Zmień język:

Marcin Prokop – od osobowości medialnej do przedsiębiorcy

ZASUBSKRYBUJ GREG ALBRECHT PODCAST – WSZYSTKIE TWARZE BIZNESU:
Apple Podcasts
Google Podcasts
YouTube
Spotify

 
 
Marcin Prokop – dziennikarz, prezenter, laureat nagrody Wiktor 2013 w kategorii Osobowość Medialna. Posiada bardzo dużą zawodową praktykę, zdobywaną zarówno w charakterze osoby zarządzającej (był m.in. redaktorem naczelnym „Machiny“, „Filmu“ i „Przekroju“), piszącej (dziennikarz prasowy w wielu tytułach), działającej w radiu (autorski cykl „Duży wywiad“ w Radiu Zet) jak i prowadzącej liczne programy telewizyjne o bardzo różnym charakterze (od dużych rozrywkowych formatów takich jak „Mam Talent“ w TVN, poprzez autorski talk show „Prokop i Panny“ w TVP, po codzienną telewizję na żywo u boku Doroty Wellman w „Dzień Dobry TVN“). Jest również autorem kilku bestsellerowych książek, których łączny nakład to ponad 250 tys. egz. (m.in. „Bóg, kasa i rock’n’roll“ oraz „Jego wysokość Longin“). W ramach zdobywania różnych zawodowych kompetencji, zdarzało mu się także występować hobbystycznie w filmach i serialach, m.in. „M jak miłość“ oraz dubbingować animowane postacie np. w filmie „Renifer Niko ratuje święta“. Marcin to jeden z najbardziej cenionych i rozchwytywanych polskich konferansjerów, mający na koncie kilkaset poprowadzonych eventów dla największych międzynarodowych firm, w tym branżowe konferencje i kongresy, eleganckie gale, festiwale tematyczne, masowe koncerty i wiele innych.

Zwycięzca rankingu najlepszych konferansjerów w Polsce wg miesięcznika Press, nr 9-10/2017.

Opis:

Mimo ponadprzeciętnej elokwencji, zaczynał od porażek w branży telewizyjnej. Teraz jest jedną z najbardziej znanych i podziwianych osobowości medialnych. Gdy wspólnie z Szymonem Hołownią napisał swoją pierwszą książkę, która sprzedała się w 170 000 egzemplarzy, uznał, że jest w stanie stworzyć coś z niczego. W życiu kieruje się intuicją, która najczęściej prowadzi go do sukcesu.

Wspólnie z bratem założył agencję mówców Powerspeech, gdzie zatrudnia najlepszych specjalistów, którzy przekładają unikalne doświadczenia ze sportu, wojska i innych dziedzin na język korporacji i wystąpień publicznych. Ubiegły rok zamknął sprzedażą niemal 200 wykładów.

Jest mistrzem maksymalizowania swojej efektywności. Zarządzał już kilkoma firmami. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, pomysły, po prostu, realizuje.

Jaki naprawdę jest Marcin Prokop, skąd czerpie inspiracje i dlaczego ludzie go kochają, a przedsiębiorcy cenią?

Video:

Zapis rozmowy:

Z wielką ekscytacją muszę powiedzieć, że dziś moim gościem jest Marcin Prokop 1.

To ja, dodam dla ułatwienia.

Cześć Marcin.

Cześć Grzegorz.

Powiem ci szczerze, że gdy myślałem o naszej rozmowie, to bardzo się stresowałem. Przypomniała mi się sytuacja, gdy umówiłem się na wspólne bieganie z moim trenerem Marcinem Świercem 2, który jest mistrzem w biegach górskich. Biegaj z gościem, który biega pięć razy szybciej od ciebie i sto razy więcej. Miałem takie same odczucia w kontekście naszej dzisiejszej rozmowy. Jak zadawać pytania komuś, kto żyje z zadawania pytań?

Myślę, że naturalna ciekawość jest odpowiedzią na twoje pytanie. Wychodzę z założenia, że każdy dobry wywiad to rozmowa, która podąża za rozmówcą i nie jest efektem pytań odczytanych z kartki albo zadanych po wcześniejszym przemyśleniu, bo wtedy ten wywiad rozgrywa się w twojej głowie. Nie jest chęcią spotkania z kimś, kto jest fenomenem chwili, sytuacji, kimś, kto przychodzi ze swoim chwilowym doświadczeniem, nastrojem. Rozmowa, którą teraz prowadzimy byłaby inna, gdybyśmy ją odbyli jutro albo przedwczoraj. To, co dzisiaj padnie w tej rozmowie, być może będzie aktualne za tydzień, a może nie. Dlatego mówię o fenomenie chwili. W tym fenomenie chwili trzeba się odnaleźć. To jest mój sposób na rozmowę z moimi gośćmi. Jeśli mogę coś polecić, to właśnie taki sposób.

Powiem ci, że zupełnie nieświadomie taki model rozmawiania stosuję od początku jako naturszczyk. Rzeczywiście interesuje mnie to, co moi rozmówcy mają do powiedzenia. Czy czujesz się przedsiębiorcą?

W pewnym sensie tak. Jeśli miałbym się czuć kimś innym niż przedsiębiorcą, to bardziej czuję się osobą, która lubi przeżywać przygody. Przygody z przedsiębiorczością także. Być przedsiębiorczym oznacza dla mnie podejmowanie ryzyka, uczenie się rzeczy, których nie umiem, oswajanie się z ewentualną porażką, która się z tym wiąże i wyciąganie z niej wniosków. Myślę, że to są punkty styczne z przedsiębiorcami rozumianymi jako goście, którzy robią biznes.

Ty też robisz jakiś biznes.

Tak, ale to nie jest nigdy mój główny cel. Nie jestem osobą, która fetyszyzuje robienie biznesu dla samego robienia biznesu. Ten świat nigdy mnie nie podniecał jako przestrzeń realizacji, tylko jako pole, które mogę orać po swojemu i zebrać z niego owoce. Trampolinę do robienia rzeczy, które mnie interesują. Samo akademickie robienie biznesu, rozumiane jako sztuka robienia pieniędzy, przy okazji naprawiania świata i sprawiania, żeby był odrobinę lepszym miejscem, bo biznes odpowiedzialny powinien w ten sposób się zachowywać, budowanie przedsiębiorstwa, budowanie wartości dodanej — to są wszystko dla mnie rzeczy drugorzędne. One dzieją się przy okazji, ale nie jest to mój główny cel działalności jako przedsiębiorcy.

Jaki jest twój główny cel jako przedsiębiorca?

Fun. Radość z tego, co robię. Poczucie, że to mnie ekscytuje na bardzo podstawowym, wręcz dziecięcym poziomie. Poziomie dziecka, które siada przed kubełkiem z klockami i może z nich ułożyć, co chce. Może też nie układać czegoś, czego nie chce. Dla mnie zabawa w biznes musi być zawsze podszyta radością. Pamiętam, że kiedyś spore wrażenie zrobił na mnie kierowca autobusu, Robert Chilmończyk 3. Facet, który jeździł po Warszawie komunikacją miejską, prowadził autobus trochę tak jak DJ prowadzi imprezę. Mówił do ludzi, wchodził z nimi w interakcję, kojarzył pary, rzucał żarty. Doszło do tego, że ludzie chcieli z nim jeździć nie dlatego, że mieli do przejechania odległość z punktu a do punktu b, tylko dlatego, że fajnie im się jeździło. Wsiadali do autobusu, nawet jeśli było im nie po drodze. Pomyślałem wtedy, że sama radość z tego co się robi, jest wystarczającym powodem, żeby to robić. Jeśli przy okazji pojawiają się wyniki, efekty czy pieniądze to super. Szanuję też tych, którzy robią coś dlatego, że lubią, a nie dlatego, że chcą dołączyć do setki najbogatszych Polaków.

Wszyscy znają cię pewnie przede wszystkim z tego, że jesteś osobowością telewizyjną. Nie wiem, czy to brzmi dobrze czy źle.

Neutralnie.

W jakim momencie — kiedy stawałeś się tą osobowością telewizyjną — pomyślałeś, że mógłbyś robić coś poza tym, co robi zazwyczaj osobowość telewizyjna, czyli mówi do mikrofonu w obecności kamery i innych ludzi?

Odpowiem ci trochę pokrętnie i dojdę do pointy drogą, która nie będzie najbardziej wprost. Osobowością telewizyjną nie stajesz się dlatego, że mówisz do mikrofonu. Tylko mówisz do mikrofonu dlatego, że masz coś do powiedzenia, a żeby mieć coś do powiedzenia, to musisz najpierw coś przeżyć, coś zrozumieć, coś zrobić. Gadająca głowa, która ma dostęp do mediów, jeszcze nie jest osobowością telewizyjną. Jeśli mnie za takową uznajesz, to dziękuję ci za bycie tak łaskawym. Miło mi, traktuję to jako komplement. Mam wrażenie, że jeśli zasługuję na takie miano, to nie dlatego, że jestem znany z tego, że jestem znany. Tylko jestem znany z tego, że robię różne rzeczy. Tak chciałbym o sobie myśleć. Bardzo dużo pracuję, realizuję równolegle dużo projektów. Wykorzystuję też swoją trampolinę w postaci popularności, czy rozpoznawalności do tego, żeby robić rzeczy, które lubię, które chcę robić, które mnie interesują. Takie jak prowadzenie agencji mówców 4 albo wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie razem z bratem zrobiliśmy dokument 5, co pewnie byłoby niemożliwe, gdybym nie był znany z telewizji. Prawdopodobnie nikt by mi nie zaufał, nie dał mi takich możliwości, jakie dostałem. Carte blanche — jedź i zrób, a my to weźmiemy, niezależnie od tego, co nagrasz. Wracając do twojego pytania — dla mnie sama popularność, samo nacieranie się tym, że jestem „panem z telewizji”, że ktoś mnie rozpoznaje na ulicy, jest jałowe i idiotyczne. Gdybym miał tylko tę popularność, to byłoby to bardzo niewystarczające, żebym się czuł usatysfakcjonowany. Dla mnie przedmiotem satysfakcji są projekty i pomysły, które mogę realizować dzięki popularności.

Wspomniałeś o byciu rozpoznawalnym na ulicy. Miałem okazję rozmawiać z kimś bardzo rozpoznawalnym w Stanach. On jest autorem książek, więc mógłby być nierozpoznawalny. Powiedział: idealna sytuacja, to gdy wszyscy znają twoje imię, ale nikt nie zna twojej twarzy. Jak brzmi to dla ciebie?

Brzmi całkiem sensownie, ale byłoby to z mojej strony kabotyństwo i nieszczerość, daleko posunięta kokieteria, gdybym powiedział, że ta popularność nie robi na mnie żadnego wrażenia, bo robi. Fajnie jest poczuć czyjąś bezinteresowną sympatię tylko dlatego, że ktoś cię kojarzy z telewizora i jada z tobą śniadanie codziennie od paru lat. Spotykam takich ludzi, którzy podchodzą do mnie i mówią: cześć. Niemal rzucają mi się na szyję i widząc moje zdziwienie, wycofują się na moment, mówiąc: przepraszam, zapomniałem, że my się nie znamy, ja pana znam, ale pan mnie nie; to dziwne, bo w sumie codziennie jesteśmy razem w jednym pokoju.

