więc ludzie są bardziej otwarci. Chcą naprawdę się czegoś dowiedzieć. I myślę, że czują, że to, co wkładasz to wyjmujesz. Po prostu powiedz coś prawdziwego, co usłyszysz coś prawdziwego, bo potem jest drugi dzień warsztatów i tak dalej. Ale to wszystko służy tak naprawdę rekrutacji tych najbardziej takich wytrwałych i otwartych. Do małego takiego comunity, które robimy, które ma na razie kilkadziesiąt osób, bo ja bardzo wierzę, że my potrzebujemy budować taką wymianę wiedzy i taki network też, żeby mieć taki trochę zaczyn tego. Ja nie znam dobrze Doliny Krzemowej, ale tak jak się słyszy – że jeśli tam masz pomysł, to po prostu idziesz do swoich ziomków i masz po prostu pierwsze finansowanie w godzinę. Po prostu inni ziomki, inni przedsiębiorcy – to jest tak 1:04:56, że po prostu Stary, w kogo mam zainwestować jak nie w gości, których znam od dziesięciu lat? Są super ziomkami. Wiadomo, że mnie nie oszukają. Mają już jakieś sukcesy, robią coś następnego. Wiesz – żadna przysłowiowa kawalerka nie da Ci takiego zwrotu. Tylko musisz znać tych ludzi. A my się nie znamy. Po prostu. Ci founderzy się nie znają. Każdy robi swoje, jest zawalony tą robotą. I my chcemy, żeby oni się poznali, bo wydaje mi się, że to da niesamowity boost. A to jest obok jakby tej naszej pierwszej działalności, którą zaczęliśmy w Catch the Tornado. Czyli takiego startup studio, gdzie my mówimy właśnie: „Okej, jak masz fajny pomysł, to my pomożemy Ci go zbudować i zrobimy to po prostu szybciej, bo dodamy nasz właśnie network, kasę i też kolejny jakiś też network taki, żeby to finansować”. To wszystko jest o tym, żeby więcej rzeczy powstawało. Pomiędzy ludźmi, którzy się znają, więc się trzeba poznać. I to poznawanie myślę, że cały czas to jest lekcja do odrobienia. I to nie mogą być takie… Wiesz, wczoraj miałem taką fajną rozmowę. Taki kolega, przyjaciel w zasadzie mówi: „Stary, w Warszawie mieszkasz?”, „Nie, nie. Wyprowadziłem się z Warszawy”, czy tam: „Miałem mieszkać w Warszawie, ale mieszkam w małym mieście”. Mówię: „Czemu?”, „Wiesz co? Stwierdziłem, że w tym małym mieście to ja mam trochę więcej focusu. I nie mam ciągle tych bankietów i tak dalej. I mi się lepiej żyje”. Mówię: „No tak, ale te bankiety, przecież to jest taki network i tak dalej”. I wiesz, kurde te bankiety to nie jest taki network. Tak naprawdę relacje budujesz – bardziej może taką rozmową jak my mamy teraz. Fajnie sobie przybić piątkę, ale jak nie ma tego next step, że okej, ale potem masz właśnie warsztaty, coś. Nie pogłębiasz tego, to wydaje mi się, że my w Polsce szczególnie nie umiemy budować takich głębszych trochę relacji opartych na zaufaniu. Biznesowych. To jest też to, co mówiłeś. Czyli: „Nie, to jest konkurent. Mogę mu przybić piąteczkę, ale to ja mu tam będę opowiadał”. I ci przedsiębiorcy tak naprawdę się nie znają i nie lubią. Wiesz o co mi chodzi?

Tak. 

Czy masz dwudziestu przedsiębiorców, którzy są ziomkami, do których możesz zadzwonić jak będziesz robił startup? Bo to jest Twój default mode. Powinien być. 

Powiedziałbym, że to jest nawet jeszcze krok wcześniej z moich obserwacji. Ja akurat uwielbiam poznawać ludzi głębiej, a jestem strasznie daleki od powierzchownego poznawania dlatego wybrałem też taką formułę rozmowy jak podcast. Gdzie mogę kogoś naprawdę poznać, bo mnie ludzie interesują. Nie chodzę na eventy, bo to zazwyczaj jest strasznie powierzchowne i tam przybijanie piątek mojego życia nie zmieni. 

Bo wiesz, co na takim evencie jest: „Jak u Ciebie?”, „Super, a u Ciebie?”, „Też”, bo co więcej?

