Zmień język:

Jak osiągnąć szalony cel w 2,5 roku? Mój system na TOP 6 maratonów: World Marathon Majors

Zasubskrybuj Greg Albrecht Podcast
YouTube
Spotify
Apple Podcasts

6 największych maratonów świata w 2,5 roku i medal World Marathon Majors. Jan, gość pierwszego odcinka podcastu, wraca po latach, by zapytać Grega, jak wygląda cena dyscypliny, konsekwencji i życia podporządkowanego dużemu celowi – takiemu, który wymaga więcej niż samej motywacji.

6 największych maratonów świata w 2,5 roku: Berlin, Londyn, Chicago, Boston, Nowy Jork i Tokio – oraz medal World Marathon Majors. Życiówka <3 godzin w maratonie po 40 roku życia.

Greg Albrecht opowiada o projekcie, który z zewnątrz wygląda jak sportowe wyzwanie, ale w rzeczywistości jest historią o konsekwencji, dyscyplinie i budowaniu odporności psychicznej. To rozmowa o tym, jak dowozi się duże, rozciągnięte w czasie cele: o systemie, który zwalnia z myślenia, nienegocjowalnym planie, kosztach, wyrzeczeniach, samotności, rodzinie, pracy, podróżach i momentach, w których najłatwiej byłoby odpuścić.

Rozmowę prowadzi Jan Dołęga-Kozierowski – gość pierwszego odcinka Greg Albrecht Podcast i osoba, która była blisko całego procesu: od pierwszego SMS-a z pomysłem na maraton w Berlinie, przez wspólne starty, aż po metę w Tokio. 

Z tego rozmowy dowiesz się:

  • dlaczego system jest ważniejszy niż motywacja,
  • jak dowozić duże cele rozpisane na miesiące i lata,
  • jak radzić sobie z momentami zwątpienia i pokusą odpuszczenia,
  • jaką cenę mają ambitne projekty: w czasie, energii, relacjach i regeneracji,
  • czego sport uczy o odporności psychicznej, dyscyplinie i sprawczości,
  • jak zmienia się definicja sukcesu, kiedy cel zostanie osiągnięty,
  • dlaczego samotność, ruch i natura mogą być przestrzenią do resetu i lepszego poznania siebie.

🎙️ Posłuchaj #368 odcinka Greg Albrecht Podcast: Jak osiągnąć szalony cel w 2,5 roku? Mój system na TOP 6 maratonów: World Marathon Majors

Partnerzy Greg Albrecht Podcast:

👉 Albrecht&Partners – zespół z ponad 20-letnim praktycznym doświadczeniem w strategii, przywództwie i coachingu. Skorzystaj z bezpłatnej konsultacji.

Zostań partnerem podcastu!

Wspierając naszych partnerów, wspierasz rozwój podcastu!

Transkrypcja:

(Transkrypcja jest generowana automatycznie, może zawierać drobne błędy)

Greg Albrecht: Dziesięć kilometrów o piątej rano w śniegu po kolanach. Przez trzy lata. Nie ma problemu, nie? To jest szkolenie z odporności psychicznej. Budowałem taki system z trenerem i z samym sobą, który zwalniał mnie z myślenia. To, co było wpisane w planie treningowym, było nienegocjowalne. Nie poddawałem tego refleksji. Im mniej refleksji, tym łatwiej jest wstać o 4:45 i zrobić trening. Przez te dwa i pół roku przebiegłem pewnie około dziewięciu tysięcy kilometrów. To prawdopodobnie jest jakieś 900 godzin. Wyobraź sobie, że jesteś 900 godzin samemu. To jest wspaniała medytacja, wspaniała izolacja, genialna przestrzeń, żeby przesłuchać dziesiątki książek, podcastów. Nie miałem wcześniej świadomości tego, jak bardzo ładuje mnie bycie samemu. Nic dzisiaj nie sprawia mi większej przyjemności niż bieganie. Wcześniej byłem w trybie maszyna, która jedzie z punktu A do punktu B. Jak ludzie mnie pytają, co było na trasie maratonu w Londynie, nic nie pamiętam. Jakby fajna trasa, nie mam pojęcia. Moje widzenie tunelowe przytępiło 180 spraw, przez co nie mam pojęcia, co się działo.

Jan Dołęga-Kozierowski: 900 godzin biegu, sześć różnych podróży, wstawanie o piątej rano, dziesiątki par butów, wydatki na logistykę, jedzenie, trenera, żele. Dla sześciu medali i siódmego ekstra. Warto było?

 Greg Albrecht: Nerem podcastu jest Albrecht & Partners. Mentoring strategiczny, wsparcie w zarządzaniu i executive coaching.

Jan Dołęga-Kozierowski: Dziś w Greg Albrecht Podcast. Greg Albrecht. Cześć, dziękuję za zaproszenie. Cześć, dziękuję. To jest nietypowa zmiana miejsc i ciekawy powrót dla mnie po sześciu latach? Po ośmiu latach? Po ośmiu latach do tego programu.

Greg Albrecht: Jan był gościem pierwszego odcinka Greg Albrecht Podcast. Mało kto to wie i mało kto to pamięta, bo mało ludzi żyje tyle czasu, ale są wśród naszych starożytnych góralitacy, którzy pamiętają rozmowę z Janem w pierwszym odcinku Greg Albrecht Podcast. Dojrzał przez 8 lat do tego, żeby poprowadzić tę rozmowę.

Jan Dołęga-Kozierowski: Tak, więc tym razem to ja będę zadawał pytania, ty będziesz odpowiadał. A temat odcinka też trochę nietypowy, jak ten cały program, bo będziemy rozmawiać o bieganiu i o sporcie, ale niekoniecznie w tej odsłonie właśnie treningowej, o tym, ile trzeba biegać, co trzeba jeść, więc o tym nie będziemy gadać, ale o realizowaniu wielkich projektów i tych też takich rozciągniętych w czasie, nie ma co ukrywać. Bo ostatnio ukończyłeś cykl sześciu maratonów największych na świecie, więc oddaję tobie głos. Powiedz, co to jest w ogóle World Marathon Majors?

Greg Albrecht: No właśnie, bo ostatnio, jak policzyliśmy przed nagraniem, 2,5 roku przebiegłem sześć maratonów, które są medale i za przebiegnięcie tych sześciu maratonów: Berlin, London, Chicago, Boston, Nowy Jork, Tokyo – otrzymuje się taki piękny medal World Majors. To są tak zwana globalna korona maratonów i w momencie, kiedy się zapisywałem, ona liczyła sześć biegów, postanowiłem je zrealizować.

Greg Albrecht: No i tu jesteśmy. Plan zrealizowany w terminie. Sporo wyrzeczeń, sporo wyzwań. Wiesz o tym, bo towarzyszyłeś mi tu, tu, tu i tu.