Media pozwalają skrócić dystans z ludźmi nieznajomymi, co też wpływa na możliwość robienia różnych rzeczy i różnych biznesów. Łatwiej jest mi zyskać czyjeś zaufanie, przychylność, zainteresowanie, kiedy ktoś mnie kojarzy. Ma to też swoją cenę. Chcąc poczuć się incognito, spędzić wakacje w wyciągniętych gaciach, nie myjąc włosów – co uwielbiam robić, gdy jestem na wakacjach, ponieważ na co dzień przez cztery godziny układam moją legendarną, perfekcyjną fryzurę, więc wtedy staram się jej nie dotykać — to, żeby przeżyć takie możliwości muszę wyjechać gdzieś dalej. Jednak nad polskim morzem ludzie chcą się integrować, a ja na wakacjach muszę trochę od ludzi odpocząć. Muszę naładować baterie.

Marcin Prokop
fot. Mateusz Hołownia

Jak wpływa twoja popularność na twoje życie osobiste?

Wpływa w minimalnym stopniu, dlatego że postawiłem parę lat temu wyraźną granicę pomiędzy tym, jak się komunikuję z ludźmi służbowo przez media, a tym co się dzieje w moim życiu prywatnym. Uznałem, że nadmierne eksponowanie się przynosi same straty i żadnej korzyści. Miałem taki okres kilkanaście lat temu, kiedy bycie na okładce kolorowego magazynu wespół z moją żoną i dzieckiem było dla mnie jakąś formą nobilitacji. Cieszyłem się, że ktoś mnie zauważył, ktoś zechciał mnie zaprosić na okładkę, czułem się przez to wyróżniony. Z poczucia obowiązku, że zostałem wyróżniony, zgadzam się na to, żeby ktoś wtargnął z aparatem do mojego domu. Może nie dosłownie, ale żeby grzebał w moim życiu. Zauważyłem, że to nie służy niczemu, co uznaję za dobre i wartościowe. Wymydlam się z rzeczy intymnych, tracę swoją prywatność, opowiadam o rzeczach, które powinny pozostać za zamkniętymi drzwiami, a świat dziobie to, jak sęp dziobie padlinę. Wybiera co smaczniejsze kąski i żywi się nimi. Robi z przypadkowych wypowiedzi wyimki, które nabierają zupełnie nowego kontekstu i znaczenia. Często jest to używane przeciwko mnie. Moja żona, która robi swoje rzeczy, prowadzi swoje życie zawodowe, ma z tego tytułu kłopoty, nie korzyści. W związku z tym stwierdziłem, że nie muszę tego robić, więc nie chcę tego robić. Kiedy się odetnie mediom kolorowym bardzo wyraziście i konsekwentnie dostęp do siebie, to one są w stanie to uszanować. Są trochę jak złodziej, który chodzi po domach i łapie za klamki, próbując wejść do różnych mieszkań. Wejdzie tam, gdzie będzie otwarte. Nie będzie na siłę próbował forsować drzwi, które są szczelnie zamknięte. Chyba, że chodzi o ekstremalną sytuację, typu (odpukać) przejadę na pasach zakonnicę, która będzie w ciąży z prezydentem i jeszcze znajdą przy mnie marihuanę oraz okaże się, że nie płaciłem podatków – to wtedy już się do mnie dobiorą. Nie sądzę, żeby na siłę chcieli grzebać pod moim dywanem, bo tam nic ciekawego nie ma. Jak ja długo mówię!

To jest chyba naturalne.

Nie wiem, napiłem się tutaj kawy i zaczynam wariować. Teraz zadaj mi pytanie, odpowiem krótko.

Czy cieszysz się, że zaprosiłem cię do tej rozmowy?

Tak.

Wiedziałem.

Możemy tak pogadać [śmiech].

To było jedyne krótkie pytanie i odpowiedź. Wiedziałem, że odpowiesz szybko [śmiech].

Wracając do wątku przedsiębiorczego i dokładania nowych rzeczy — w jakimś okresie swojego życia i kariery byłeś po prostu osobowością telewizyjną. Zaczynałeś jako dziennikarz, jako osoba, która charakteryzuje się ponadprzeciętną elokwencją, ma coś do powiedzenia i robiłeś tę jedną rzecz do pewnego momentu. Kiedy poczułeś, że jest przestrzeń na to, żeby robić inne rzeczy?

Chyba bym się z tą tezą nie do końca zgodził. Mam wrażenie, że zawsze robiłem dużo rzeczy. Może nie wszystkie były widoczne medialnie, ale nie zależało mi na tym, żeby były. Zawsze robiłem różne rzeczy, ale nie wszystkie były chwalebne. Był taki moment na początku mojej kariery medialnej, kiedy mi się wydawało, że złapałem boga mediów za nogi i że nie uda mi się utrzymać wisząc na jego stopach zbyt długo, że siłą rzeczy, zgodnie z hasłem „każdy ma swoje pięć minut”, ja również przeżywam swoje pięć minut i w związku z tym muszę je szybko wykorzystać i wycisnąć. W tamtym okresie brałem różne zlecenia, których dzisiaj nie dotykam, jak występy w centrach handlowych w postaci konferansjera, czy inne podejrzane chałtury. W imię tego, że chciałem szybko zbudować niezależność finansową. Zawsze wychodziłem z założenia, że aby sobie pozwolić na bycie wolnym zawodowo: na wybieranie projektów, które chcesz realizować, a nie musisz realizować — musisz mieć bazę kapitału. Jednym, jak Gary’emu Vaynerchuk’owi6, tato podarował winnicę wartą milion dolarów — mnie nikt nic nie podarował. W związku z tym miałem bazę zerową. Musiałem sobie tę niezależność wykuć w skale rzeczywistości. Wykuwałem tak, jak potrafiłem, tymi narzędziami, które miałem.

Kiedy się uniezależniłem, zacząłem się przesuwać na inne pozycje, wybierałem niekoniecznie rzeczy tylko dla pieniędzy, ale przede wszystkim dla swojej satysfakcji. Pierwszą bardzo satysfakcjonującą przygodą pozatelewizyjną, było — wspólne z Szymonem Hołownią — napisanie, a raczej nagranie książki 7. Była to rozmowa dwóch facetów, którzy mają różne poglądy na temat rzeczywistości, Boga, religii i wszystkich wartości. Wiele nas różniło w tamtym czasie. Postanowiliśmy to napięcie wykorzystać, żeby o tym opowiedzieć odbiorcom. Okazało się — po pierwsze — że potrafię zrobić coś z niczego, że potrafię usiąść przed pustą kartką i sprawić, żeby zamieniła się w fizycznie namacalne dzieło w postaci książki. Po drugie — że ktoś chce to czytać i chce to kupić. Kiedy się okazało, że ta książka sprzedała się w ilości 160-170 tysięcy egzemplarzy, to miałem poczucie: wow, wreszcie robię coś, co ma gęstość, coś co ma szansę trafić szeroko. Nie tylko dlatego, że ileś ludzi w Polsce ma włączone telewizory.

Również coś, co jest w stanie przeżyć ciebie.

To bardzo optymistyczne założenie, że ktoś będzie chciał po to sięgnąć po tym, jak się „wyloguję z tego systemu”. Non omnis moriar — bardziej trwałym nośnikiem naszego pobytu na tej ziemi jest mimo wszystko książka niż program telewizyjny, który ulatuje w momencie, kiedy się kończy. Jest inna odpowiedzialność za słowo pisane niż za słowo mówione.

Ten projekt zakończył się powodzeniem. Czy masz na koncie jakiś projekt, który zakończył się klapą? Jeżeli tak, to co możesz o tym powiedzieć?

Tak, mam mnóstwo projektów, które zakończyły się klapą. Właściwie, pracując w mediach, zacząłem od projektów, które zakończyły się klapą. Pierwsze moje programy telewizyjne były mocno nieudane i powinny mnie zniechęcić do tego, żeby zajmować się mediami. Kiedy coś nie udaje się wiele razy, to rzeczywistość wysyła jasny sygnał — to nie jest twoje miejsce, nie powinieneś się za to brać, uciekaj jak najdalej. Schowaj się do swojej mysiej dziury. Wstydź się tego, że nie potrafisz. Ja miałem w sobie ten upór człowieka, który próbuje rozmontować radio albo inny skomplikowany mechanizm i mu się to nie udaje. Za każdym razem zostaje mu parę śrubek i nie wiadomo, gdzie je podłączyć, do czego je wkręcić. Jednak rozkręca i skręca tak długo, aż w końcu nie zostanie mu żadna. Mówiąc krótko, zawsze miałem osobowość gościa, który tak długo przygląda się procesowi, żeby go rozebrać na małe części i zrozumieć, aby wiedzieć, dlaczego coś co powinno zadziałać, nie zadziałało. Można to nazwać analitycznością czy jakkolwiek inaczej, ale wtedy uratowało mnie to przed rejteradą z telewizji. Mój pierwszy program, na dużej antenie w telewizji publicznej w prime time, w piątek wieczorem, kiedy miałem lat 21 czy 22, nazywający się „Prokop i panny” 8, miał oglądalność na poziomie błędu statystycznego. Widzowie go masowo nie pokochali. Był to też pierwszy program na antenie Telewizji Polskiej od bardzo dawna, który został zdjęty z anteny po paru odcinkach. Nie dokończono nawet sezonu. To było bardzo jasnym sygnałem — to jest bardzo złe. Druga moja cecha, która mnie wtedy uratowała to niewyłączne poszukiwanie winy w sobie. Często jeśli komuś coś się nie udaje i ponosi porażkę, to jego wewnętrzny daimonion 9, wewnętrzny krytyk mówi mu: to twoja wina. Nie zawsze tak jest. Czasami jest to splot różnych okoliczności. Trzeba bardzo jasno sformułować, co było moją odpowiedzialnością, za co byłem odpowiedzialny i gdzie dałem dupy, a co było okolicznościami, które sprawiły, że coś mi się nie powiodło.

Poza twoim dążeniem do samodoskonalenia i konsekwencji w znajdowaniu słabych punktów w tym rozebranym radiu, co sprawiło, że pomimo, że ten projekt nie wypalił, dostałeś kolejną szansę? W jaki sposób przekonać ludzi do tego, żeby dali ci drugą szansę?

To jest suma paru czynników, z których na pewno niebagatelnym jest szczęście. Szczęście, które często bywa pomijane w narracjach ludzi odnoszących sukces. Tak jakby ludzie się tego szczęścia wstydzili, że coś z zewnątrz pomogło im w ich własnym sukcesie. Kiedy się słucha takich opowieści ludzi, którzy odnieśli sukces, to słychać o ciężkiej pracy, o determinacji, o tym, o tamtym, owamtym, to wszystko bzdury. Oczywiście to są ważne elementy, bo bez egzekucji planu, pomysłu niczego się nie zrobi. Natomiast szczęście jest cholernie ważnym elementem tego całego procesu. Przykładowo: gdybym nie wysłał listu do magazynu Machina jako czytelnik, w którym to liście odważyłem się skrytykować artykuł poważnego dziennikarza muzycznego na temat jednego z moich ulubionych zespołów, gdyby ten dziennikarz tego listu nie przeczytał i nie zareagował na niego, bo miał trochę wolnego czasu i się nudził, więc postanowił do mnie zadzwonić i zrugać mnie za to, że śmiem podważać jego kompetencje… Gdybym nie powiedział wtedy: daj mi szansę, to napiszę lepszy tekst, tylko wpuść mnie na łamy. Gdybym nie był tak arogancki i gdyby on się na to nie zgodził, to pewnie nie byłbym tutaj. Nie śmiem być żadnym mentorem, ani coachem dla nikogo. Każdy ma swoją własną ścieżkę i swojego własnego wewnętrznego trenera. Moja sugestia dla ludzi, którzy szukają szans na powodzenie swoich projektów to: miejcie oczy otwarte na różne pozornie przypadkowe zdarzenia, sytuacje, spotkania, okna transferowe, które wam się otwierają i wykorzystajcie je zanim się zamkną. Czasami szansa trwa chwilę. To jest moment. Jedno spotkanie, z którego wyjdziesz z ruchem, z aktywnością, z interakcją albo ono się zatrzaśnie i już nigdy nie wróci.