Nie ma przestrzeni, ale fajne jest żeby odnowić, żeby trochę odświeżyć. To, co obserwuję, to że nie ma zainteresowania wychodzeniem poza własny świat. Czyli ciekawe jest to, że jest taka iluzja, że jakby to zainteresowanie tym co jest wewnątrz mojej organizacji i w najbliższych punktach styku – wystarczy mi do tego, żeby żyć fajnym życiem, robić fajne projekty, a to jest kompletna nieprawda. Tutaj jest nawet to fundamentalne, że zanim pomyślę czy to jest mój konkurent, to ja nawet nie myślę o tym, że fajnie by było z ludźmi się spotkać i poznać na poziomie ludzkim. Tylko to jest takie trochę myślenie transakcyjne. Trochę myślenie projektowe. I to kompletnie się nie mieści w moim systemie wartości, bo ja mam zupełnie inne podejście do relacji. Od zawsze ludzie są dla mnie bardzo ważni. Zapamiętuję ich i traktuję ich tak bardzo… Jestem też bardzo ufnym człowiekiem. Też o tym mówiłem kiedyś w podcaście, że na tym się też parę razy przejechałem, ale uważam, że więcej razy wygrywasz, niż przegrywasz. Ogólnie, z taką strategią. A ogólnie sporo osób – myślę, że to jest gdzieś tam zaszyte kulturowo, ma to myślenie o tym, że jednak po co mi ci inni ludzie? Może oni mi zaszkodzą? Może ja się skupię na swoim. Koncentracja jest ważna, itp., itd. I uciekają od takie poszerzania, pogłębiania rozumienia wartości tych głębokich relacji. One są niesamowite. Jak myślę o ludziach, których poznałem kilkanaście lat temu w jednych okolicznościach, dzisiaj są gdzie indziej i ta więź jest. I to kreuje te szanse. 

Myślę, że tak. Totalnie się zgadzam. I to nie jest tak właśnie, że z tego nie wynikają rzeczy biznesowe, bo wynikają. Tylko, że one są następstwem tego, że się znamy i po prostu mamy zaufanie do siebie. I to myślę każdy dobrze rozumie, kto próbował jakiegoś takiego płytkiego networkingu, w takich różnych networkingowych forach, gdzie tam wyjmie się wizytówkę od tak i sprzedasz coś. Tam po prostu wszyscy sobie chcą coś sprzedać. Tylko nikt nie chce nic kupić. To jest dokładne przeciwieństwo tego, co mówisz. I do tego jakoś ludzie lgną troszeczkę. Ale też chyba każdy się na tym sparzy. Może przez to potem się zamykamy. Nie wiem. Ja to czuję. Dla mnie takim trochę role moderem powiem Ci nawet… My pracowaliśmy jeszcze jak byłem w Divante, z takim klientem Tim S.A. I tam jest właściciel, pan Krzysztof. I on jest trochę takim role moderem, bo on ma już swoje lata. Pewnie mógłby już przejść na emeryturę, ale raz – zbudował z dwie firmy, które są na giełdzie świetne. Potem w Timie zrobił taką transformację, że wiesz jakieś Allegro mogłoby się od niego uczyć. A teraz jeszcze słyszę, że w ogóle magazyn, który zbudował jak robił tę transformację – to przy okazji też go zamienił w osobną spółkę. Coś jak Amazon Fulfillment. I zrobił tak super ten magazyn, że tam Oponeo i Ikea. Ileś w ogóle z niego korzysta, bo jest lepszy, niż to, co oni mogą zbudować. Facet, który naprawdę ma już i tyle majątku i nic nie musi. Ale ma taki drive. I czemu on ma też taki drive? Dlatego, że on bardzo często powtarzał – oczywiście w żartach, że w firmie są tylko koszty i chaos. Jego interesują klienci, jego interesuje co się dzieje na zewnątrz. To tak trochę jest. Masz fajny wehikuł, Twoją firmę, która może różne rzeczy zrobić. Ale to Ty często też jesteś źródłem inputu. I jeśli Ty nie masz tej otwartości i tego, że przychodzisz i mówisz: „Ej, słuchajcie – my co prawda sprzedajemy kawę, ale zobaczcie tutaj Allegro. Czemu my tego nie robimy?”. To jakim prawem oczekujesz od Twoich ludzi takiej otwartości jeśli Ty sam gdzieś się zamkniesz w tym gabinecie i tam będziesz siedział? Come on! A z drugiej strony taki lider, który wiesz… Dla mnie to jest naprawdę niesamowita inspiracja i chciałbym w swoich późniejszych latach mieć taką energię i właśnie nomen omen otwartość. To jest olbrzymia otwartość, żeby w branży też, która jest już zastana i tak dalej. Przecież kurde, wiecie co? I robimy full e-commerce. Bo to nie ma sensu na pół gwizdka. Ja pamiętam jak oni nam opowiadali sytuację typu, że wiesz – oni po prostu napisali do swoich klientów, że my robimy tylko e-commerce i zamykamy wszystko inne. I możesz zamawiać tylko przez e-commerce. I do niego dzwonili klienci i mówili: „Panie Krzysztofie ja jestem waszym klientem trzydzieści lat i ja nie będę przez Internet zamawiał”. I on mówi: „No to dziękuję za współpracę. Bardzo przykro, że ma Pan taką decyzję, bo my tylko przez Internet będziemy sprzedawać”. Wiesz, Stary pokaż mi młodych liderów, którzy tak robią? To jest jakiś taki mindset wynikający z otwartości. 