Jan Dołęga-Kozierowski: Biegliśmy razem. Tak, dwa biegi. Jeden bieg to Nowy Jork, gdzie nam się nie spięło. No i Boston, który jeszcze jest dla mnie do zrobienia akurat. Ale trochę czuję się też ojcem tego sukcesu, bo mam wrażenie, że gdzieś pierwszy ten maraton, czyli Berlin, no zaczął się od jednego SMS-a. Jak się to pamiętasz?

Greg Albrecht: Chyba to było tak, że dostałem od ciebie SMS-a. Są wolne miejsca na Berlin, może byśmy pobiegli.

Jan Dołęga-Kozierowski: Tak, i to jeszcze było zaraz jakoś krótko po rzeźniku, bo pamiętam, że mi gdzieś przyświecała ta idea, że skoro już biegaliśmy tyle kilometrów, to może pobiegnijmy jakiś maraton, a nie tylko w górach, więc stąd się wziął ten Berlin.

Greg Albrecht: No tak, w ogóle to był taki trochę nieoczekiwany powrót mój do biegania po okresie lekkiej otyłości związanej ze staniem ojcem bliźniaków i jakby niespaniem i jedzeniem wszystkiego. W związku z tym stałem się jednym wielkim workiem na jedzenie. Nie czułem się najlepiej, więc zacząłem biegać. I oczywiście musiał być jakiś gruby cel, więc przebiegliśmy razem 54 kilometry po górach, o ile dobrze pamiętam, w Bieszczadach. Natomiast potem był SMS od ciebie: „Pobiegnijmy Berlin”. I tak się zaczęło. Wiedziałeś, co to jest World Marathon Majors wcześniej? Wiesz co, w 2010 roku, w 2010 roku, myśli kolega Sebastian, wracaliśmy z nurkowania w Egipcie, bo wtedy miałem epizod bycia instruktorem nurkowania. I on mówi: „Ty Greg, wiesz, jest coś takiego jak maraton w Nowym Jorku. Fajnie by było to pobiec”. I wtedy ja zrozumiałem, że jest coś takiego mniej więcej. I nawet zacząłem od razu biegać, tylko wtedy się skończyło na tym, że przebiegłem dwa inne maratony. Potem złapałem ogromną kontuzję w 2012 roku. I od tamtej pory była wielka przerwa w bieganiu. Ale jakąś miałem świadomość, że jest to. Niemniej jednak oczywiście w międzyczasie, przez ostatnie dwa i pół roku, się zdoktoryzowałem w tym, czym są te maratony, dlaczego tak trudno jest w nich wystąpić, no i w ogóle na co to, jak to działa.

Jan Dołęga-Kozierowski: No tak, właśnie jest ładny medal. Trzeba było zrobić sześć maratonów, żeby mieć ten duży medal, co widzicie na środku. Ale wszyscy widzą medal, nikt nie widzi tej pracy, która była do tego, żeby to zrobić. Sześć maratonów w dwa i pół roku, tak jak trochę policzyliśmy, to co sześć miesięcy, mniej więcej maraton? Co pięć? Jak sobie z tym radzisz? Jak sobie z tym radziłaś, raczej?

Greg Albrecht: No wiesz, to pewnie zależy, jak kto chce biegać. Ja mogę powiedzieć o swoim doświadczeniu. No ja biegałem dużo, mamy nie mówić o technikalach, ale policzyłem, że przez te dwa i pół roku przebiegłem pewnie około dziewięciu tysięcy kilometrów. No więc to prawdopodobnie jest jakieś dziewięćset godzin, mniej więcej. Ile to jest tygodniowo? Biegałem pewnie średnio, chyba z siedemdziesiąt kilometrów tygodniowo przez cały ten okres. Górki, dołki, jakiś maksymalny tydzień, sto pięćdziesiąt chyba kilometrów przebiegłem. W każdym razie nie trzeba aż tyle biegać, aczkolwiek, żeby dostać się do Bostonu, gdzie trzeba zrobić limit czasowy, to pewnie trzeba tyle biegać i pewnie to mnie napędzało, żeby przełamać pewne granice. Dzięki temu się dostałem do Bostonu, chociaż trochę przez przypadek. Dużo biegania, dużo wyrzeczeń, także w innych obszarach, bo jak wiesz, znamy się nie od dzisiaj, to wiesz, jak to wyglądało, że były chwile, które było ciężko.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja się na tego chciałem dopytać o tę liczbę godzin tygodniowo, bo to coś trochę obrazuje, ile czasu na to poświęcasz i ile czasu zajmują treningi. Wiadomo, doba ma 24 godziny, poza treningami jest jeszcze praca, jest rodzina. Jak balansować te wszystkie rzeczy? Jak radzić sobie? I nie tylko z tymi trzema obszarami, ale też jeszcze jest jakaś regeneracja, trzeba się kiedyś wyspać.

Greg Albrecht: Powiedziałbym, że ta regeneracja to jest w ogóle fundament. Totalnie łatwo go odłożyć na bok, bo jakby jeść nie woła, że tak powiem. Nie poczekuje żadnej atencji, jak rodzina, czy praca, czy samo bieganie, więc mówisz: „Dobra, maybe to odłożę”. Ale powiedziałbym, że w perspektywie tych dwóch i pół roku to właśnie regeneracja była takim największym wyzwaniem i z perspektywy czasu myślę, że zaniedbaniem z mojej strony w długim terminie. Mimo to, że spałem średnio pewnie 7,5-8 godzin, to nadal uważam, że w moim wieku to jest za mało, żeby aż tyle trenować na takim poziomie. Taką mam perspektywę. Ale jak balansować? Wiesz, nie ma na to pytania i odpowiedzi. Mogę powiedzieć, co ja robiłem? Na pewno bardzo zoptymalizowałem moje podejście do pracy i wydaje mi się, że robiłem najmniej, jak się da, żeby osiągać maksimum. Ja zawsze tak do tego podchodzę i pewnie niektórzy by się nie zgodzili z tym, że robiłem mało. Pewnie robiłem dużo, ale w tym okresie efektywnie pracowałem między 10 a 16, pewnie, a zdarzało mi się też czasem trenować w ciągu dnia. Mówiąc w tym okresie,

Jan Dołęga-Kozierowski: Masz na myśli okres jakiś okres przed maratonem, czy to jest te 5 miesięcy pomiędzy maratonami?