To okno transferowe też zdarzyło się w moim życiu. W projekcie, który nas łączy. Pamiętam jak napisałeś na Facebooku, że otwierasz Powerspeech, czyli agencję mówców i pomyślałem wtedy, że do ciebie napiszę. Nie byłem wtedy żadnym wielkim mówcą, nadal nie uważam się za takiego, ale na pewno nabrałem w tym trochę doświadczenia. Czułem, że mam coś do powiedzenia i mogę podjąć taką próbę. Skorzystałem z tej okazji i złożyłem ci tę propozycję. Pamiętasz?

Tak.

Nie było to dla mnie ani oczywiste, ani łatwe. Miałem wątpliwości, czy spełniam kryteria. Pomyślałem: spróbuję. To było dla mnie okienko transferowe, które nas połączyło ponownie. Było dla mnie pewnego rodzaju teleportacją do nowych obszarów mojej kariery zawodowej w roli mówcy w projekcie Powerspeech. To był ten moment, w którym możesz podjąć szansę i skorzystać z niej. Czasem te momenty się wypalają i nic z tego nie wychodzi, ale czasem dostajesz szansę, która wnosi cię na kolejny stopień w karierze zawodowej, czy w życiu. Dla mnie tym momentem był Powerspeech 10. Powiedz o tym coś więcej.

To historia, która opowiada większą prawdę na temat mojego podejścia do biznesu, do robienia różnych projektów. Słowo projekt jest już tak wyświechtane, że za każdym razem, kiedy mam je powiedzieć, to mam ochotę ugryźć się w język [śmiech]. Każdy, kto ma laptopa, konto mailowe i siedzi w modnej knajpie, robi projekty. Nie będę się wyzłośliwiał. To podejście jest takie, że staram się podążać nawet za najbardziej szalonymi pomysłami, żeby spróbować, czy ich realizacja jest możliwa, a jeśli nie jest, to dlaczego? Mówiąc krótko — rzadko zdarza mi się porzucać pomysł, który wydaje mi się atrakcyjny, bez podjęcia próby wcielenia go w życie. W przeciwieństwie do osób, które mają nadprodukcję dobrych pomysłów. Znam osoby, które mają naprawdę wizjonerskie plany, tylko kuleje u nich egzekucja. Albo się szybko zniechęcają, albo pierwsza przeszkoda sprawia, że z pomysłu rezygnują. Ja mam tak, że próbuję, aż się uda. Nie, żebym się teraz stawiał w roli wyjątkowego kreatora, ale mam swój drive.

Rozumiem, że masz swój styl.

Tak. Te pomysły, najczęściej przeze mnie realizowane, pojawiają mi się w głowie w momentach, które wydają się wysoce niepoważne i niesprzyjające poważnym realizacjom. Najczęściej to są albo wizyty w saunie, albo kac po piciu, albo poranek w namiocie po przejściu z plecakiem 40 kilometrów dnia poprzedniego. Momenty, których wspólnym mianownikiem jest przewietrzenie głowy. Sprawienie — użyję metafory — że te kropki, które już masz w głowie dzięki pewnym okolicznościom, zaczynają ci się łączyć w inny sposób. Kropek może ci nie przybywa, ale rysują ci się inne wzory. Pomyślałem sobie — w ramach łączenia kropek w nowy wzór — że znam mnóstwo ludzi i mam wokół siebie mnóstwo osób, które też mają światu do przekazania sporo ciekawego doświadczenia. Mają do przekazania mnóstwo narzędzi z różnych dziedzin życia, zarządzania nie tylko biznesami, ale też ryzykiem w takich okolicznościach jak wspinaczka górska, rajdy samochodowe, czy zarządzanie plutonem wojskowym. Mogą je przekuć na narzędzia użyteczne dla ludzi uprawiających inne zawody. Może przyjść kierowca rajdowy i opowiedzieć chirurgom o tym, jak on podchodzi do ryzyka, jak nim zarządza i będzie im to bliskie, bo oni też w swoim życiu mierzą się z ryzykiem, tylko na innym polu. Kiedy te kropki spięły mi się w całość, stwierdziłem, że dobrze byłoby, po pierwsze, stworzyć grupę takich ludzi wokół siebie. Nazwijmy to agencją. Następnie przekonać rynek, że warto jest zainwestować — na zamkniętych konferencjach, kongresach, eventach, spędach — w coś innego, niż po raz setny ten sam kabaret, ten sam chałturniczy zespół, który gra te same przeboje, które wszyscy już słyszeli i którymi już dawno rzygają. Żeby pojawił się ktoś, kto wniesie wartość merytoryczną, a oprócz tego element rozrywkowy. Moim założeniem — budując tę firmę razem z moim bratem — było danie ludziom nie tylko wkładu merytorycznego na nudnej konferencji, ale też opakowanie tego w atrakcyjny sposób, żeby to była anegdota, osobiste doświadczenie, case z życia, z pracy, nie słupki, wykresy, nudne zdania wyczytane w nudnych książkach.

Jak to znajdujesz dzisiaj?

Jak to żre [śmiech]?

Jak ten eksperyment zażarł [śmiech]?

Początki nie były łatwe. Tutaj znowu mój upór spowodował, że z tego z bratem nie zrezygnowaliśmy. Na początku, przez pierwsze kilka miesięcy walczyliśmy z rynkiem. Walka polegała na tym, że nikt do końca nie rozumiał, co my właściwie sprzedajemy, z czym przychodzimy, co jest w tych naszych prezentacjach. Ludzie pytali: czy to jest taki jakby stand-up, kabaret, co ten człowiek właściwie robi? Nauczenie rynku, na czym polega nasza formuła, zdefiniowanie tego, a następnie pokazanie, że to może być fajne, że to może być dla nich wartościowe, zajęło nam dobre pół roku. Przez te pół roku sprzedawaliśmy w miesiącu jednego mówcę, czasami dwóch, trzech. Trzech to już był sukces i przybijaliśmy piątki. Już myśleliśmy o leasingu na służbowe auta, bo wiadomo – powodzi nam się [śmiech]. W zeszłym roku rachunkowym sprzedaliśmy około dwieście wykładów. Ta liczba ciągle rośnie. Mówców w agencji przybywa. Zgłaszają się do nas osoby z różnych półek o zaskakująco nośnych nazwiskach, które same chcą się przyłączyć do tej organizacji. Mój brat 11, który tym operacyjnie kręci i zarządza, na co dzień jest za to odpowiedzialny, jest bardzo dobrym menadżerem i ma świetne relacje z rynkiem. Jest człowiekiem sumiennym, rzetelnym, poukładanym i przy okazji komunikatywnym, co zaskakujące na tym rynku, jest to wyjątek. Sam mam okoliczność od wielu lat pracować z agencjami, accountami, firmami i powiem ci, że te cechy, które wydawałoby się w pracy z ludźmi, takie bazowe, defaultowe — wcale takimi nie są. To że ktoś odbierze od ciebie telefon, konkretnie odpowie na niego, ktoś dotrzyma zobowiązania i dostarczy, traktowane jest jak coś wyjątkowego. A powinno to być normą. Zgodzisz się?

Jak najbardziej. Mam podobne doświadczenia jak i ty z Sebastianem.

Pewnie ogląda, więc pozdrawiamy.

Dokładnie, wielkie pozdro. Pytałem go, jakie pytanie mam ci zadać. Powiedział, że mam zapytać czy jest fajnym bratem [śmiech]. Odpowiedziałeś na to pytanie, bez zadawania.

Jest fajnym bratem. Oprócz tego, że jest bratem, to też jesteśmy zaprzyjaźnieni. Lubimy spędzać ze sobą czas w sposób niewymuszony. Czasami obserwuję to wokół siebie — trafne jest powiedzenie, że na zdjęciach najlepiej wychodzi się z rodziną. My lubimy być na tych zdjęciach razem.

Was z Sebastianem łączy zażyłość osobista, co nie jest pewnikiem w relacjach braterskich. Współpracujecie też razem biznesowo. Czy współpraca biznesowa w rodzinie to dobry pomysł?

Powiedziałby mędrzec w tej sytuacji — to zależy od wielu czynników [śmiech]. Dla mnie się sprawdza z kilku powodów. Po pierwsze — mamy do siebie zaufanie, więc nie musimy naszej współpracy dekretować dziesiątkami umów. Jesteśmy dogadani na gębę od lat na różne rozliczenia między nami, czy podział obowiązków i z tego powodu nigdy nie było żadnych zgrzytów albo niedomówień. Każdy z nas wie, czego ma pilnować i każdy z nas ma poczucie grania w jednej drużynie. Po drugie — mój brat jest osobą szalenie drobiazgową, co czasami utrudnia mu życie. Kiedy przykładowo kupuje używany samochód i słyszy w nim dziwne dźwięki, których ja nie słyszę – ale u niego powodują one obsesję chęci wyeliminowania tych dźwięków – jest w stanie rozebrać samochód na części po to, żeby popsikać sprayem silikonowym jedną śrubkę, która i tak dalej skrzypi, ale jemu się wydaje, że już mniej. Ta drobiazgowość, która go definiuje, świetnie się sprawdza w roli, którą wykonuje. Bardzo pieczołowicie pilnuje terminów, zobowiązań, zapisów w umowie. Jest do bólu — na granicy bycia męczącym — skuteczny w egzekwowaniu pewnych zapisów, czy punktów w naszych kontraktach ze światem zewnętrznym. Mam wrażenie, że rynek to szanuje. Z jednej strony jest dla nich dość trudnym partnerem, bo wymaga wielu rzeczy, nie tylko w moim imieniu, bo zajmuje się też innymi osobami. Jest partnerem, któremu można zaufać i na którego można liczyć. Łączy go trudna miłość z rynkiem. Firmy i agencje, które nas z nami współpracują, chcą pracować z nami również ze względu na niego, bo ten Sebek to taki dobry chłopak.

Sebek dobry chłopak. Czy Marcin i Sebek ustalili sobie kiedyś zasady, co jeśli to nie pójdzie? Czy rozmawialiście o tym? Czy uznaliście, że wasza więź jest na tyle silna, że nie ma o czym gadać?

Gdyby się nam nie udało biznesowo, to nadal bylibyśmy braćmi. Nadal pożyczałbym mu pieniądze i pozwalał czasami nocować w swoim domu [śmiech]. Nie sądzę, żeby był to element jakkolwiek brany przez nas pod uwagę w ramach tego, co razem robimy. Nie to, że nie dopuszczamy porażki, bo mogłaby się zdarzyć, ale ona nie wpłynęłaby na nas w żaden destrukcyjny sposób. Dałaby nam siłę do tego, żebyśmy razem się z nią zmierzyli, bo we dwóch, mam wrażenie, jesteśmy czymś więcej niż sumą pojedynczych części. Jak każdy dobry zespół.

Ta świadomość sprawiła, że postanowiliście wspólnie pojechać do Stanów Zjednoczonych już dwukrotnie 12.