Z otwartości, odwagi i tego drive’u. Ale ta otwartość jest niesamowita. I też skąd się inspirować właśnie? Jest wiele źródeł inspiracji i to inspirowanie się od innych ludzi jest genialne, bo jak możesz inaczej kreować innowacje jak poprzez łączenie nie związanych ze sobą rzeczy w nowy sposób? A skąd te rzeczy masz przyjmować? Czytając – z całym szacunkiem – jeden z magazynów biznesowych, gdzie są rzeczy wydrukowane, gdzie jest tak zazwyczaj mało takiej konkretnej jakby esencji. To jest poprzez mieszanie się z ludźmi, którzy są inni od Ciebie. Wystarczy spojrzeć jak działają artyści. To jest poszukiwanie niezwiązanych z niczym inspiracji. To jest w ogóle fascynujące rzeczywiście. Także świetne tematy. Pomęczyłbym Cię o trochę takich jeszcze konkretnych kwestii kilka. Żebyś coś tutaj podrzucił inspiracji.

Tak, bo mam wrażenie, że bardzo filozoficznie rozmawiamy dzisiaj. 

Bardzo dobrze. Brakuje filozofii. To jest wspaniała rzecz, naprawdę. I pełne prawo do tego, żeby mówić o tym, co uważamy za ważne. To też jest taka przestrzeń. Mówiłeś o doświadczaniu nowych rzeczy. Jakich nowych rzeczy doświadczyłeś w ostatnich latach? Czy spróbowałeś na świeżo? Opowiedz coś o tym. 