Greg Albrecht: Cały czas trenowałem. Bez przerw, poza roztrenowaniem po maratonie, typu tydzień bez biegania, potem kolejny tydzień trochę mniej, potem powrót do cyklu. W związku z tym to nie ma takich dużych przerw. Dopiero po ukończeniu wszystkich zrobiłem taką przerwę naprawdę długą i ciekawe dla mnie doświadczenie po takim czasie nagle prawie nie biegać przez miesiąc, prawie, bo tam kilka treningów zrobiłem i poczułem wtedy, jak bardzo byłem zmęczony w ogóle tym całym cyklem. Wracając do balansowania, no więc jeżeli chodzi o pracę, to twarde ramy, jeżeli chodzi o wkładanie biegania, dla mnie najlepiej działa bieganie rano, ale to było w pewnym sensie kosztem rodziny i tego kosztu już teraz nie zamierzam ponosić, czyli to jest jakaś zmiana po tym projekcie, która polega na tym, że mam pewien deadline, o której godzinie chcę wrócić do domu, żeby o tej godzinie wrócić, no to niektóre wybiegania pewnie trzeba było zaczynać o piątej rano, więc jest to naprawdę trudne i sądzę, że w jakimś ujęciu to się wydarzyło kosztem, szczególnie mojej kochanej małżonki, którą stąd pozdrawiam i dziękuję za to, ile wzięła na siebie tych poranków, kiedy ja biegałem i przychodziłem i prawie, że wchodziłem prosto na śniadanie, tak że byłem mało produktywny, a z rodziną czas spędzałem po południu.

Jan Dołęga-Kozierowski: Wiesz, no poza rodziną są też znajomi, wiadomo, znajomych łatwiej zmienić niż rodzinę, ale czy gdzieś zdarzyło Ci się, że ludzie właśnie jakoś źle oceniali, źle reagowali na to, że mówisz: „Słuchajcie, ja nie mogę tutaj dłużej siedzieć, muszę iść do domu, bo muszę się wyspać, bo rano mam do przebiegnięcia 20 kilometrów”? Czy raczej unikałeś takich sytuacji i po prostu nie wychodziłeś nigdzie wieczorem?

Greg Albrecht: No znasz mnie, nie jestem specjalnie towarzyski, więc to raczej nie był wielki problem. Natomiast zbudowałem sobie taki system, że po prostu 9, 10 to już był obszar łóżko, żeby się wyspać i wstać rano, więc żadnych imprez, żadnych spotkań z ludźmi incydentalnie. I też jak mam jakieś podróże służbowe, to zawsze tak się organizuję, żeby dojechać dzień wcześniej, przespać się, rano zrobić trening. To wszystko trzeba poskładać na żyletkę i mogę powiedzieć, że to, co zrobiłem, było zrobione też poprzez to, że to był mój priorytet. Jakby nadawałem temu bardzo wysoką rangę, jakby to absurdalnie nie brzmiało w kontekście życia, bo jest to w sumie tylko bieganie i jakiś tam kawałek metalu wiszący na sznurku. Natomiast rzeczywiście, gdybym nie stawiał tak wysoko od tego, to prawdopodobnie bym nie osiągnął pewnych elementów, które osiągnąłem w tym procesie. Też się dużo nauczyłem o sobie, no bo to jest 900 godzin, 900 godzin w biegu. Jak ktoś tego nie robił, to mnie nie muszę tego tłumaczyć. Wyobraź, że jesteś 900 godzin samemu. To jest wspaniała medytacja, wspaniała izolacja, genialna przestrzeń, żeby przesłuchać dziesiątki książek, podcastów i tak dalej. Z drugiej strony, to jest wstajesz rano i siedzisz i biegniesz sam. Po prostu, no super doświadczenie dla mnie, ale zawsze kosztem czegoś.

Jan Dołęga-Kozierowski: Mówisz, że bieganie, jak głupio by nie brzmiało, było priorytetem, czyli przebiegnięcie tych sześciu maratonów, zdobycie tego medalu. Dlaczego? Coś trzeba robić, żeby nie zgłupieć?

Greg Albrecht: Myślę, że dla mnie to jest przełamywanie pewnego mojego przekonania na własny temat, które jest takie, że przez wiele lat uważałem, że mam słomiany zapał, czyli zaczynam różne rzeczy, ich nie kończę. Oczywiście, patrząc z tej perspektywy, ktoś słuchając tego, może powiedzieć: „No, ale jak? To jest przecież całkowite zaprzeczenie”. Tak, ale musiałem tego dokonać, żeby się tego sobie dowiedzieć, że potrafię to zrobić. I pewnie pierwszym, takim paradoksalnie, projektem długoterminowym, którego się podjąłem i go realizuję, jest ten podcast osiem lat. I to jest taka reguła konsekwencji. Nie będziemy o tym dzisiaj rozmawiać, jakim kosztem i dlaczego, ale maratony to był projekt, którym chciałem złapać się pewnego schematu i po prostu to dowieźć. I dowiezienie tego, zrealizowanie planu w terminie, posiadanie jasnego celu, było dla mnie celem samym w sobie. A że padło, na szczęście, na coś, co przy okazji sprawia, że mam więcej energii, lepiej się czuję, pewnie lepiej wyglądam i przy okazji jeszcze mogę sobie fajnie popodróżować w dobrym towarzystwie, no to powiedzmy, że są gorsze wyzwania w życiu niż zdobycie korony maratonów. Natomiast jak myślę o tym, dlaczego to zrobiłem, chciałem sobie udowodnić, że potrafię zrealizować złożony, rozciągnięty w czasie projekt wymagający dyscypliny i regularności i zamknąć go od A do Z i udowodniłem to sobie i jestem z tego dumny i wiele się przy okazji o sobie dowiedziałem też innych rzeczy.

Jan Dołęga-Kozierowski: Właśnie, no ciekawe jest utrzymanie też motywacji przez trzy lata. Regularne treningi, jak mówisz, nie robiłeś żadnego dłuższego roztrenowania. Dla mnie osobiście najtrudniejszy jest powrót do biegania po roztrenowaniu. Te pierwsze przeskok z 40 minut biegu na jakieś godzinę albo na godzinę dziesięć, to te dodatkowe pół godziny ciągnie mi się niesamowicie, dopóki się nie przestawię. Ale łatwo jest w tak długim procesie, kiedy masz pięć miesięcy do najbliższego startu, powiedzieć sobie: „A dzisiaj rano chyba nie pobiegam, może zrobię wieczorem. A w sumie to piątek mam wolny, to zrobię ten trening w piątek”. Zdarzało Ci się tak przesuwać treningi? Skąd brałeś motywację? Bo z tego, co Cię znam, to zawsze była siódma rano, po treningu, niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy sypie śnieg na zewnątrz. Jakby