Mamy z Sebastianem taką, powiedziałbym, paratelepatyczną relację, to znaczy dużo nawzajem czujemy, nie musząc tego głośno wypowiadać. Lubimy ze sobą spędzać czas, bo nie musimy non stop się sobą zajmować. Nie musimy non stop zabijać kłopotliwego milczenia jakąś małą konwersacją. Możemy czuć się ze sobą swobodnie, tak jakbyśmy byli sami, a jednocześnie nie jesteśmy sami. To jest fajny walor tej relacji. Obaj jesteśmy samotnikami z natury i lubimy schować się w swoim świecie. Najczęściej świat zewnętrzny ci w tym nie pomaga. Kiedy siedzisz sam i się nie odzywasz, czytasz książkę, robisz coś sobie w komputerze, wpadasz w swój paraautyzm, to nagle świat zewnętrzny zaczyna szturchać cię patykiem pytając: czy z tobą wszystko w porządku? Dlaczego jesteś smutny? Może pogadamy o czymś? Między nami tego nie ma. Każdy z nas daje sobie prawo do bycia osobnym, jednocześnie będąc razem. Poza tym jako osoby razem wychowane w dość specyficznej rodzinie, w specyficznych uwarunkowaniach, mamy swój meta świat. Swój własny kod porozumiewania się, swoje własne unikalne doświadczenia, więc lubimy być ze sobą. Przy okazji Sebastian ma to do siebie, że szybko się uczy nowych rzeczy. Chce się uczyć nowych rzeczy. Kiedy padło wyzwanie: jedziemy do Stanów, będziesz operatorem. To nie padło z drugiej strony hasło: ale ja nigdy nie miałem kamery w ręku. Padło hasło: — nigdy nie miałem kamery w ręku, ale to fajne wyzwanie. Nauczę się tego. Jest to dla mnie szansa, żeby poznać coś nowego. Najwyżej się sparzę, najwyżej za pierwszym razem nie wyjdzie, ale robimy. I to jest fajne.

Jak w praktyce oceniasz doświadczenia z nagrania i startu pierwszego sezonu. Dla mnie jest to bardzo interesujące, ale jestem nieobiektywny. Po pierwsze dlatego, że was znam. Po drugie dlatego, że uwielbiam jeździć do Stanów. Motoryzacja nie jest mi obca, więc to że się przemieszczacie Mustangiem, także rzutuje na klimat tego programu. Jakie są wasze doświadczenia? Czego się nauczyłeś?

Po pierwsze — podobnie jak z pierwszą książką — miałem to poczucie sprawczości. Wymyślam projekt, rysuję go sobie w głowie, a potem on się materializuje. To daje poczucie dużej satysfakcji. Tak samo tutaj. Wymyśliłem pomysł na wycieczkę do Stanów, leżąc gdzieś w namiocie w Hiszpanii. Marząc o tym głośno, że fajnie byłoby kiedyś na taką wyprawę pojechać gdzieś dalej niż do Hiszpanii. Fajnie byłoby z tego zrobić jakiś film albo dokument. Głośno wypowiadając te słowa, jednocześnie nie pozwalałem im odlecieć. Nie pozwalałem, żeby się gdzieś rozproszyły, tylko natychmiast równoległym torem myślałem, jak to spiąć, żeby to można było zrobić. Fakt, że z pomysłu wrzuconego w swobodnych okolicznościach zrodziło się coś bardzo konkretnego, wynikło dla mnie duże poczucie zawodowej satysfakcji. To jest jedna rzecz. Druga rzecz jest taka, że udowodniłem sobie — mam nadzieję, że innym też w ramach mini inspiracji — że w dzisiejszych czasach próg wejścia do różnych miejsc, do których kiedyś nie było dostępu, jest bardzo nisko zawieszony. Kiedyś, żeby znaleźć się z treścią wideo w domowych telewizorach, czy sprzętach typu smartfon, telefon, tablet, trzeba było nieporównanie więcej nakładów finansowych, doświadczenia, dojść i znajomości niż dzisiaj. Teraz, kiedy masz kilkaset złotych na to, żeby kupić smartfona i być twórcą wideo, jeśli masz pomysł, to możesz dzięki mediom społecznościowym trafić z tym do szerokiej rzeszy odbiorców. Żyjemy w takich czasach, kiedy należy z tego korzystać. Należy zdać sobie sprawę z tego, że mogę niemalże wszystko. Limituje mnie tylko moja własna wyobraźnia i chęć zrealizowania tego. Wiem, że to brzmi jak taki tani coaching gościa, który ma nażelowaną brodę i białe zęby. Przechadza się na scenie niczym tygrys mówiąc: jak chcesz iść w prawo, to idź w prawo, nie idź w lewo, pójdź w prawo. Takie są fakty — możesz, bo nic cię nie limituje. Każdego stać na taką przygodę.

Czy ta powszechna dostępność internetu, bluetootha i tak dalej, to jest zagrożenie dla twojego naturalnego pierwotnego środowiska, czyli telewizji?

Przez chwilę było to traktowane przez twórców telewizji jak zagrożenie. Dzisiaj przez mądrych twórców telewizji jest traktowane jako szansa, oni chcą tę szansę zobaczyć i wykorzystać. Mogę mówić w imieniu swojej stacji, chociaż może nie powinienem, bo nie jestem jej rzecznikiem, ale jako człowiek, który z nią współpracuje, mogę powiedzieć, że oni dość sprytnie, zręcznie i szybko podjęli wyzwanie rynku internetowego. Zaczynają ten rynek rozgrywać po swojemu. Wyjście z projektem pod tytułem player.pl 13 na zewnątrz, wyjście z produkcjami tylko do internetu, uinteraktywnienie wielu programów poprzez media społecznościowe, różne spin-off’y, które mają w tych mediach swoją reprezentację, takie jak kulisy robienia różnych programów i seriali — to wszystko jest świadectwem tego, że moja telewizja to rozumie i za tym nadąża. Dla mnie tym bardziej internet jest szansą, jako dla człowieka, który nie chce się zamykać w formatach, które ma do zrealizowania jako najemnik, czy to jest „Dzień Dobry TVN”, „Mam talent”, czy inny program. Jestem trochę hiperaktywny, mam więcej pomysłów i energii niż jestem w stanie spożytkować w telewizji. Dla mnie internet jest błogosławieństwem. Mogę w nim zrobić takie rzeczy jak chociażby ostatni projekt, który nazywa się „Z tymi co się znają” 14. Zrobiłem to wespół z browarem Namysłów jako sponsorem. Jest to mój autorski cykl rozmów z ludźmi, których chciałem zaprosić na swoich warunkach, według swojego pomysłu. Tej wolności — mówię to z pełną świadomością — nie dostałbym w żadnej telewizji. Nie ma takich ram, gdzie gość może usiąść w telewizji na pół godziny albo godzinę, jak mu się podoba i wypełnić ten czas tylko rozmową. Tak jak my teraz to robimy.

Mówisz z jednej strony o swojej hiperaktywności i dużym poziomie energii, ale z drugiej o pewnym stawianiu granic i tym, że ta energia jest gdzieś w środku. Nie ładujesz się dialogiem, ale ładujesz się chwilą w samotności. Wydaje mi się, że jest to dość charakterystyczne dla wielu osób, które są aktywne publicznie. Mam taką obserwację, że gdzieś jest ten pierwiastek introwertyka, pierwiastek tego, że gdzieś w głębi dużo się dzieje, więc jak już to wychodzi, to jest to interesujące i ciekawe. Bogate życie wewnętrzne, które emanuje przez tę chwilę, kiedy jest ekspozycja na świat zewnętrzny. Mając taką osobowość, wiedząc, że potrzebujesz tego ładowania, potrzebujesz chwili dla siebie, równocześnie zarządzasz tą energią, którą musisz wydatkować zarówno w projektach telewizyjnych, jak i innych — jak znajdujesz ten balans?

Przede wszystkim nie szukam go na siłę. Jest takie popularne ostatnio hasło work-life balance, które stało się dla wielu paradygmatem, takim złotym Graalem, którego koniecznie chcą doścignąć. Znowu odpowiem ci naokoło. Myślę, że zbyt wiele teorii włączanej do swojego działania, zbyt wiele mądrych książek, które próbuje się aplikować do swojego życia, w którymś momencie czyni więcej szkody niż pożytku. Ludzie, którzy te książki napisali zapomnieli dodać, że recepta na sukces, która zadziałała w ich przypadku, niekoniecznie może zadziałać w zupełnie innych uwarunkowaniach życiowych człowieka, który tę książkę odbiera i chce ją również zaaplikować do swojego życia. Nie wszystkie prawdy objawione przez ludzi sukcesu są aplikowalne do naszych poczynań — to po pierwsze. Po drugie — ci ludzie zapominają dodać, że najczęściej te prawdy, które skodyfikowali i spisali, odkrywali sami metodą prób i błędów, różnych doświadczeń, często intuicji. Wracając do głównego wątku odpowiedzi — szukając balansu, opieram się na intuicji. Nie myślę, nie kombinuję i nie zapisuję w kalendarzu: tyle czasu na rodzinę, tyle na ten projekt, a tyle na tamten. I go with the flow, jak to mawiają ciemnoskórzy raperzy. Jasnoskórzy zresztą też. Lubisz hip-hop, to pewnie tak mawiają.

Wydaje mi się, że tak.

Może tak być.

Flow to jest pojęcie znane nawet w psychologii.

Tak. Również znana książka 15 pana o węgierskim nazwisku.

Którego nie da się wymówić.

Ma na imię Michał, więc bliski nam człowiek.

Tak jest.

Szukam tego flow, nie zakładając, że istnieje podział na świat zawodowy i świat niezawodowy. Moje życie, to moje życie. Wypełniam je tak, jak chcę w danym momencie różnymi proporcjami różnych treści. Nigdy nie mam takiego poczucia, że teraz jestem w pracy, a teraz z niej wychodzę. Chyba to jest też coś, co daje mi poczucie spełnienia.

Czuję, że twoja odpowiedź bardzo mnie wzmacnia. Wzmacnia mnie też w idei tego podcastu. Uznałem, że on ma podtytuł „Wszystkie twarze biznesu”, bo dokładnie uważam, że jest tak, jak mówisz. Nie ma jednej recepty na sukces, bo to jest trywializowanie życia. Po drugie — wierzę, że słuchając ludzi, jesteśmy w stanie nie tylko słuchać ich słów i ich technik, ale też wyciągać między wierszami, jak w każdej dobrej biografii, wątki i sposoby myślenia, które mogą być czasem ciekawsze niż konkretne porady. To jest idea całego podcastu. Równocześnie czuję, że zadałem ci pytanie nie do końca w sposób czytelny. Zadam je jeszcze raz.

Śmiało.

Chodziło mi dokładnie o to, w jaki sposób odpoczywasz?

Aha, ok. Koniec, kropka [śmiech].

Uczę się od ciebie [śmiech].

Nie jestem mistrzem zadawania szybkich pytań, raczej mam tendencję do budowania barokowych struktur, ale ci odpowiem.

Jak odpoczywam? To nie będzie bardzo rewolucyjna odpowiedź. Nic odkrywczego, staram się jak najwięcej spać. Odkryłem tę prostą prawdę dość późno. W momencie, kiedy zacząłem przeżywać dość poważne problemy ze snem. Zacząłem się mierzyć z realną bezsennością, z tym, że czasami w życiu gasną ci światła i pojawia się ciemność.

Zupełnie nie wiadomo dlaczego, a mimo to nie możesz wtedy spać.