Wiesz co? Ja generalnie pierwszy taki paradygmat właśnie miałem, że jak się czegoś boję, to bym chciał tego spróbować. Tak boję, że kurczę nie, to chyba jest nie dla mnie. Ja jakoś super do tego też nie zachęcam, bo wydaje mi się, że trzeba sobie to dozować, żeby też się tym nie zamęczyć. Bo ja na przykład zawsze miałem taką obawę. Dwa razy w życiu się biłem z kimś. Jako dzieciak, ale tak, że wiesz – biliśmy się, ale jako dzieciak. Więc miałem taką obawę, że gdyby może kiedyś coś się stało takiego i nie mógłbym komuś pomóc, to źle bym się z tym czuł, bo bym się może bał. Mówię – kurczę, fajnie by było może się nauczyć jakichś sztuk walki czy czegoś? Ale kurczę to nie jest dla mnie. W ogóle się w tym nie odnajduję. I właśnie tak sobie zacząłem robić research. Patrzę na jakieś sztuki walki i mówię – kurczę, jak tak się w tym nie odnajduję, to jak tak spróbować – to tak, żeby zobaczyć czy to nie jest dla mnie, to coś takiego w czym się najbardziej nie odnajduję. I najbardziej brutalny – krav maga. To się zapisałem na tę krav magę. I okazało się, że generalnie to nie jest tak, że się nie odnajduję. To jest w sumie fajne, zupełnie nowe dla mnie emocje. Potem z tej krav magi boks – to też nigdy mi się nie podobało, a okazało się, że to jest też ciekawe. Zupełnie inne emocje. I trochę miałem taki paradygmat. Większość tych rzeczy już zrobiłem, których się bałem. Chyba nie wiem… Wydaje mi się, że jeszcze może się boję skoczyć na bungee, bo skakałem na spadochronie, ale to jest coś innego. To jeszcze taki mały mam, że może bym chciał tego spróbować. Ale też zacząłem takie rzeczy, że czuję, że to nie jest dla mnie. Z żoną się zapisaliśmy na tańce. Nie czułem, że to jest dla mnie. A to są fajne rzeczy i też wydaje mi się, że fizycznie one są fajne, bo jednak zmuszasz czy wyprowadzasz swoje ciało z takiego normalnego funkcjonowania. Ja na przykład biegam, gram w tenisa. Takie rzeczy, gdzie te ruchy już są dla mnie naturalne. Ale taniec jest na przykład bardzo nienaturalny. I jakby też na drugim spektrum właśnie do krav magi. Gdzie jakby z jednych zajęć na drugie – czujesz, że to nie jest Twoje i widzisz gościa, który Ci to pokazuje. Mówisz: „Wow. Jak on to zrobił? To wygląda prosto”. A Ty to próbujesz zrobić i masz taki feedback od Twojego ciała: „E, e. Nie. Nie robię tak”. I to jest fajne. Podejrzewam, że podobnie jest z umysłowymi rzeczami. Masz takie po prostu wytarte ścieżki i nagle masz coś zrobić mentalnego, czego nie robiłeś. I myślę, że to bardzo podobnie działa. Dla mnie to włącza takie trochę… Raz, że mega mnie to odstresowuje. Dwa, że dużo frajdy. I włącza też takie trochę filozoficzne myślenie, że: „Kurczę, Tomek, jeśli Ty masz taki głupi problem ze zrobieniem paru kroków w tańcu, które są w sumie proste technicznie, ale Twoje ciało nie chce tego zrobić, to jakie Ty masz na pewno w głowie różne swoje ograniczenia, które sprawiają, że nie widzisz w ogóle jakichś rzeczy fajnych?”. Trochę się uczyłem też języka, ale to jakoś nie zadziałało mi. Także takich rzeczy sobie próbuję. Różnych, nowych. 

Super, fajnie. To jest super inspiracja. Też sobie biorę dla siebie. I będę o tym pamiętał. A jeżeli chodzi o takie źródła inspiracji właśnie? Słyszę nowe doświadczenia, poznawanie ludzi, comunity. Wymiana wiedzy z różnymi forami przedsiębiorców, żeby trochę mieć te różne perspektywy. Terapia jako powiedzmy sposób na rozwój osobisty – straszne to jest sformułowanie, aczkolwiek bardzo dobre zarazem. To jest taka brzydka etykieta. Jakie inne metody edukowania się w zakresie bycia lepszym przedsiębiorcą podejmujesz lub podejmowałeś?

Ja faktycznie przez to, że nie kończyłem jakichś super szkół, to miałem takie cały czas poczucie, że fajnie by było zobaczyć jak to jest pójść na wykłady do gości, którzy pisali jakieś książki, które czytałem. Były wow. Dzisiaj też ta otwartość jest. Można sobie kupić wejściówki jakieś na super kursy. Na London Business School na Harwardzie czy coś. Warto moim zdaniem jak się jest przedsiębiorcą, to sobie chociaż sprawdzić, bo mi wydawało się szczerze mówiąc, że te rzeczy są droższe, niż są. I można czasami… Wiadomo, że one nie są jakieś super tanie, ale jakby wydaje mi się, że duży impakt jest na nas przez to, bo jednak mamy bardzo dużą atencję do tego, bo to są trochę nasi herosi. Jeśli masz wykłady albo ćwiczenia z kimś, kto napisał książkę, którą czytałem dziesięć lat temu i była niezła i naprawdę ciekawa – to masz taką większą otwartość trochę. Możesz zobaczyć jak działają inne systemy edukacji, co też dla mnie jest ciekawe, bo nie byłem w żadnym innym systemie edukacji. Jak można inaczej się uczyć. I masz taki excitement i znowu też poznajesz fajnych ludzi. Ja bym też zachęcał mimo, że późno zacząłem i nie mam jakichś mega dużych doświadczeń w tym. To też to było bardzo fajne. Ja jestem generalnie fanem też samodzielnej nauki. Czytania książek i myślenia o tym. 