Greg Albrecht: Skąd power do tego? Zbudowałem taki system z trenerem Marcinem Świercem i z samym sobą, który zwalniał mnie z myślenia. To jest szalenie dobra rzecz – nie myśleć. Oczywiście, jeżeli ma się dobry system, który wspiera osiąganie celu. Dla mnie to, co było wpisane w planie treningowym, było nienegocjowalne, w związku z tym nie poddawałem tego refleksji. Im mniej refleksji, tym łatwiej jest wstać, tak jak dzisiaj o 5.45 i zrobić trening. I to oznacza nie tylko to, czy masz wpisany konkretny dystans, ale też, że masz przygotowane ubranie w konkretnym miejscu, że wiesz dokładnie, czy wypijesz wodę, czy kawę, ile wody, ile kawy, jaka będzie kolejność rzeczy. Czyli tak jak włączasz ekspres do kawy i on najpierw się oczyszcza, a potem trzeba wcisnąć drugi guzik, żeby się zrobiła kawa, to tak samo traktuję realizację tych celów biegowych. I to było tak szalone z mojej perspektywy trzymanie się stalowym uchwytem tego planu, że czasem wyglądało to absurdalnie. Ale miałem ogromny lęk przed tym, że jak dam sobie odpuścić raz, to będzie potem drugi raz, trzeci raz i nie zrealizuję mojego celu. I po zdobyciu tutaj, powiedzmy, po połowie tego projektu, kiedy złamałem trzy godziny, zrealizowałem tak naprawdę mój cel, jeżeli chodzi o wynik. Trochę moja motywacja do młotkowania ponad stan opadła, niemniej jednak na szczęście nie dałem sobie całkowicie pofolgować. No i dowiozłem ten projekt do końca. Ale widać, że też to był jeden z motywatorów, który powodował, że jeszcze 10-15% więcej dawałem z siebie niż musiałem w każdym wymiarze. Bo to, że realizuję treningi, to nie jest wszystko, prawda? Trzeba jeszcze odpowiednio się odżywiać. Jest mnóstwo innych czynników, które wpływają na ten wynik, może bez wchodzenia w technikalia, ale oczywiście zrealizowanie treningów to podstawa. Ciekawe, co mówisz.

Jan Dołęga-Kozierowski: Że tym jednym z dużych motywatorów był strach przed tym, że odpuścisz, czyli, że raz odpuścisz i potem będzie już łatwiej. Kolejne rzeczy.

Greg Albrecht: No, ogólnie to tak działa. Chyba James Clear, autor „Atomowych nawyków”, powiedział, że jedno odstępstwo to przypadek, od nawyku to przypadek, a drugie odstępstwo to już nowy nawyk. Więc myślę, że wolałem nie podejmować ryzyka jednego odstępstwa. No i tak mi się zdarzyło, ale to już tylko jak byłem obłożnie chory, chociaż przyznam, że wielokrotnie biegałem z zapaleniem zatok, dopóki choroba nie schodziła. Dopóki choroba, no oczywiście, dopóki choroba nie schodziła poniżej szyi, to biegałem ogólnie. No i jak mnie połamało, że nie mogłem wstać z podłogi, to również wtedy nie biegałem.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ale to były jakby jedyne sytuacje. Właśnie chciałem spytać o te trudne momenty. Czy były jakieś kontuzje? Udało ci się uniknąć? Ale czy były chwile, kiedy myślałeś: „Chyba nie dam rady do tego maratonu”?

Greg Albrecht: Wiesz, czy mi się udało uniknąć kontuzji, to zależy, jak traktować to, co mi się działo z plecami i z tym, że nie mogłem się ruszać. Co mi się przydarzyło, o ile dobrze pamiętam, dwukrotnie, z czego raz chyba tydzień przed moim najważniejszym, okazuje się, maratonem w Londynie, bo pamiętam, że jeżeli chodzi o Londyn, to leżałem na podłodze, nie mogłem się przenieść z podłogi na łóżko. Tak mi połamało w odcinku lędźwiowym. A start był, o ile się nie mylę, za powiedzmy dziewięć dni, czy chyba nawet mniej, tydzień, i po prostu postanowiłem, że będę leżał i odpoczywał i wystartuję w tym maratonie. No i leżałem, odpoczywałem, pamiętam, że pojechałem do Londynu, notabene, jeszcze w tym Londynie miałem jakiś projekt biznesowy i potem spotkaliśmy się tam na miejscu, bo ja już tam byłem i zrobiłem życiówkę. Nie zakładałem scenariusza, w którym bym nie zrealizował tego celu. Nie zastanawiałem się nad tym, po prostu uważałem, że go zrealizuję za wszelką cenę. Tak też oceniam kwestię priorytetów. Czy każdy projekt warto realizować w ten sposób? To już jest indywidualna decyzja. Pewnie nie każdą rzecz warto robić takim kosztem, a mnie to dało dużo satysfakcji.

Jan Dołęga-Kozierowski: A czego nauczyłeś się o sobie przez te dziewięćset godzin biegania, ale też ileś godzin przygotowywania do tego biegania, podróży, maratonów, tego wszystkiego?

Greg Albrecht: Bardzo lubię być sam. To jest jedna rzecz, której się nauczyłem. Nie miałem wcześniej świadomości tego, jak bardzo ładuje mnie bycie samemu i to jest super sprawa i cieszę się, że mam taki przywilej, że mogę gdzieś być sam, sobie być samemu w lesie. Druga rzecz, że się nauczyłem o sobie, że uwielbiam być w przyrodzie i wiesz, w efekcie, jak wiesz, przeprowadziłem się nawet w okolice lasu, żeby mieć bliżej, żeby biegać. Także to są takie elementy. A duże lekcje dały mi dwa maratony co najmniej. Jeden to, jak w Chicago chciałem złamać trzy godziny, pobiegłem w trzy godziny i sześć sekret. I pamiętasz, bo byliśmy tam razem, przeżywałem to pierwsze dwadzieścia cztery godziny, wyglądałem jakbym opierdzielił pół cytryny, ale potem sobie uświadomiłem, że to jest tylko jakaś cyfra, więc był to taki jeden przełomowy moment, w którym uświadomiłem sobie, że fiksacja na czymś, co jest abstrakcyjne, może mieć więcej szkody niż pożytku. Dlatego, że myśląc o tym, że nie złamałem o sześć sekund tego czasu w tamtym momencie, odbierałem sobie satysfakcję i radość z tego, że jestem w super miejscu, świetne miasto, w świetnym towarzystwie, jem super pizzę, bez wyrzutów sumienia, że przebiegłem super wynik, że milion innych aspektów z tej przyjemności, z tego procesu i zamiast to celebrować, to mi to skwasiło myślenie i to była duża lekcja. No i jak myślę o pozostałych tych maratonach…

Jan Dołęga-Kozierowski: Chyba zupełnie innym biegiem był ostatni maraton, czyli ten w Tokio, który pobiegliśmy razem. To prawda, bo to było coś zupełnie poza twoim normalnym tempem.

Greg Albrecht: Masz rację, to był też taki element. Ja pamiętam, że chyba – nie pamiętam, czy my w Berlinie się umówiliśmy, że biegniemy razem – dobiegliśmy do połowy, ja potem przeszedłem…

Jan Dołęga-Kozierowski: To nie Berlin, to półmaraton warszawski.

Greg Albrecht: No, półmaratonie warszawskim. Obiecałem ci, że pobiegnę z tobą do końca i zniknąłem i od tamtej pory robiliście z jeszcze naszym jednym kumplem, Borsonem zakłady, a później z Jakubem w Tokio. Do którego kilometra? Do którego kilometra wytrzymamy razem i kiedy cię zostawię ze sobą. Więc dla mnie celem na Tokio to było przebiec razem.