Nie wiadomo dlaczego. Masz galopadę myśli. Masz poczucie, że powinieneś być gdzie indziej niż w łóżku, że musisz działać, coś robić, tworzyć, realizować jakąś sprawczość. Myślę, że wielu pasjonatów pracy — nie chcę używać słowa pracoholicy, bo ono mi się kojarzy pejoratywnie — ludzi, którzy są nakręceni do życia, do działania, wpada w bezsenność właśnie z tego powodu. Jak rozmawiam ze swoimi znajomymi, czy przyjaciółmi, którzy żyją aktywnie, to wielu z nich ma podobny kłopot. Niestety bardzo negatywnie odbija się to na ich efektywności, na klarowności myślenia, na podejmowaniu decyzji. Mówiąc krótko — człowiek niewyspany działa znacząco zauważalnie gorzej niż ten, który w swoim łóżku spędził osiem godzin zamiast czterech. Dlatego uważam, że tacy goście, o których już dzisiaj wspomniałem, choćby Gary Vaynerchuk16, guru dla wielu, który ze zmęczoną miną i podkrążonymi oczami w swoich narracjach opowiada o tym, że jak chcesz odnieść sukces, to musisz napierdalać ciężko od rana do wieczora w jednej pracy, a jak masz tę jedną, to musisz mieć drugą, żeby zarobić na tę trzecią, a czwartą jeszcze możesz polinkować z tą pierwszą.

Sen jest dla frajerów.

Tak. Ja widzę obłąkanego typa, który wymaga leczenia, a nie kogoś kto ma mnie inspirować. Mnie inspirują ludzie, którzy objawiają swoje bogactwo tak, że stać ich na luksus, nie w postaci kolejnego samochodu, czy prywatnego jeta, czy wakacji na Zanzibarze, tylko w postaci tego, że stać ich na czas. Stać ich na to, że mają przestrzeń na to, żeby robić to, co chcą albo nie robić nic. Po prostu być. Staram się łapać takie momenty, kiedy nie muszę nic. Kiedy mogę poleżeć i posłuchać muzyki na dywanie u siebie w domu. Kiedy mogę posiedzieć w ogródku i popatrzeć na rododendron, nie myśleć kompletnie o niczym. Okazuje się, że chcąc nie chcąc, zupełnie przez przypadek realizuję coś, co jest podstawą świadomej medytacji. Wyłączasz mózg, starasz się wyłączyć galopadę myśli. Starasz się być tu i teraz. Starasz się wsłuchać w swój oddech, w szum swojej krwi, w głos w swojej głowie, któremu mówisz: ciszej, ciszej, spokojniej. Chyba to jest odpowiedź na twoje pytanie. Staram się mniej lub bardziej świadomie medytować. Nie nazywając tego jednocześnie medytacją, bo nigdy tego nie robiłem żadną techniką, tylko intuicyjnie. Po drugie, staram się dużo spać. Staram się także nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu. To jest najtrudniejsze, ale uczę się tego, z czasem.

Ostatnio słuchałem podcastu z doktorem Matthew Walkerem 17, który powiedział parę interesujących rzeczy związanych z permanentnym niedosypianiem, które u Garry’ego V. dają takie efekty. Dwie osoby — znane bardzo — które chwaliły się zawsze, że mało śpią: Ronald Reagan i Margaret Thatcher, oboje skończyli z Alzheimerem. Okazuje się, że niedosypianie permanentne jest jednym z największych stymulatorów do rozwoju Alzheimera. Druga interesująca rzecz — jeżeli bokser, który się przygotowuje przez rok do walki przewidzianej na dziesięć rund, noc przed walką prześpi sześć – a nie osiem – godzin, to jego wytrzymałość i skuteczność spada o 30%. Prawdopodobnie przetrwa siedem rund. To pokazuje, jak ogromne to jest narzędzie.

Podpisuję się pod tym. Brak snu powoduje, że świat nas bardziej przeraża niż powinien. Kiedy człowiek jest niewyspany, wydaje mu się, że małe problemy, które daje się łatwo rozwiązać, nagle stają się nieprzezwyciężalnymi czarnymi demonami, które go duszą. Wydają się silniejsze, niż są w istocie. Nigdy nie podejmuję poważnych decyzji wymagających trzeźwości umysłu, kiedy jestem niewyspany. Po drugie, fizyczny performance także jest dużo niższy, zwłaszcza u ludzi starzejących się. Kiedy ma się 40 lat, to bardziej zwraca się na to uwagę, niż jak ma się lat 20. Przez brak snu ma się krótki, nerwowy, urywany oddech, nagle twoje organy wewnętrzne zaczynają się zbijać w dziwną bolesną kulkę. Idąc na siłownię, gdzie zakładasz na sztangę w normalny dzień sto kilo i wyciskasz, teraz podnosisz sześćdziesiąt i robisz to z dużym trudem. To wszystko są jasne, precyzyjne dowody na to, że najlepszym lekarstwem, regeneracją i stymulatorem jest dobry zdrowy sen. Staram się o niego walczyć, jak mogę.

Marcin Prokop
fot. Mateusz Hołownia


Jak ci to wychodzi?

Różnie. Pozwalam sobie też na pewne dziwactwa, które mają ten dobry sen przybliżyć. Dużo podróżuję po Polsce i świecie, więc do hoteli zwykle biorę swoją poduszkę. Wolę nie zabrać drugiej pary dżinsów w podróż, niż nie zabrać swojej własnej poduszki. Zdarzało mi się już nie przespać nocy w hotelu, ponieważ poduszka była zrobiona z dziwnego plastikowego granulatu, który czasami w akcie rozpaczy zdarzyło mi się z tej poduszki wysypywać. Zdarzyło mi się w hotelu rozpruć poduszkę po to, żeby z niej wysypać połowę granulatu do kosza na śmieci, a potem zaszyć tym zestawem, który w pokoju jest zwykle obecny i dospać do rana w miarę wygodnie. Zdarzyło mi się też prosić o drugi koc albo drugą kołdrę, bo jako człowiek dwumetrowy, nie jestem w stanie jednym „ogryzkiem” się przykryć. Jak mi wystają nogi spod kołdry, to nie jestem w stanie usunąć, w związku z tym dzwonię do recepcji i proszę o drugi zestaw.
— Ale pan jest sam.
— Tak, ale chcę spać pod podwójnym przykryciem.
Czasami jest to problem, czasami nie. Staram się też przestrzegać higieny snu, co w moim przypadku nie jest łatwe, bo żyję w bardzo rozregulowanym trybie. Czasami wstaję o czwartej rano, czasami mogę pospać do ósmej, czasami w weekend do dziesiątej. To wszystko wpływa na to, że mój zegar biologiczny jest non stop rozregulowywany.

Wcześniej powiedziałeś o tych książkach, które są poradnikami. Powiedziałeś, że nie są uniwersalne, niekoniecznie są wartościową wiedzą. Wspomniałeś też o tym, że jesteś człowiekiem, który lubi sam przetestować ideę, sam się nauczyć. Czy poza własnymi doświadczeniami, masz inne źródła inspiracji? Skąd — krótko mówiąc — uczysz się, poza własnymi eksperymentami. Poza książkami, których pewnie nie wyrzucasz całkowicie do kosza, oprócz poradników, jakie są twoje źródła inspiracji i wiedzy?

Nie wiem, czy tę wiedzę posiadam, szczerze mówiąc. Nie czuję się człowiekiem wyjątkowo bogatym w wiedzę na temat rzeczy, które robię. Nigdy nie studiowałem dziennikarstwa, a uprawiam ten zawód w różnych formach od dwudziestu lat. Nigdy nie studiowałem zbyt pilnie zarządzania biznesem, a de facto zarządzam kilkoma z nich i zarządzałem w przeszłości, bo byłem i redaktorem naczelnym paru gazet, i dyrektorem marketingu w wydawnictwie i szefem promocji w firmie płytowej 18. Nigdy nie miałem do tego żadnej teoretycznej podbudowy. Lubię też bawić się taką myślą, że czasami człowiek nieprzygotowany jest lepiej przygotowany niż ten, który się przygotował. Wiem, że to brzmi trochę kryptycznie, ale rozwinę to na przykładzie programu porannego, który prowadzę. Zauważyłem, że czasami gorzej wychodzą rozmowy z ekspertami, do których przygotowuję się zbyt pilnie, zbyt dużo czytam na temat danej rzeczy, zbyt dużo staram się o niej dowiedzieć. Zamiast przejść na naturalną ciekawość, o której rozmawialiśmy na początku, czyli usiąść naprzeciwko gościa i zadać mu takie pytania, jakie intuicyjnie przychodzą ci do głowy. Jest szansa, że te same pytanie przyjdą do głowy też panu czy pani, która siedzi przed telewizorem. Ten ktoś przed telewizorem, nie mający tej wiedzy, którą ja przed chwilą nabyłem, czytając dokumentację, będzie zaciekawiony zupełnie innymi rzeczami niż ja. Bo ja zacznę się wikłać w szczegóły, robić skróty myślowe, myśląc, że ktoś ma tę wiedzę, którą przed chwilą wyczytałem. Będę mądrzyć się w pytaniach, starając się przemycić informację, ile to ja wiem, pusząc swój ogonek. Kiedy czasami zada się pytanie bardzo proste, pozornie banalne, to okazuje się, że dużo więcej wydobywa się z rozmówcy i dużo więcej się człowiek uczy, niż z lektury wielu książek na ten temat.

Patrzę też na bohaterów medialnych jak Larry King 19. On nie zadaje zbyt trudnych pytań. Jego pytania są często trywialne — jakby je rozebrać na czynniki pierwsze — ale zawsze są w punkt. Ten gość autentycznie słucha tego, co jego rozmówca mówi i autentycznie chce się czegoś dowiedzieć. Jeśli pytasz mnie o warsztat medialny, to nigdy nie uczyłem się go z żadnej teorii. Nigdy też nie miałem żadnego mistrza, którego bym podpatrywał, którego technik bym się uczył po to, żeby być sam któregoś dnia mistrzem. Bardzo mocno stawiam na intuicję, na wewnętrzne głosy, na flaki, które ci mówią co jest dobre, co nie i którą drogą pójść oraz na analizę procesu. Staram się cały czas być w tym procesie obecny. Przyglądać mu się tak, jak pilot patrzy na przyrządy, kiedy leci samolotem, żeby na bieżąco ten lot korygować. Jak kierowca patrzy czasami na deskę rozdzielczą, żeby widzieć, jakie lampki się zapalają, jakie wskaźniki, co pokazują. Jeśli już czerpię wiedzę, to raczej w formie inspiracji niż konkretnych narzędzi i instrukcji jak postępować. Potrafi mnie zainspirować do tego, co robię, zarówno literatura fachowa — czyli narzędziowcy jak Tim Ferriss 20, który sprzedaje wiedzę, co działa, a co nie działa u ludzi, którzy odnieśli sukces — a czasami potrafi mnie zainspirować głupi, drugoligowy horror klasy b, w którym pojawia się jakiś wątek, który mielę w swojej głowie i przerabiam to na swoje działanie. Można powiedzieć, że jestem taką anteną wyczuloną na różne sygnały, która czerpie inspirację zewsząd, a potem to pasmo stopniowo okrawa, aż zostanie taki core rzeczy, które stosuję w swoim życiu.

To okrawanie zainspirowało mnie do pomyślenia o okrawaniu w obliczu czasu. Czas mamy bardzo ograniczony. W perspektywie życia, nie bawiąc się w grubszą filozofię, to jest truizm, ale również patrząc na czas w skali doby. Z jednej strony jesteś pasjonatem, szukasz funu, powiedziałeś, że nie chcesz odpuszczać nowych tematów, jeżeli ich nie spróbujesz. Z drugiej strony, ile można wrzucać na ten garb? Ile można jeszcze wycisnąć, jeżeli chcesz pospać i spędzić czas z rodziną. W jaki sposób podejmujesz decyzję odnośnie tego, czy zaangażujesz się w jakiś projekt, czy nie? Poza intuicją, która, jak już wiemy, jest twoim szóstym zmysłem, tajną bronią. Czy oprócz tego znasz jakieś metody podejmowania decyzji?