Jakie książki przychodzą Ci od razu do głowy jak myślisz sobie: „E, to było naprawdę super, poleciłbym”. 

Z ostatnich paru lat, bo ja dosyć dużo czytam. I to też ma oczywiście minusy. I naprawdę trzeba powiedzieć o tym, bo myślę, że są tacy ludzie jak ja i też wielu innych, którzy mogą wpaść w coś takiego, że czytają za dużo. Potem nie mają czasu na myślenie albo na wdrażanie tego. Albo im się wydaje, że jak przeczytali to już to wiedzą. To nie jest to samo. Implementacja. Można się też zajechać w tym. Ale zawsze przychodzi mi do głowy z paru ostatnich lat „Sociology of money”, bo to jest książka po prostu mądra. I tam jest mnóstwo bardzo ciekawych anegdot o tym jak ludzie wymienili prawdziwe szczęście, wolność – wręcz dosłownie. Jak zaryzykowali, żeby zarobić pieniądze, których nie potrzebowali. I stracili tak naprawdę to czego potrzebowali. To jest po prostu mądra książka. Nie spodziewałbyś się po tytule, ale mega polecam. Chyba nie ma jej po polsku niestety. A ostatnio czytałem książkę, która jest po polsku i się nazywa „Jak zmieniać?” Katy Milkman chyba. I to jest taka książka – babeczka była zatrudniona przez Google, żeby pomogła pracownikom Google zmieniać się na lepsze. Google miał takie jakby wyzwanie też ciekawe, że ich pracownicy chcieli różnych zmian w swoim życiu dokonywać, ale im nie wychodziło. Tak jak nam wszystkim. I ona generalnie tam robiła różne badania i powołuje się też na inne badania. Jak my możemy zmieniać swoje zachowania na takie jak byśmy chcieli? Czyli od timingu poprzez to jak sobie po prostu zorganizować ten sam proces zmiany. Mega ciekawe i też dla siebie bardzo dużo wyciągnąłem. Ale też myślę, że to może pomóc nam inspirować innych do zmiany, bo tam są takie bardzo też ciekawe hinty jak to robić, kiedy? Wiesz, ja bardzo wierzę koniec końców w to, co Ty powiedziałeś, a nie podbiłem tego. Myślę, że to jest prawda, że koniec końców to jedyne co my możemy, to tak naprawdę inspirować innych. Nie możemy nikomu nic kazać, nie możemy nic zabronić. Ludzie i tak zrobią to, co chcą. A jedyne co działa, to taka pozytywna inspiracja. „Słuchaj, może spróbuj tego? Może zobacz to? Poczytaj o tym”. I naprawdę najlepiej działa. Ktoś już sobie tam wejdzie w to sam. I nawet właśnie chyba w tej książce było coś takiego, że najlepsza metoda, jedna z najlepszych metod udzielenia rady, to nie jest udzielenie rady tylko zapytanie tej osoby o radę dla siebie w temacie, który Ty uważasz, że jej się przyda. Czyli wiesz – tam był taki przykład, że ktoś ma problemy z odrabianiem lekcji, dziecko. I Ty mówisz mu: „Słuchaj, ty odrabiaj lekcje od razu jak przyjdziesz do domu”. Tylko: „Słuchaj Mariuszku, co ty byś poradził swoim kolegom, żeby nie mieli problemu z odrabianiem lekcji?”. I wiesz – wychodzisz z trybu obronnego. Wchodzisz  w tryb kreatywny. Kurczę, to co tu można zrobić? A potem to powiedziałeś i nagle to do Ciebie dociera. Ty, to jest dobry pomysł. To może ja też tak będę robił? Ale zobacz jaka to jest drobna zmiana, która zmienia bardzo dużo. 