[SPEAKER_01] A ja jestem pełen dumy, mój zawodnik ukończył. Ukończyliśmy razem, wygrałem zakład, nie pozostawiłem go.

Jan Dołęga-Kozierowski: Wygrałem zakład, to jest największe…

[SPEAKER_01] Zaczęliśmy razem tę przygodę i dzisiaj idziemy zaraz odebrać moją szóstą gwiazdkę.

Greg Albrecht: To też była lekcja. Jak nie cisnąć na maksa, jak zahaczyć się na innym celu, jak pobiec zupełnie z inną motywacją i to był zupełnie inny maraton dla mnie, w którym się trochę mniej zmęczyłem. Dużo więcej widziałem, dużo więcej zapamiętałem. Czterdzieści kilometrów mijamy.

[SPEAKER_01] Jest bardzo ciepło, ale jesteśmy optymistyczni. Zostały nam dwa kilometry z hakiem. Fajny doping. To jest nasz zawodnik. Daje radę. Jest świetnie. Jedziemy tutaj przy pięknej świątyni. Jest ok, jest ok. Lecimy na grubo. Sprawdzałem, co to działa. Jak widać, działa. Jasio jest z nami. Dziwny obiekt. W samcie złotego klocka.

Greg Albrecht: I było parę przygód po drodze różnych, których wcześniej nie było, bo wcześniej byłem w trybie maszyna, która jedzie z punktu A do punktu B. Jak ludzie mnie pytają, co było na trasie maratonu w Londynie, nic nie pamiętam. Jakby fajna trasa. Nie mam pojęcia. Moje widzenie tunelowe przy 180 stopniach sprawiało, że nie mam pojęcia, co się działo.

Jan Dołęga-Kozierowski: Właśnie tak płynnie możemy przejść do samego biegania i samych maratonów, bo sześć biegów, sześć maratonów na całym świecie. Naprawdę miasta petarda, ale właśnie chciałem cię spytać, co pamiętasz z tych biegów? Wiadomo, jedzie się, jesteś dwa dni, trzy dni, czasem przed. Możesz zobaczyć miasto, ale najwięcej tego miasta tak naprawdę zobaczysz podczas biegu.

Greg Albrecht: Pamiętasz coś?

Jan Dołęga-Kozierowski: Czy nie?

Greg Albrecht: Z Berlina zbiegł nic. Pamiętam, że przed startem był straszny chaos i było mało toalet. W Londynie pamiętam, że połówka była na Tower Bridge i że przebiegaliśmy koło tego jachtu Cutty’s Ark. Dwie rzeczy, które tylko pamiętam. No i z trasy pamiętam, jak złapała mnie kolka i mój pacemaker na trzy godziny zaczął się oddalać. Ja przystanąłem i myślałem, że to już się nie wydarzy i po prostu zagryzłem zęby, aż mam ciary, jak to mówię. Mówię: „Kurczę, muszę to dowieść” i zacząłem krok po kroku siedem kilometrów go goniłem. Dogoniłem tego pacemakera na sześćset metrów przed metą i mówię mu: „Hej, jestem z powrotem”. Mówię: „Kurde, chłopie, zasuwaj”. I dzięki temu złamałem te trzy godziny, na ostatnich sześciuset metrach go wyprzedziłem i to było ogromne przeżycie. Z trasy pamiętam te dwa punkty. Chicago, z trasy nic, ale świetne miasto. Z najfajniejszych tych maratonów. To jest mój ulubiony maraton. Boston się biegnie spoza Bostonu do środka, do miasta. Niesamowita atmosfera maratonu. Widać tę ekskluzywność, bo to jest maraton, na który najtrudniej się dostać. I zapamiętałem też, że słońce było cały czas z prawej strony. Tak się spaliłem z jednej strony, że później chyba jeszcze pół roku miałem taką asymetryczną opaleniznę, całą zjaraną prawą stronę. Nowy Jork podbiegł na końcu do Central Parku, ale uprzedziłeś mnie. Ukończenie. Uprzedziłeś mnie, że tak będzie, więc poszedłem nawet dzień przed, żeby to zobaczyć. W Tokio podobało mi się wiele rzeczy, bo to było inne. Dużo więcej pamiętam z Tokio. Akurat nie z samej trasy obiektów, ale pamiętam doping. Nagrałem parę rolek, to pewnie je tutaj wrzucimy w międzyczasie, bo to było niesamowite. Z tam się działo.

Jesteśmy na 12. kilometrze. Nie wiem, czy mi się świeci. No to dobrze. To mój zawodnik. Idzie po życiówkę na mięciutko. Zrelaksowany, wypoczęty. Dopiero się rozgrzewamy. Dobing jest. Tokio nas wita. Jest dobrze.

Jan Dołęga-Kozierowski: No, niesamowita przygoda. No, nie tylko weekendowe takie wyjazdy. Każdy z tych biegów na pewno jest inny. Każdy ma trochę inną organizację. Twoje top 3 z tych maratonów?

Greg Albrecht: Na pewno Boston, Chicago totalnie niedoceniany. Moim zdaniem Boston numer 1. Pewnie ze względu na sentyment Londyn jest w top 3, aczkolwiek mnie się też bardzo podobało w Tokio. Najsłabiej oceniam super wyhajpowany Nowy Jork. Fajny maraton, ale nie przeżyłem tego jakoś. Nie wiadomo, jak to jest, totalnie marketing w mojej ocenie. Jak byłem wcześniej wielokrotnie w Nowym Jorku, więc może też dlatego aż tak mnie to nie poruszyło. Berlin. Myślę, że Maraton Warszawski jest lepszy zdecydowanie od berlińskiego. Ciekawszy i ciekawsza trasa, ale trzeba przebiec. Tak bym powiedział. Organizacja przyzwoita.

Jan Dołęga-Kozierowski: Terminy zazwyczaj się pokrywają.

Greg Albrecht: Warszawa i Berlin. No wiadomo, Berlin brzmi dumnie i zalicza się do Korony. Trzeba było to pobiec, ale nie pobiegłbym drugi raz. Gdybym miał pobiec drugi raz, to prawie w miniony poniedziałek pobiegłem ponownie Boston i myślę, że z tych maratonów, jeśli miałbym pobiec któryś drugi raz, to byłby to Boston. A tak to będę biegał inne maratony od tej pory.

Jan Dołęga-Kozierowski: Jak się dostać na każdy z tych biegów? Bo mamy zupełnie różne doświadczenia. Wiemy, że na Boston trzeba po prostu zapracować. Trzeba wybiegać swoje, trzeba przebiec minimum czasowe, takie jak jest co roku trochę inne i trzeba tam zmieścić się poniżej tego katafu, poniżej czasu. A jak z kolejnymi? Jakbyś miał powiedzieć komuś, kto chce zacząć ten cykl, przebiec pierwszy ten maraton, to gdzie najłatwiej się dostać? Jak to zrobić?