Głównym narzędziem do podejmowania decyzji jest mój kalendarz, który jest skrupulatnie planowany i dość precyzyjnie realizowany. Ludzie dziwią się czasami, dlaczego umawiam się z nimi na 14:15 zamiast na 14:00. Dla mnie ten kwadrans ma bardzo duże znaczenie. Zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem, który pracuje od wielu lat pod presją czasu, choćby w programach telewizyjnych. Praca w „Dzień Dobry TVN”, gdzie na rozmowę masz czas mierzony nawet nie w minutach, tylko w sekundach. Każda sekunda jest liczona i uczy cię tego, żeby te sekundy również w swoim życiu odliczać. W tej pracy nauczyłem się też pewnej intuicji, poczucia czasu w bardzo precyzyjny sposób, bez patrzenia na zegarek. Jak mi powiesz: nagraj mi wypowiedź na minutę, to jest duża szansa, że nagram to na 58-59 sekund nie spoglądając na stoper. Mając świadomość czasu, potrafię ten czas bardzo szanować i efektywnie wykorzystywać. Bardzo nie lubię go tracić, przepuszczać przez palce — chyba, że akurat jest to ten moment, kiedy mam ochotę po prostu nic nie robić.

Leżysz na dywanie.

To jest ta świadoma decyzja. Teraz mam ochotę — wyłączam się. Jednocześnie staram się nigdy nie wpadać w stupor faceta, który patrzy przed siebie, cieknie mu ślina z kącika ust — metaforycznie — gapi się w bliżej nieokreśloną przyszłość albo przestrzeń i nie może się podnieść z kanapy, bo mu się nie chce. Wiesz, o co mi chodzi, jaka jest różnica między tymi dwoma stanami?

Tak, zdecydowanie. Ciekawi mnie, co sprawia, że nie popadasz w ten stan?

Potrafię dość skutecznie podzielić plany i zadania na stopnie realizacji. Potrafię zaplanować w kalendarzu z dużym prawdopodobieństwem, że właśnie tyle czasu będzie mi na to potrzebne. Ani więcej, ani mniej.

Masz wiele różnych rzeczy, które pewnie masz zaplanowane i masz też mało czasu. Pewnie masz go mniej niż inni, bo nakręcasz się na różne fajne rzeczy i one muszą zostać wybrane. Jak podejmujesz decyzje odnośnie tego, co zrobić, a czego nie zrobić?

Pierwszy etap tej decyzji to jest: czy mam na to czas? Już o tym mówiliśmy. Sprawdzam kalendarz, staram się znaleźć przestrzeń na realizację tego. Druga rzecz, a właściwie nawet zerowa rzecz jeszcze przed tą pierwszą, to jest pytanie samego siebie: czy mam na to ochotę? Czy chcę, czy muszę to zrobić? Ustaliliśmy wcześniej, że dążę w życiu do tego, żeby niczego nie musieć, ale żeby wiele chcieć. Dlatego ta odpowiedź jest kluczowa. Jeśli jesteśmy na rozwidleniu — chcę, czy nie chcę i mówię chcę, to sprawdzam, czy jest na to przestrzeń w kalendarzu. Trzecia rzecz to jest rozrysowanie tego w swej głowie na mniejsze fragmenty, żeby poumieszczać to w tym kalendarzu tak, żeby dało się to zrealizować i zrobić to maksymalnie precyzyjnie. Często wrzucamy do kalendarza rzeczy, zbyt optymistycznie zakładając, że wykonanie zajmie nam godzinę czy dwie, kiedy de facto zajmuje to siedem razy więcej. Później zaczyna się frustracja, że nie nadążam, że deadline, że stres.

Czwarta rzecz — planuję, żeby nie robić tego nigdy back to back, tak jak to robią niektórzy w kalendarzu. Zakładają, że idą na spotkanie na 13:00, będą tam przez godzinę, więc na 14:00 ustawiają sobie następne spotkanie, zapominając, że jeszcze w międzyczasie muszą dojechać i zjeść. Te rzeczy też trzeba ująć w planowaniu, bo potem nagle się okazuje, że jesteś wszędzie w niedoczasie i ta twoja misterna struktura, to domino kalendarzowe, sypie się po pierwszej godzinie dnia. To są rzeczy trywialne, ale zaskakująco wiele osób zdaje się o tym zapominać. Logistyka tych rzeczy jest dla mnie także bardzo istotna. Jak blisko siebie będą dwa punkty na mapie, w których mam do wykonania dwie różne rzeczy. Robiąc tę mapę dnia, robię ją nie tylko w formie osi czasu, ale też w formie rysunku na mapie — którędy będę się przemieszczał, czy mogę samochód zostawić tutaj na dwie godziny i przejść ten kawałek piechotą, żeby nie tracić pół godziny na szukanie miejsca do parkowania. Mówiąc to, zmierzam do konkluzji, która nazywa się efektywność. Efektywność budowana poprzez maksymalne wykorzystanie czasu, wyciśnięcie go jak cytryny, ale też maksymalne skrócenie procesów. Rozumiem przez to niemarnowanie czasu na zbędne spotkania.

Niestety w naszej rzeczywistości istnieje taki kult korporacyjny spotkań, które są świętym Graalem biznesu. Spotkajmy się i wtedy na pewno wszystko się rozwiąże — coś ustalimy, coś przedsięweźmiemy, wtedy się nawzajem uspokoimy, że się spotkaliśmy i w związku z tym teraz to się nie może nie udać, bo się spotkaliśmy. Niestety jest dokładnie odwrotnie. Najczęściej z tych spotkań bardzo niewiele wynika, są stratą czasu i to co się miele przez dwie czy trzy godziny, można załatwić jednym konkretnym mailem. Staram się zniechęcać ludzi, którzy chcą się ze mną spotykać, do spotykania się ze mną. Chyba, że chodzi o takie spotkanie jak nasze, gdzie spotykamy się w konkretnym celu albo spotkanie, które ma na celu zaprezentowanie czegoś i nie da się tego zrobić przez telefon. Wtedy rozumiem, ale załatwmy to w 15 minut. Mam metodę, która czasami jest przez niektórych odbierana jako forma arogancji. Na początku staram się zawsze zaznaczyć, ile na co mogę poświęcić czasu. Wchodzę na spotkanie i mówię, że mam 40 minut i po tych 40 minutach niezależnie od tego, co się będzie działo, będę musiał wyjść. Spinam w ten sposób ludzi, którzy są wokół do tego, żebyśmy w tym czasie zrealizowali maksimum treści. Jeśli dasz im czas nieograniczony, to go wykorzystają.

To się nazywa prawo Parkinsona 21.

Dokładnie. Praca dostosowuje się do czasu, który na nią przeznaczysz. Jestem zwolennikiem tej zasady. Tak samo sesje zdjęciowe. W mojej pracy, wydawać by się mogło, rzecz przyjemna, lekka i łatwa. Idziesz sobie robić zdjęcia, ubiorą cię ładnie i umalują. Po pierwsze — staram się tego unikać, bo nie lubię poświęcać czasu na celebrowanie samego siebie, a tym jest właśnie sesja zdjęciowa. Po drugie — jak już do niej dochodzi, to proszę, żeby fotograf ustawił światło wcześniej, żeby wziął gościa o podobnych gabarytach, co nie jest łatwe i ustawił kadr wcześniej, żebym wszedł na gotowe. Wchodzę, robię, maluję się, wychodzę. Da się zrobić sesję zdjęciową w godzinę, podczas gdy wielu innym zajmuje to 6 godzin. Po prostu się z tym nadmiernie certolą. To są mikro przykłady, drobiazgi, jakieś okruchy z wielu procesów, które prowadzę. Wspólny mianownik jest taki, że maksymalizuję swoją efektywność. Paradoksalnie, maksymalizacji efektywności uczy cię pojawienie się na świecie dziecka. Nagle to, co ci zajmowało godzinę, musi ci zająć 15 minut. Inaczej nie wyrobisz się ze wszystkim, bo jesteś już nie tylko ty, ale i dziecko, które masz do obsługi. Nie tylko sobie, ale też jemu musisz zrobić śniadanie i odwieźć do szkoły. Jeśli nauczysz się tego przy dziecku, to potem możesz to zastosować również w biznesie. Jak nie masz dziecka i nie miałeś gdzie się tego nauczyć w naturalnych warunkach, to pomyśl, że każdą rzecz da się skompresować tak jak mp3. Format wave da się ścisnąć dziesięć razy i będzie to prawie tak samo dobre. Nie zauważysz różnicy. To jest moja zasada.

Jak mówisz o dziecku i normalnym życiu, to na chwilę zapominam o Marcinie Prokopie, celebrycie, personie medialnej i myślę o Marcinie Prokopie, człowieku codziennym. Zastanawiam się nad tym, czy słowo celebryta może być odbierane jako obelga.

Zależy jaki znak temu nadasz.

Po prostu jako osoba znana.

Słowo jak słowo.

Właśnie. Jak myślisz, w jaki sposób to rzutuje na twoją osobowość? Jak twoje ego sobie z tym radzi? Zrobiłem zwrot, ale poczułem, że tam jest coś, co naprawdę mnie intryguje. Kiedyś nasz wspólny znajomy — Miłosz Brzeziński 22 — powiedział mi: będziesz się rozwijał, coraz więcej ludzi będzie cię znało, będą słuchać twoich wykładów i kiedyś uwierzysz w to, że masz rację. To jest moment, w którym musisz się zastanowić, czy wszystko z tobą jest ok. Bardzo utkwiła mi w pamięci ta jego sugestia. Jestem osobą anonimową, ale siedzę naprzeciwko osoby zupełnie nieanonimowej. Zastanawiam się, jak to światło odbite, jak ten stygmat wpływa na ciebie?

Myślę, że dobrze się stało, że moja przygoda z mediami i show-biznesem zaczęła się od porażek. Nie wsiadłem od razu na wysokiego konia i on mnie gdzieś nie wywiózł, bo myślę że wiele osób w tym biznesie szybko kończy, szybko się pali i odpływa, właśnie dlatego, że za szybko odniosło sukces. To jest tak jak z gościem, który wygrywa w totka pięć baniek. Zawsze zarabiał tysiaka i nagle te pieniądze stają się dla niego dużym problemem, bo nigdy nie był przyzwyczajony organicznie do dużych pieniędzy. Często ci ludzie, którzy wygrywają wielkie sumy, kończą jako nieszczęśliwi alkoholicy albo ludzie oskubani przez znajomych. Myślę, że mój system immunologiczny stworzył się przez te pierwsze lata mojej pracy w mediach, kiedy po pierwsze zrozumiałem, jakie rządzą tym reguły. Po drugie, popularność jest ulotna, łaska publiczności jest zmienna i nie należy się przyzwyczajać do myśli, że jesteś na tym rynku nieśmiertelny. A łatwo jest wpaść w takie poczucie, kiedy odnosisz pierwszy duży sukces, kiedy nagle wydaje ci się, że jesteś niezastąpiony. Kiedy nagle masz poczucie, że wiele osób zależy od ciebie, bo ty stworzyłeś coś, co ich również zbudowało, jak program telewizyjny, któremu dałeś twarz, więc bez ciebie ten program nie istnieje. Łatwo jest przez to wpaść w poczucie bycia takim półbogiem, który rzeczywiście ma monopol na rację, na prawdę i do tego jeszcze dochodzi element dworskości, który w mojej branży jest obecny. Jak odnosisz sukces, nagle pojawia się wokół ciebie otoczenie, której cię klepie po plecach: jesteś fajny, jesteś super, dasz radę. Nawet się nie musisz zastanawiać, czy dasz radę, bo jesteś super.