Totalnie. To jest też fundament coachingu tak naprawdę. W rzeczywistym wydaniu. Zadajesz komuś pytanie i ktoś znajduje na nie odpowiedź, a potem się okazuje, że to jest odpowiedź, której szukał tylko nie zadał sobie tego pytania. Świetnie. Nie czytałem tej książki, tak że bardzo ciekawa, bo też dotyka tego czym się zajmuję, więc mega już jestem podkręcony. Dzięki Ci za to. A propos czytania zbyt wielu książek, to miałem też taki rok, ale właśnie doszedłem do wniosku, że przeczytanie pięćdziesięciu czterech książek w ciągu roku – to jest tak naprawdę sieczka, bo tam nie ma tego momentu na to, żeby powiedzieć: „Okej. Gdybym nic innego nie robił, to bym skończył tę książkę i powiedział – okej, jak ja mogę teraz przełożyć te idee na rzeczywistość?”. A ja zamiast to zrobić – zawsze jest to inspire 1:24:07. Czyli takie duo. Musisz się najpierw zainspirować, żeby potem oddychać tym. You inspire yourself all the time. To jest mały problem z tym. Dlatego, że to jakby nigdy nie przechodzi przez Ciebie. Tak samo fani właśnie różnych kursów. Ile można zrobić kursów? Ale jak to przekładasz na rzeczywistość? Taka operacjonalizacja w swoim życiu.

Tak. Ja sobie robiłem kiedyś taką statystykę jak byłem w Divante, że przeczytanie książki, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i potem wdrożenie jej – to w najbardziej optymistycznym przypadku to jest pół roku. I to jest optymistyczny przypadek. A wielu się nie udało wdrożyć. Typu nadal uważam, że ta książka by mega pomogła tej organizacji. I wiesz – cały proces. Ja wtedy wiesz, myślałem jak to robić. Kupowałem tych książek mnóstwo. Rozdawałem ludziom. Wiele się po prostu nie przylepiało. Po prostu nie. A jeśli się przylepiało gdzieś to przeczytali i przychodzili i mówili: „Tomek, fajne to jest. Zróbmy coś z tym”. To wtedy ileś miesięcy wdrażania i nadal może zadziałać albo nie. Slow down, come on! Dobrych książek jest mnóstwo i pomysłów jest super dużo. Tylko weź to i zrób. To jest naprawdę trudne. Robienie nie jest proste. 

Totalnie. Wiesz, jeszcze na koniec może ja dorzucę książkę. Już pewnie o niej w podcaście mówiłem wiele razy, ale ciekawy jestem czy Ty czytałeś. To jest książka, którą chyba dałem największej liczbie osób w życiu. Chyba numer jeden. To jest „Esencjalista”, Grega McKeowna. Pewnie czytałeś.

Nie, nie czytałem. 

Powiem Ci, że chyba jedna z niewielu książek, którą a) dałem wielu osobom, b) przeczytały ją naprawdę, bo jakby to też różnie z tym bywa, bo też byłem taki trochę: „Przeczytaj, przeczytaj”, a to w ogóle nie działa. Ja i moje zajawki na czytanie versus to na co ludzie znajdą w danym momencie czas. To jest właśnie a propos inspiracja versus wymuszanie. I po prostu ludzie zmieniają swoje życie po przeczytaniu tej książki.

Naprawdę?

Totalnie. I serio. I to nie ludzie, którzy zaczynają karierę tylko poważni ludzie, z którymi mam do czynienia. Zazwyczaj to są ludzie mądrzejsi ode mnie, którzy osiągnęli więcej ode mnie. W wielu wymiarach. Co jest wielką przyjemnością dla mnie i w ogóle moim trikiem na życie, żeby pracować z takimi ludźmi, bo dzięki temu też się inspiruję. I ta książka „Esencjalista”, dla mnie tak jest – rewelacja. I ostatnio nawet znowu jakby w jednej organizacji – tylko gdzieś tam pracowałem z zarządem, powiedziałem im o tej książce. Powiedziałem, że jak skończymy ten projekt to im dam w prezencie. I zanim zdążyliśmy dojść do następnego spotkania to dwie osoby z tego zarządu już to przeczytały. I mówią: „Greg, to kurde zmieniło nasze życie”. Śmiesznie, bo to brzmi jak taka yet another książeczka jak zmienić swoje życie. Uważam, że jest bardzo fajna w kontekście właśnie takiego trochę zarządzania zasobami. Skupienia się na tym co ważne. I w tej sytuacji, w której Ty też jesteś i opowiadałeś o tym, że kiedyś miałeś ten system, że jak dorąbać jak najwięcej spotkań w ciągu dnia. Myślę, że to bardzo fajnie pomaga w tym takim przeprogramowaniu, więc bardzo polecam.