Greg Albrecht: Wiesz co, w ogóle pewnie powinniśmy zacząć od tego, bo ktoś, kto tego słucha i nie ma pojęcia o tym, to nie wiem, myśli sobie, że wejdę na stronę, zapłacę wpisowe i pobiegnę, więc może rzucę taką liczbę. W minionym roku w Londynie milion trzysta tysięcy osób się zapisało na pięćdziesiąt dziewięć tysięcy miejsc. To pokazuje, że start w tym jest trudniejszy pewnie niż pojechanie na najbardziej rozrywane festiwale świata i wiele innych rzeczy i trudniej pewnie niż się dostać na wiele dobrych uczelni. I jest pomysł,

Jan Dołęga-Kozierowski: Żeby maraton w Londynie trwał dwa dni. Nie wiem, czy to dalej jest procedowane, czy nie, ale żeby w sobotę był maraton kobiet, a w niedzielę maraton mężczyzn. Ciekawe. Tak, żeby całość mogła tak naprawdę chyba dwukrotnie urosnąć.

Greg Albrecht: No bo oczywiście szerokość ulic jest też buforem do tego, jak duży może być maraton, ile można zabezpieczyć. Jak się dostać na te maratony? No poza tym, że na niektóre z nich można zrobić limit czasowy, on jest dość wyśrubowany i do Bostonu w zasadzie jest to jedyna metoda, która gwarantuje ten start. To są dwa, trzy sposoby, żeby się dostać. Jeden to jest zapisać się w loterii i mieć dużo szczęścia. Ja nigdzie nie wylosowałem miejsca. W żadnym z tych. Ty się dostałeś do Nowego Jorku z loterii?

Jan Dołęga-Kozierowski: Tak, to jest śmieszna historia, jak byłem na callu z klientem. Gdzieś tam omawiamy właśnie jakiś projekt, po czym dostaję powiadomienie na mój telefon, że moja karta kredytowa została obciążona. Dostałem właśnie jakąś niemałą kwotą. Tak patrzę, przecież ja nic nie kupowałem, jestem na callu, patrzę w Nowym Jorku. Mówię: „Wow, dziewczyny, słyszałyście? Nie wiecie, zobaczcie, będę wiek maraton w Nowym Jorku”. I to było właśnie, pierwszy raz się zapisałem do losowania i akurat super mi się udało.

Greg Albrecht: No to fajnie. Ja byłem w losowaniach do wszystkich, jak wiadomo, do żadnego się nie dostałem. I na Berlin, Londyn, Chicago to kupiliśmy takie travel packi, czyli się kupuje w kilku firmach, które oferują takie wyjazdy. Pakiet, który zazwyczaj obejmuje hotel plus start albo przelot, hotel i start. Teraz zazwyczaj hotel i start i za to się płaci więcej, ale przynajmniej jest to gwarantowane miejsce i jest to w miarę możliwe. Do Berlina jest bardzo łatwo się dostać. Do Chicago wydaje mi się, że też dość łatwo. Do Londynu jest bardzo dużo chętnych, więc może być trudniej, ale teraz

Greg Albrecht: Do ostatniej chwili można było. Jak jest się na bieżąco z tymi firmami, to na przykład nasz kolega Jakub w ostatniej chwili wszedł na Last Minute i teraz leci dzisiaj, leci do Londynu. Tak, bo jak to nagrywamy,

Jan Dołęga-Kozierowski: To jesteśmy weekend przed.

Greg Albrecht: znaczy, w najbliższy weekend jest tak.

Jan Dołęga-Kozierowski: Dokładnie.

Greg Albrecht: Do Bostonu, z czasem do Nowego Jorku, telefon do przyjaciela. Kolega pomógł mi za pewną opłatą dotrzeć do kogoś, kto był w stanie mi taki numer startowy dać, więc to jest taka niekonwencjonalna metoda, a do Tokio wpłaciliśmy na aukcji, na fundację. Wybierasz fundację, formuła „charity” tak zwana. Wybierasz fundację, mówisz, ile mniej więcej chcesz, dokładnie jesteś w stanie zapłacić, no i liczysz, że to będzie wystarczająca kwota, żeby otrzymać miejsce i myśmy obaj we trzech jeszcze, jak bym tak. Tę metodę zastosowali, zasililiśmy japońskie fundacje, ja osobiście wsparłem fundację, która wspiera dzieci w Japonii, no i fajnie, dobrze wydane pieniądze, można pomóc i można pobiec.

Jan Dołęga-Kozierowski: Jest to chyba najłatwiejsza metoda, najpewniejsza, żeby dostać się na ten maraton w Tokio, bo to też jest dosyć mały maraton, ciężko się tam dostać, szczególnie będąc Europejczykiem, więc niewiele osób o tym wie, że są te fundacje, że to się zaczyna chyba jakoś zaraz, albo już zostało opublikowane, jakie fundacje, jak można z tego Tokio One, chyba to się nazywa, zapisać się na udział właśnie w maratonie. No i co ważne, to jest tak, że jak was nie wybiorą, to nie będziecie za to płacić, w sensie płacicie dopiero jak wygracie licytację. Jest to typowa licytacja, nie trzeba nic zbierać, po prostu obciążają kartę kredytową od razu. Czyli to jest, każdy sposób na maraton jest możliwy i telefon do przyjaciela i biura profesjonalne.

Greg Albrecht: Nie było tylko losowania. W moim przypadku nie, nie miałem szczęścia w losowaniu, ale to nie zmniejszyło mojego poziomu determinacji. Ja, że byłem zdeterminowany, żeby nie odpuścić żadnego sezonu, czyli chciałem w każdym sezonie pobiec i realizować ten cel i zrealizowałem ten cel, no to, że tak powiem, wszystkie chwyty dozwolone. Byłem na tyle zdeterminowany, że wiedziałem, że po prostu muszę to dowieść, więc szukałem drogi, którą to dowiozę i te metody zostały zastosowane przeze mnie. Dla mnie naprawdę,

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja jestem pod bardzo dużym wrażeniem tej konsekwencji, tej regularności, że rzeczywiście udało Ci się to zrobić tak, że co pół roku zawsze w tym cyklu, bo te biegi są na jesień i na wiosnę, że regularnie po prostu startowałeś w tych maratonach, a statystyki chyba są takie, że przebiegnięcie całego cyklu zajmuje ile? Sześć lat? Siedem lat?