Często zapominasz o tym, że twój sukces jest również sukcesem ludzi, którzy się żywią tobą, którzy są takim planktonem, który cię otacza, a który jedzie na twoim sukcesie. Jest także zależny od nich, bo gdyby nie sztab makijażystów, stylistów, scenarzystów, to być może by cię nie było. Nie o tym rozmawiamy, ale ten dwór daje ci poczucie bycia kimś innym, wyjątkowym, lepszym. Bycia takim królem, który jak kiwnie palcem, to nagle dzieje się ta sprawczość. Łatwo jest dać się temu wszystkiemu uwieść. Ja się nie dałem temu uwieść właśnie dlatego, że na początku dostałem w dupę. Na początku już wiedziałem, z czym to się je, jak bardzo to jest iluzoryczne, jak bardzo show-biznes jest — jak to ktoś kiedyś dosadnie nazwał — kolorową bańką unoszącą się nad gównem, która może w każdej chwili pęknąć. Moje doświadczenie to też praca w magazynie kolorowym jako osoba, która go współtworzyła — mówię o „Gali”. Przez jakiś czas miałem szansę stać po drugiej stronie, byłem dziennikarzem odpytującym gwiazdy, ludzi znanych, tworzącym historie o nich, często kreującym cudze kariery. Wiem, jakimi metodami posługują się te media i mając ten element rozpoznany, wiem, jakimi narzędziami, będąc po drugiej stronie, mogę go obsługiwać, wiem, w jaki sposób z nim interaktować.

Może to wszystko o czym mówię, sprawiło, że się w tym biznesie przez 15 lat niespecjalnie pogubiłem. Ciągle pływam w tej wodzie, ciągle nie zatonąłem i ciągle można powiedzieć, że mi się udaje. Jest kilka światełek alarmowych, które się czasami pojawiają na tablicy rozdzielczej. Koledzy o wielkim statusie medialnym z dnia na dzień niemalże znikają, bo popełniają błędy zawinione lub niezawinione. Nagle wycina Huberta Urbańskiego, bo może z czymś przeszarżował. Wycina Szymona Majewskiego, bo może coś w jego relacjach z medium, w którym pracował, poszło nie tak. To są moje supozycje, nie mówię, że tak było, ale daje ci to do myślenia. Tomek Kammel na dwa-trzy lata znika z pola widzenia, a to są wszystko wielkie medialne nazwiska, goście, którzy w danym momencie wydawali się nie do ruszenia. Szymon Majewski był przez kilka lat największą gwiazdą polskich mediów, większą niż Kuba Wojewódzki, który dla odmiany sprytnie, mądrze i cwanie prowadzi swoją karierę i jest w tym od lat, na wyższym, czy niższym pułapie, ale cały czas to jest jednak stratosfera. Staram się podążać tą drogą. Niekoniecznie muszę być zawsze na najwyższym pułapie, niekoniecznie muszę być tym ponaddźwiękowym samolotem — Concordem — który lata gdzieś w chmurach. Mogę być przez chwilę Cessną, ale nie chcę się rozbić o ziemię.

Jak to wpływa na twoje bycie Marcinem w życiu prywatnym? Wspomniałeś o dworze, o planktonie, potrafię to sobie tylko wyobrazić. Jest taki kawał, że idzie słoń z mrówką przez most i mrówka mówi: ale tupiemy. Mówisz o ludziach, którzy cię otaczają, część z nich to są wspaniali ludzie, którzy cię wspierają i którzy budują twój sukces, ale na pewno mogą też pojawić się tacy — im bardziej jesteś znany, tym więcej ich jest — którzy chcieliby się tym pożywić, ogrzać światłem odbitym. To na pewno zwiększa twoją czujność i wydaje mi się — ale mogę się mylić, teraz powiesz czy tak jest — podejrzliwość w stosunku do ludzi: czego ktoś ode mnie chce. Jak być normalnym człowiekiem prywatnie, kiedy równocześnie masz zagrożenie ze strony ludzi, którzy mogą powiedzieć: chciałbym się trochę ogrzać, zrobić sobie zdjęcie z Marcinem i jesteśmy funflami 23.

To jest pytanie wielowątkowe i odpowiedź też nie jest jednoznaczna. Trzeba oddzielić ludzi, którzy ci sprzyjają, którzy są twoimi partnerami, współpracownikami, którym należy się najwyższy szacunek, którzy nie są dworem, którzy są twoimi żołnierzami, czasami doradcami, czasami pełnią inne role, ale bez nich by cię nie było. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że twój sukces nie jest wyłącznie twoim sukcesem. To jest sukces tego teamu. Mówię to bez kokieterii. Drugi człon to jest ten plankton. Ludzie, którzy chcą się przy wielorybie dokleić i razem z nim popłynąć kawałek, czy są tą mrówką, która idzie ze słoniem. Nie mówię tego pogardliwie, mówię to z takim zastrzeżeniem, że jestem wobec tych ludzi wyjątkowo, intuicyjnie czujny. Potrafię ocenić dość szybko, kto chce rzeczywiście zrealizować ze mną projekt na poważnie. Kto chce ze mną się pokumplować, bo uważa że jestem normalnym gościem, z którym chce spędzić czas. Kto ma jakiś biznes albo chce zbudować swoją pozycję przy okazji tej trampoliny, którą mu się wydaję, czasami niesłusznie. Może to jest też efekt bywania na różnych showbiznesowych i nie tylko spotkaniach, imprezach, rautach. Czasami w postaci prowadzącego, czasami w postaci gościa. Masz to bardzo szybko rozpracowane, widzisz, w jaki sposób ten ekosystem działa, widzisz, jak ktoś podchodzi do ciebie przywitać się i serdecznie z tobą rozmawia, ale jednocześnie wodzi wzrokiem za kimś, kto ma jeszcze wyższy status i do kogo mógłby się za chwilę dokleić. Gdy widzi kogoś, kto może mu więcej zaoferować, to bardzo szybko odpływa w tamtą stronę. Mnie takie postawy śmieszą i jestem takim kamertonem, który drga od razu, jak widzi takiego typa. Chyba niełatwo się do mnie dobrać, żerując na mojej naiwności, bo nie jestem naiwny. Jestem raczej dość cyniczny.

No właśnie, jesteś cyniczny.

Tak, to mnie chroni.

To cię chroni w sytuacjach publicznych, ale jak to się przekłada na ten miękki brzuch, który gdzieś tam jest.

Na jądro tak zwane.

Dokładnie, na tak zwane jądro [śmiech].

Przekłada się to tak, że od lat mam ograniczone i stałe grono przyjaciół i znajomych, którzy są moją prywatną gwardią, a ja ich. To są ludzie często spoza show-biznesu, często ludzie, którzy nie mają nic wspólnego ze mną, jeśli chodzi o interesy. Mają dużo wspólnego, jeśli chodzi o „przelot mentalny”. Jeśli pytasz o minusy bycia mną publicznym, to jest to, że to otoczenie się hermetyzuje. Trudniej jest do niego wniknąć komuś z zewnątrz. Nie jest łatwo tam wejść, nie tylko ze względu na moją nieufność, ale też ze względu na mój brak czasu.
Jak już ustaliliśmy, mam ograniczony czas w kalendarzu, muszę nim obsłużyć nie tylko swoje zawodowe sprawy, ale też relacje. Chcę ten czas dla relacji mieć i chcę go mieć jak najwięcej, ale mam więcej relacji niż tego czasu. Siłą rzeczy muszę odkrajać niektóre historie, muszę niestety odmawiać pewnym znajomym wspólnych spotkań. Muszę proponować spotkanie za cztery miesiące a nie za tydzień, nie dlatego, że jestem człowiekiem, który ich spuszcza na drzewo, czy nie chcę się z nimi spotykać. Tylko patrzę w kalendarz i widzę, że się wcześniej nie da. Z tego też powodu moje grono bliskich osób jest limitowane. Limited Edition.

Limited Edition, ale czy to cię satysfakcjonuje? Czy czujesz się czasem samotny przez swoją miłość do pracy?

Nie, samotny się nie czuje nigdy, bo lubię być sam. Nawet jak jestem sam, to się nie czuję samotny. Lubię ten stan, lubię sobie pogrzebać w głowie i posiedzieć sam ze sobą. Uważam, że jest to wartość. Po drugie mam rodzinę, która jest moją bazą, która jest punktem wyjścia i punktem dojścia jednocześnie. Po trzecie — codziennie spotykam kilkanaście do kilkudziesięciu nowych osób. Niekoniecznie muszę się z nimi zaprzyjaźniać i wchodzić z nimi w głębsze relacje. To jest wystarczające do tego, żeby surfować na fali cudzej energii. Nawet przez tę chwilę w telewizji pożywić się czyjąś wiedzą, energią, doświadczeniem, zejść z tej fali i wejść na następną. Te relacje z ludźmi może i są trochę powierzchowne, ale przez ich wielość, mam wrażenie, że zdobywam pewne doświadczenie, które nie jest dane komuś, kto tego nie robi. Nie ma takiej możliwości, bo nie wykonuje tej pracy co ja.

Marcinie Prokopie — quo vadis?

To Sienkiewicz?

Chyba tak.

Czytałem, dobre. Dozorca zabił na końcu, z tego co wiem. Nie wiem, czy zepsułem państwu lekturę.

Sienkiewicz bardzo był interesującym prozaikiem. Ciekaw jestem, dokąd ty zmierzasz? Mógłbym nawet powiedzieć: Marcinie Prokopie — przedsiębiorco. Nie tylko marko osobista, ale też człowieku, który ma dużo do powiedzenia, ale też menadżerze różnych przedsięwzięć biznesowych.

Czuję się jak Wokulski. Chcesz być mą Izabelą Łęcką [śmiech]?

Chyba nie, ale „Lalka” to była moja ulubiona lektura.

Czyli jesteś takim pozytywistą z natury. Praca u podstaw.

Zastanawiam się, czy z natury jestem pozytywistą. Bardzo mi się podobała ze strony lingwistycznej, to było bardzo zdobne, ale zarazem konkretne.

Jak to mawiał Janusz Gajos w „Klerze” — skromne a złote [śmiech].

Świetne to było [śmiech]. Więc dokąd zmierzasz?