Super. Wiesz co? Ja mega właśnie lubię zawsze się zapytać co kto tam czytał. Wiesz co? To ma podwójną wartość. Bo z jednej strony dostajesz super rekomendacje, jesteś bardziej też myślę jednak zmotywowany, żeby przeczytać na przykład do końca. Tak jak mi ją poleciłeś – właśnie tak sobie pomyślałem co to za tytuł? Ale Greg mówi, że fajna. Tak się podjarał, to przeczytam. A dwa to myślę, że to też jest taki sposób na poznawanie się, bo to trochę mówi o tym: „Słuchaj, jestem bardzo w tym. Czuję to. To jestem ja”. To też jest dobry sposób na takie zrozumienie kogoś. Jak ktoś coś poleca to przeczytasz. To momentalnie jakby nawet zaczynasz mieć język, bo mówisz – a słuchaj, bo to jest tak jak w tej książce tam było, co to mówiłeś, że ta książka. I ktoś mówi: „No tak, Stary. To naprawdę kumasz to”. Fajny tool taki w ogóle do poznawania ludzi, nie?

Mega. Bardzo świeże. Nigdy o tym w ten sposób nie pomyślałem. Super. Dzięki Ci za to. Naprawdę nie przyszło mi to do głowy. To znaczy faktycznie teraz tak patrząc w przeszłość  totalnie faktycznie tak jest, bo jak na przykład myślę… Z Piotrkiem Smoleniem żeśmy wiele razy o książkach rozmawiali. Nie wiem czy się znacie. Pewnie się znacie. 

Nie, nie. Nie znamy. 

Mega gość. To koniecznie muszę Was poznać. On jest takim człowiekiem, który mnie wielokrotnie inspirował różnymi książkami. Patrzę też na Goodreads co czyta. I jak teraz myślę o tym co czyta – jest super dla mnie inspirującym przedsiębiorcą i w ogóle człowiekiem też w kontekście biznesu. Mówię: „No nie. To się totalnie składa. To jest cały Piotr”. Świetna refleksja, genialna. Dzięki Ci za to. Naprawdę zabieram to dla siebie. Tomek, czas nam się kończy. Chociaż dopiero dotknęliśmy powierzchni głębi Twojej istoty i Twoich dokonań, ale wszystko jest po coś, więc pewnie jeszcze będziemy mieli okazję pogadać w różnych kontekstach. Strasznie się cieszę, że znalazłeś ten czas. O co Cię nie zapytałem, a uważasz, że jest ważne, żeby jeszcze wybrzmiało w kontekście Twojej osoby, Twoich działań, Twojego teamu, życia, wieczności, biznesu?

Dzięki w ogóle za zaproszenie. Mega fajna rozmowa. Przynajmniej dla nas. Zobaczymy jak reszta, ale zadbaliśmy o siebie na pewno. Wiesz co? Ja myślę, że może jedna rzeczy taka trochę transakcyjna nomen omen. Chciałem powiedzieć o NGO’sie, w który jestem zaangażowany czyli Tech To The Rescue. Dlatego, że teraz jest taki czas, że wydaje mi się, że wielu z nas czuje, że chciałoby coś zrobić. I Tech To The Rescue to jest taka inicjatywa, która firmom IT pozwala się zaangażować w pomaganie innym NGO’som, bo wiemy, że NGO’sy generalnie chcą dobrze, ale nie mają takich zasobów technologicznych często jak by potrzebowały. Czyli często potrzebują najprostsze rzeczy – nowej strony, jakiejś zbiórki online, czegoś. I po prostu brakuje im tych specjalistów IT jak wszystkim. Jak firmom też. Natomiast oni dzisiaj są pod olbrzymim ciśnieniem i można im naprawdę pomóc. Szczególnie jeśli się jest z tej branży technologicznej, więc jeśli ktoś miałby taką chęć pomagać i angażować się – to fajnie by było, gdyby swoją organizację namówił do tego. W Tech To The Rescue my łączymy jakby firmy IT. Nie pojedyncze osoby. Z NGO’sami. Jeśli ktoś nas słucha i ma taką chęć pomóc i coś zrobić – i go wkurza wszystko i chciałby jakiś swój impakt dołożyć, to fajnie gdyby zgłosił do Tech To The Rescue swoją organizację. Może przyprowadził. Tam dużo świetnych rzeczy się dzieje. Nie chcę wchodzić w to i opowiadać dokładnie co, bo tam jest super zespół. I może też Jacka kiedyś powinieneś zaprosić, albo Daniela, bo to są tacy goście, którzy robią Tech To The Rescue, który jest NGO’em, ale robią to jak startup. Bardzo rzadka rzecz. Super szybko rosnące. Z taką energią po prostu. „Zmieniamy świat, jesteśmy startupem!”. Bardzo ciekawy projekt, więc taki mini jakby może nie apel, ale taki link, że jak kogoś to interesuje to zachęcam. 