Greg Albrecht: To między pięć a sześć lat średnio. Ludzie są pewnie w innym wieku. Już pomijam, że to jest interesujące, ale taki medal ma tam dwadzieścia czy dwadzieścia pięć tysięcy osób tylko na świecie na miliony biegaczy, więc pokazuje to, że wcale nie jest to takie proste, jakby się wydawało. Już daje mi to trochę dobrego samopoczucia, że jednak podjąłem się czegoś, co nie jest łatwe. Nie jest to wejście na Mount Everest, gdzie pewnie było sześćdziesięciu, sześciu czy siedmiu Polaków do tej pory. Z tego, co wiem, Polaków było chyba tyle. Natomiast tak czy siak jest to bardzo, bardzo nietypowe wyzwanie i fajne jest takie wyzwanie konkretne. Łączy się z miłym spędzaniem czasu. Londyn, Berlin.

Jan Dołęga-Kozierowski: Są dosyć blisko. Łatwo się dostać, ale Chicago, Boston, Nowy Jork, Tokio to już dalekie podróże. Liczyłeś kiedyś? Ile to wszystko kosztowało?

Greg Albrecht: Nie wiem. Próbowaliśmy na jakimś, w trakcie jakiejś rozmowy telefonicznej to policzyć. Pewnie ja trochę przesadzałem, ale strzeliłbym, że zbliżyło się do 200 tysięcy złotych. Może trochę mniej, ale łączny koszt, jak policzyłem z butami, lotami, wpisowymi, wyjazdami, hotelami, które są bardzo drogie i logistyką na miejscu i jedzeniem w niektórych tych miejscach, to tego rzędu inwestycja. I to zależy, który jak, prawda? Na pewno najdroższym maratonem jest Boston ze względu na wszystko, a najtańszym jest Berlin, więc od niego najłatwiej jest zacząć.

Jan Dołęga-Kozierowski: No, zdecydowanie, bo mamy dosyć blisko, ale myślę, że też takim dobrym finansowym zaskoczeniem pozytywnym jest Tokio, które przynajmniej teraz w tym czasie, jak byliśmy, naprawdę nie było drogim miastem. Jeśli chodzi o hotele, najdroższy tak naprawdę jest bilet lotniczy. Na miejscu, na miejscu jest naprawdę fajnie. Jesteśmy przy planowaniu podróży, wyjazdów. Czasem było to łatwiejsze, bo jechałeś razem z organizacją po prostu, która zajmowała się wszystkim od A do Z. A jak radziłeś sobie na przykład w przypadku Bostonu czy Nowego Jorku? To było duże zamieszanie, dużo planowania przed na taki maraton?

Greg Albrecht: Nie. Przy lotach tych do Stanów nauczyłem się, że potrzebuję o jeden dzień więcej niż pierwotnie latałem, żeby się dobrze zaadaptować do tej zmiany stref czasowych. Do tego, że w Chicago według mnie zabrakło jednego dnia i byłem trochę w słabej formie, więc już od Bostonu i Nowego Jorku dodałem sobie jeden dodatkowy dzień na adaptację do strefy czasowej. W Bostonie został zjedzony przez błędy linii lotniczych, które namieszały, więc tak naprawdę poleciałem zamiast do Bostonu przez Zurych, to poleciałem do Newark i stamtąd do Bostonu i wylądowałem w środku nocy. Takie rzeczy się czasem dzieją. Planowanie dla mnie to proste, no bo wiem, ile dni zamierzam być. Hotel rezerwuję jak najbliżej miejsca startu, żeby rano się nie zastanawiać. Nie myślę o miejscu mety, tylko o miejscu startu. To jest bardzo ważne, więc zawsze sprawdzam najpierw, gdzie jest start, żeby trafić hotel możliwie w zasięgu spaceru i to się udało na przykład w obu tych przypadkach, przynajmniej w spaceru do przewozów, bo w Bostonie siedzę autobusem na start, a w Nowym Jorku się płynie promem na Staten Island, więc to jest takie też ciekawe, ale miałem bardzo blisko i jeżeli chodzi o loty, no to szczerze mówiąc, stawiałem na loty bezpośrednie tam, gdzie się da. Wszędzie poza Bostonem było to możliwe, więc było bardzo to wygodne. Te przesiadki i tak dalej to byłoby za dużo, także stawiałem na komfort. Także samo planowanie nie jest trudne, po prostu trzeba za to zapłacić, jakbym kombinował, żeby przycieniować, to byłoby to super trudne, dlatego, że w tym okresie oczywiście wszyscy tam lecą, szczególnie w małych miejscach jak Boston, który jest relatywnie małym miastem, więc te 30 tysięcy biegaczy robi różnicę i jest drogie, to naprawdę po taniości to musiałbym pewnie wstać nie o czwartej rano, co i tak jest normą przy stawaniu na start, czy piątej, musiałem wstać o drugiej w nocy, więc chciałem sobie jednak nie robić z tego aż takiego większego wyzwania niż trzeba i kupowałem te hotele blisko. Mam do Ciebie prośę, jeżeli podobają Ci się rozmowy w tym kanale, to koniecznie zasubskrybuj ten podcast, bo pozwoli nam to lepiej rozwijać kanał i zapraszać więcej ciekawych gości.

Jan Dołęga-Kozierowski: Rozmawialiśmy trochę a propos treningów, o balansowaniu rodziny, czasu pracy i tak dalej i o to samo chciałem Cię sprytać w kontekście wyjazdu, bo jednak jesteś, idziesz na trening, czy on Ci zajmie godzinę, czy półtorej, to wrócisz do tego domu i będziesz, ale ten wyjazd to już jest jednak kilka dni, masz dwójkę małych dzieci i też tutaj przeczytam pytanie, które pojawiło się pod Twoim postem na LinkedIn, bo jedna z pań zapytała i cytuję: „Jak przekonać męża, żeby został z czwórką dzieci i polecieć sobie do Tokio?”. No boże, nie jest to jeden do jeden Twoja sytuacja, ale coś zbliżonego.

Greg Albrecht: No, na szczęście nie mam męża i nie mam też czwórki dzieci, bo to nie jest to, co byłoby pewnie dla mnie idealną sytuacją i bardzo podziwiam, oczywiście z przymrużeniem oka, zarówno męża, ale przede wszystkim czwórkę dzieci. Niemniej jednak, to jest, nie wiem jak przekonać, po prostu, jak zaczynałem ten projekt, to moja żona to zrozumiała, no i później, jako osoba sama, bardzo konsekwentna, zaakceptowała to jako coś, co się wydarzy. Myślę, że największą zaskoczką było to, teraz mi się równało, że jak się zapisałem do Bostonu, to oczywiście nie patrzyłem w kalendarzu, jaki to jest okres i okazało się, że poleciałem na Wielkanoc do Bostonu, więc cała rodzina spędzała razem święta, ja byłem sam w Bostonie na maratonie, także to może pokazuje skalę zjawiska. Te wyjazdy nie son super długie, myślę, że raz można kogoś przekonać, żeby został na 4-5 dni, ale faktycznie w skali 5-6 wyjazdów w 2,5 roku to już jest sporo, to już jest miesiąc poza domem.