Nie wiem i to mnie nakręca. Nie chciałbym wiedzieć, dokąd zmierzam, tak samo jak nie chcę znać daty swojej śmierci. Jakby ktoś mi powiedział: mogę ci ujawnić kiedy umrzesz, to bym odpowiedział: po co mi ta wiedza? Tak samo nie chcę wiedzieć, do czego zmierzam, do czego dojdę, gdzie będę za dziesięć lat. W ogóle się nad tym nie zastanawiam. Żyję może nie z dnia na dzień, ale od pomysłu do pomysłu. Dzisiaj mam pomysł na to, żeby budować taką firmę, taką wartość albo taki projekt. Wszystkie słowa, których nie lubię. Może za pół roku mi się odmieni. Może będę w telewizji za rok, a może będę jeszcze przez dziesięć lat. Niczego nie zakładam, niczego nie planuję, biorę pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze, bo inaczej te okna transferowe pozamykają się, więc żeby móc z nich korzystać, żeby w nie wskakiwać, żeby móc je dostrzegać, to musisz wyczyścić się ze zbyt dużej ilości założeń wobec swojego życia. Jak sobie zdasz sprawę z tego, na ile rzeczy nie masz kompletnie żadnego wpływu, to się nagle okazuje — jak w starym przysłowiu — że człowiek robi plany, a pan Bóg się śmieje. Nie robię żadnych planów, ani nie zakładam, że mam gdzieś dojść. Sama droga, samo podążanie nią jest wystarczająco fajne, żeby się tym cieszyć. Tak jak gra w tetrisa 24. Na końcu i tak zawsze przegrasz, bo system cię pokona. System w postaci komputera. Nigdy nie będziesz lepszy od niego i na końcu i tak wyświetli ci się game over. Czy to znaczy, że mamy nie grać w tetrisa? Gramy i lubimy.

Czy jest jakaś prawda o biznesie, którą wszyscy wypowiadają, a ty uważasz, że to jest nieprawda?

Nieprawda jest taka, że każdy może być kim zechce i że każdy, kto tego wystarczająco chce, odniesie sukces. To są niestety smutne konstatacje. Może trochę bolesne i cyniczne z mojej strony, ale uważam że lepiej być realistą niż marzycielem, który potem będzie sfrustrowanym, zgorzkniałym, przegranym człowiekiem, pytającym: dlaczego w życiu mi nie wyszło? Nie wszystkim wyjdzie. Nie wszyscy mogą być zwycięzcami. Nie wszyscy mogą być milionerami, ale każdy ma w sobie unikalną cechę, umiejętność, wartość, którą powinien pielęgnować i oddawać światu. Niekoniecznie musi to być ta sama wartość. Nie wszyscy myślmy o tym, żeby zostać milionerami i nie wszyscy myślmy, by zostać Stevem Jobsem, Elonem Muskiem czy Garym Vaynerchukiem. Może ktoś być zajebistym dozorcą, bo jest wyjątkowo czujny, wyjątkowo mało snu potrzebuje i ma wyjątkowo płytki sen. Jeśli ma takie cechy, może być super stróżem parkingu. Jeśli ktoś ma długie ręce i wielkie dłonie w stosunku do reszty swojego korpusu, to niech rozważy karierę pływaka jak Michael Phelps 25, który, mając te cechy, został parokrotnie olimpijskim mistrzem świata. Namawiam ludzi do tego, żeby nie marzyli, żeby nie śnili snów innych ludzi, żeby śnili swoje własne sny.

Marcin Prokop
fot. Mateusz Hołownia

Jaka jest rola Powerspeech wobec pewnego rodzaju stabilności i monumentalności dużych organizacji?

Nie powiedziałbym nigdy — negując zasadność istnienia korporacji — że korporacje to zło. Powiedziałbym, że korporacje to zło dla mnie jako Marcina Prokopa, bo nie mam konstrukcji, która byłaby w stanie się tam odnaleźć. Nigdy w korporacji mi się nie wiodło, nie układało i zawsze czułem się nieszczęśliwy, ilekroć tam pracowałem. Jest to sprzeczne z moim sposobem funkcjonowania. Natomiast są ludzie, którzy z korporacji wynoszą — oprócz papieru toaletowego i cukru — okazjonalnie również jakieś doświadczenie. Uczą się rzeczy, które potem zaczynają robić na własną rękę. Traktują korporację jako trampolinę do tego, żeby robić własne plany na życie. Czasami są ludzie, którzy mają potrzebę mundurów. Chcą, żeby ktoś im ubierał, modyfikował rzeczywistość i wskazywał, co jest dobre, co jest złe, wskazywał instrukcję postępowania w każdej sytuacji. Jeśli ktoś ma taki charakter, to korporacja jest dla niego miejscem idealnym. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt patetycznie, ale my jako Powerspeech staramy się trochę zmieniać oblicza korporacji. Staramy się ludziom z korporacji pokazywać narzędzia, światy, doświadczenia i przykłady z przestrzeni pozakorporacyjnej.

Mając na pokładzie takiego gościa jak Karol Sadaj 26 — chłopak, który mając trzydzieści parę lat, zdążył już być CEO Revoluta, szefem Ubera w Polsce. Pracował w Microsofcie, Pepsi i w paru innych dużych organizacjach. Ma doświadczenie i korporacyjne, i startupowe. Możemy go nasłać na korporacje po to, żeby ludziom z korporacji pokazać, czego mogą się nauczyć ze start-upów, co mogą zaczerpnąć z zupełnie innego sposobu myślenia o robieniu biznesu. Przez to jakich mówców zatrudniamy, z jakimi współpracujemy, jak formułujemy tematy, które później oferujemy korporacjom, staramy się pozytywnie wpływać na ich działanie, na ich efektywność, na ich kulturę. Mamy skromne sukcesy w tej dziedzinie. Metafora tetrisa mówiąca, że sam fakt bycia w grze powinien być nagrodą, powinien dawać ci fun, niekoniecznie wynik, zwycięstwo, tylko złoty medal — zaczęła w tych korporacjach, z którymi pracujemy, rezonować. Nagle ci ludzie zrozumieli, że samo staranie się też jest wartością, samo granie w grę, samo doskonalenie się w tych procesach, które robią na co dzień, są wystarczająco fajne. Nie zawsze pointą musi być stanięcie na podium podczas rozdania rocznych nagród. Nie zawsze musi to być natychmiastowy awans. Nieprawdą jest, że ostatnich gryzą psy, a drugie miejsca się nie liczą. W paru miejscach to myślenie zostało zaszczepione. To jest powód do mojej dużej satysfakcji.

Fantastycznie. Gdybyś to ty prowadził rozmowę ze mną, to uważasz, że powinienem już ją zakończyć?

Gdybym to ja prowadził rozmowę z tobą, to zakończyłbym ją już dawno [śmiech].

A gdybyś prowadził ją ze sobą?

Też. Na samym początku. Prawda jest taka, że po pierwsze chce mi się siku. Po drugie jest 14:41, a o 15:00 za chwilę przyjdą tu jacyś ludzie. Po trzecie boli mnie gardło. Po czwarte jesteś tak dociekliwym dziennikarzem i tyle już wątków zdążyłeś zeksplorować, że zaczynam czuć się jałowy. Czuję się jak gazik, który wycisnąłeś z soku.

Twoje samopoczucie jest dla mnie najważniejsze.

Twoja rola w tym naprawdę jest imponująca. Wydobyłeś ze mnie wszystko jak z kopalni węgla kamiennego i teraz zaczynam się zapadać pod ciężarem tego, co zostało na górze. Wydrążyłeś w środku i teraz spada na mnie sufit.

W ten sposób pokazałeś ten kunszt erystyki i kunszt słowny, który pokonał mnie i zaniemówiłem. Drogi Marcinie, bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się przyjść do mojego niszowego podcastu i oświetlić go swoim blaskiem.

W świecie, w którym się poruszamy, podcast staje się coraz bardziej poważną marką i cieszę się, że mogłem kontrybuować do twojego medialnego sukcesu. Rób dalej, to co robisz, bo to jest fajne.

Bardzo ci dziękuję za te słowa. Dziękuję też ci za to, że otworzyłeś się i powiedziałeś wiele rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, czy mogę cię o nie zapytać. Myślę, że będą bardzo interesujące dla naszych słuchaczy. Trzymam kciuki, żeby twój flow, twój spontan prowadził cię w same momenty funu, przyjemności, żeby intuicja cię prowadziła tam, gdzie chcesz dotrzeć.

Albo gdzie nie chcę.

Żeby ci się dobrze powodziło dalej, bo robisz świetną rzecz.

Dziękuję, wzajemnie Grzegorzu.

Dzięki wielkie.

Marcin Prokop

Linki:

  1. Oficjalna strona Marcina http://marcinprokop.com/
  2. Mistrz biegów górskich http://marcinswierc.pl/home/
  3. Kierowca autobusu, Robert Chilmończyk https://www.youtube.com/watch?v=af-3a4AXKJM
  4. Powerspeech – agencja mówców Marcina Prokopa http://powerspeech.pl/
  5. Film ze Stanów https://www.facebook.com/marcinprokopoficjalnie/videos/899268773568887/
  6. Gary Vaynerchuk https://pl.wikipedia.org/wiki/Gary_Vaynerchuk
  7. Pierwsza książka Marcina „Bóg, kasa i rock’n’roll” Autorzy: Szymon Hołownia, Marcin Prokop; Wydawnictwo: Znak; 2011 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/116346/bog-kasa-i-rock-n-roll
  8. Zapowiedź programu “Prokop i panny” https://www.kobieta.pl/artykul/prokop-i-panny
  9. Daimonion https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/daimonion;3890305.html
  10. Powerspeech na facebooku https://www.facebook.com/powerspeechpl
  11. Sebastian Prokop https://www.facebook.com/sebastian.prokop.12
  12. Drugi film ze Stanów https://www.facebook.com/sebastian.prokop.12/videos/10217354728641303/
  13. Serwis internetowy Player https://player.pl/
  14. Wirtualna Polska zaczyna emisję 20-odcinkowego talk-show https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/marcin-prokop-gospodarzem-talk-show-z-tymi-co-sie-znaja-na-wp-pl-sponsorem-browar-namyslow
  15. Książka „Flow”: Przepływ; Autor Mihály Csíkszentmihályi; Tłumaczenie: Magdalena Wajda-Kacmajor; Wydawnictwo: Moderator; 2005 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/66626/przeplyw
  16. Artykuł krytykujący Gary’ego Vee https://medium.com/@nateliason/no-more-struggle-porn-202153a01108
  17. Matthew Walker, badacz snu https://en.wikipedia.org/wiki/Matthew_Walker_(scientist)
  18. Różne zawody Marcina Prokopa http://www.konferansjerbooking.pl/pl/38/marcin_prokop
  19. Larry King https://pl.wikipedia.org/wiki/Larry_King
  20. Tim Ferriss https://pl.wikipedia.org/wiki/Timothy_Ferriss
  21. Prawo Parkinsona albo w pogoni za postępem; Autor: Cyril Northcote Parkinson; Tłumaczenie: Juliusz Kydryński; Wydawnictwo: Książka i Wiedza, 1973 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/157767/prawo-parkinsona-albo-w-pogoni-za-postepem
  22. Miłosz Brzeziński http://www.miloszbrzezinski.pl/
  23. Funfel https://www.miejski.pl/slowo-Funfel
  24. Tetris https://pl.wikipedia.org/wiki/Tetris
  25. Rio 2016. Michael Phelps i tajemnica jego sukcesów. http://www.sport.pl/igrzyska-olimpijskie/1,154863,20554051,rio-2016-michael-phelps-i-tajemnica-jego-sukcesow.html
  26. Karol Sadaj z Revoluta https://businessinsider.com.pl/finanse/revolut-o-planach-rozwoju-w-polsce-i-rynku-fintech/ym0qdjn
Udostępnij:
Podcast

Poznaj wiodący podcast dla przedsiębiorców i zarządzających biznesem. Posłuchaj przedsiębiorców, którzy zbudowali biznes od zera. Znajdź odpowiedzi na wyzwania, które trapią liderów – niezależnie od branży.

Newsletter

Zainwestuj 5 minut w tygodniu, by osiągać więcej.

Dołącz bezpłatnie do tysięcy przedsiębiorców i zarządzających biznesem w społeczności Business Unlimited.

Zobacz także

Chcesz być na bieżąco?

Zapisz się na nasz newsletter