Mega fajnie, że o tym powiedziałeś. Też mocno wspieram. Nawet miałem okazję jedną z firm, z którą pracuję – gdzieś tam pomóc, żeby ona też dołączyła do tego. To jest w ogóle super. Napisali do mnie: „Hej Greg, czy to jest coś legitnego?”, na zasadzie wiesz… Ja mówię: „Kurcze, totalnie. Mega ekipa”, więc bardzo miło, że też mogłem w tym zauczestniczyć, bo jestem pod dużym wrażeniem też. I ta sytuacja tragiczna, która się dzieje za naszą granicą ma też właśnie ten jeden mocny aspekt. To, co powiedziałeś wcześniej, że się gdzieś tam integrujemy, aktywujemy i to też jest katalizator do tego, żeby te inicjatywy właśnie się budowały. Także świetnie można wykorzystać ten impakt PR-owy na to, żeby robić dobre rzeczy, które będą trwały dłużej, a nie będą tylko incydentalną pomocą tu i teraz. Dzięki, że się w to angażujesz. Super.

Wiesz, to jest zespół, to nie ja. Ale myślę, że to po prostu też jest taki trigger dla organizacji, dla nas. Dlatego myślę, że fajnie o tym tak pomyśleć. Jeśli robisz w organizacji, która tak chciałaby, ale się boi i waha się – to, to jest ten moment, że możesz ich przekonać. Myślę, że naprawdę da to olbrzymią satysfakcję. Widzisz tę multiplikację. Jeśli pracujesz w firmie IT, która zatrudnia sto osób i Ty będziesz tym triggerem, który sprawi, że ta firma dołączy i nagle piętnaście osób będzie pracować nad projektem, to zobacz jaki to jest impakt. To jest niesamowite przeskalowanie tego. To jest ten timing szczęśliwy, o którym mówiliśmy. Akurat w tym wydaniu takim dla NGO’sów, że inne mogą też użyć tych nowoczesnych technologii. To jest dla nich ten moment na transformację. 

Super. I też każdy chce robić coś, co ma wpływ. W związku z tym to jest świetna okazja, żeby to zrobić i fajnie jest wyklikać kolejny interfejs e-commerce’owy, który będzie pomnażał komuś pieniądze, ale też fajnie jest zbudować interfejst, który będzie te pieniądze przekazywał osobom potrzebującym. To jest świetne oportunity, żeby połączyć te kropki tak że bardzo fajnie. Tomek, bardzo Ci dziękuję za Twój czas, za gotowość do spotkania. Za to co robisz. Cieszę się, że możemy rozpocząć nasz dialog. Dzielić się tym z innymi. Moje doświadczenie pokazuje – powiedziałeś, że fajna rozmowa dla nas i masz nadzieję, że dla innych. Moje doświadczenie pokazuje, że rozmowy, które były najbardziej naturalne i gdzieś budowały właśnie takie porozumienie i miały taki naturalny flow – też potem dawały dużo wartości słuchaczom, więc mam poczucie, że to, co powiedziałeś jest ekstra i z tej perspektywy czuję, ale proszę również o feedback, że to będzie coś, co się świetnie przyjmie.

Trzymam kciuki za słuchaczy. Powodzenia i mega dziękuję za zaproszenie. 

Dzięki. Tomek Karwatka. 

Może Cię zainteresować

W czym pomaga doradca zarządu?

Czytaj

Jakub Dwernicki z R22 – od hostingu w 1999 do holdingu realizującego 77 mln zysku rocznie

Czytaj

Business Unlimited Newsletter

Zainwestuj 5 minut w tygodniu, by osiągać więcej. Dołącz do tysięcy przedsiębiorców i zarządzających biznesem w społeczności Business Unlimited. Wymieniaj się wiedzą i doświadczeniami. Otrzymuj co tydzień bezpłatne inspiracje i niespodzianki od gości Greg Albrecht Podcast. Dzięki Business Unlimited staniesz się bardziej skutecznym liderem.

A jeśli zmienisz zdanie? Możesz wypisać się jednym kliknięciem!

×