Jan Dołęga-Kozierowski: Pierwszy marca, przebiegnięta meta w Tokio, ostatni bieg, ostatni maraton z cyklu. Za rękę z moim przyjacielem Janem. Za rękę, co widać na zdjęciach.

Jan Dołęga-Kozierowski: Jak się czułeś? Czy to była wielka radość? Czy to było takie pytanie bardziej: dobra, zrobiłem, co teraz?

Greg Albrecht: Powiem Ci, że ani to, ani to. Właśnie dziwne było to, że po prostu poczułem takie domknięcie, ale ani nie wywołało to we mnie spektakularnego entuzjazmu, który pamiętam, chociażby jak złamałem te 3 godziny, później też ten maraton w Chicago też bardzo przeżywałem, że jakoś super to poszło. W dwie różne strony. Tak, ale to było duże wydarzenie, a potem każdy bodziec powszednieje i później już realizujesz plan, więc ciężko się pobudzić tym samym bodźcem po raz kolejny. Cieszyłem się, że zrealizowaliśmy ten projekt razem i to było dla mnie bardzo ważne. Cieszyłem się, że na mecie był mój tata, przyjaciele, więc tak czułem, że to będzie fajny czas i takie połączenie z celebracją, a nie tylko samo osiągnięcie. To osiągnięcie quasi sportowe, czy sportowe już było dla mnie nieistotne. Nie zastanawiałem się co dalej tak bardzo, chociaż pewnie każdemu bym powiedział, że jak osiągasz ważny cel, to musisz wiedzieć jaki jest kolejny krok i ja po prostu wiedziałem jaki będzie ten kolejny krok, bo jestem zapisany na maraton w Walencji i po prostu będę dalej biegał, tylko bez takiego klucza i być może bez takiego młotkowania na jakiś konkretny wynik, zobaczymy. Wiedziałem też, że moim celem jest obniżenie priorytetu biegania względem innych elementów mojego życia, więc też to bieganie będzie siłą rzeczy w efekcie inne niż do tej pory i prawdopodobnie tak będzie. Na razie to tak widzę. Także czułem poczucie spełnienia, nie jakąś niewiadomo jaką euforię. W sumie może trochę to nawet się, fajnie było przeżyć jakąś euforię, jak odebrałem ten medal, ale przyjąłem to po prostu za fakt, za realizację. Natomiast celebracja we wspólnym gronie i śpiewanie karaokę w przedziale wiekowym 10-81 w Tokio była wyśmienitą nagrodą i tam się czułem dobrze i cieszyłem się, że ta podróż trwa. Dopiero po jakimś czasie teraz. Byłbym powiedział, że brakowałoby mi tych fajnych wspólnych wyjazdów, więc dobrze by było takie wyjazdy jeszcze móc zorganizować, bo to, co lubiłem w tych wyjazdach naszych wspólnych, to bycie tam razem. Podobał mi się maraton w Bostonie. Uważam, że był super. Dużo fajniej było, jakbyśmy tam razem pojechali i podobnie z Nowym Jorkiem. To bycie samemu. Bardzo lubię być sam, ale takie wyjazdy, to też jest super okazja, żeby spędzić z kimś czas i tego by mi brakowało, ale to się da na pewno zorganizować w inny sposób.

Jan Dołęga-Kozierowski: Tak, ja z samotnych wyjazdów też mam jedną historię. Może powiem ją krótko, bo pojechałem do Nowego Jorku, właśnie ten, co zostałem wylosowany. Miała ze mną jechać moja dziewczyna, Ola, teraz już narzeczona, więc miałem plan taki, że może właśnie to będzie ten moment, to miasto, że po maratonie, nie w trakcie maratonu, bo takie pomysły mi nie przychodzą do głowy, żeby może właśnie tam się oświadczyć, na co Ola, no był plan, że ze mną pojedzie, ale chyba tam kilka miesięcy przed, dwa, trzy, stwierdziła, że jednak nie może jechać, bo po prostu praca jej nie pozwoli. Więc ja musiałem cały mój plan z zaręczynami też jakoś przerzucić na kiedy indziej, zrobić to jednak w Polsce. Ale najśmieszniejsze było to, że byłem, wiadomo, trochę było mi smutno, że jednak to się nie dokona w tym mieście i że nie da się tak. A Oli było smutno, że ja będę tam sam. Więc do ostatniego momentu próbowała, że zamiast jej, może jej brat pojedzie ze mną i myśleli, co mi się bratu oświadczyć zaraz tam na miejscu. No ale finalnie tam były też jakieś przygody właśnie z lotami, podobnie jak ty miałeś w Bostonie, więc Bartosz nie dojechał tam do mnie na miejsce i spędziłem tydzień w Nowym Jorku sam, bo też już wszystko było wcześniej zaplanowane, że mieliśmy razem z Olą jechać. No i to nie jest fajne. Jednak jak masz towarzystwo, jesteś z kimś, można nawet to jedzenie smakuje lepiej, miasta można lepiej doświadczać i samej tej atmosfery biegowej.

Greg Albrecht: No to prawda. Mnie w Nowym Jorku uratowali przyjaciele. Zresztą mam super film, który Jimmy nagrał. Właśnie jak mnie wypatrzył w tłumie i nagrał film, jak przebiegam, co było totalną niespodzianką dla mnie. Więc nie czułem się w Nowym Jorku zupełnie sam, bo też spotkałem się z nimi i spędziliśmy czas w Halloween, i potem zrobili mi tę niespodziankę, że kibicowali mi, chociaż się tego nie spodziewałem i zobaczyłem ich na trasie. A w Bostonie znowu była fajna ekipa, którą też znałem, więc też była ekipa z Londynu. Nie tylko, taki był miks, więc naprawdę było super. Na końcu się stworzyła ta grupa, bo to, o czym nie mówiliśmy, to, że wokół hobby zbierają się zawsze jacyś ciekawi ludzie, zakręceni w podobną stronę. Każdy jest inny, ale jednak jest ten wspólny temat i to zawsze buduje tę atmosferę solidarności, poczucia wspólnego przełamywania jakichś barier i ten element tej kultury biegania już mi bardzo odpowiada.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja myślę, że ciekawe jest to, bo bieganie jest sportem indywidualnym. Jesteś sam na tych treningach, sam powiedziałeś, że dowiedziałeś się, że lubisz być sam ze sobą, ale jednak nie do końca jest też takie. Biegniemy w tłumie, więc tych biegaczy na startach jest pełno. Też ten socializing właśnie, czy treningowy, czy na wyjazdach, czy to ma dla ciebie jakieś znaczenie, jak postrzegasz bieganie? To jest właśnie sport indywidualny, czy jednak stadny, towarzyski?

Greg Albrecht: Myślę, że każdy może z niego zrobić taki sport, jaki chce. Nie jest to typowa gra zespołowa, ale jaki zespół jest. Ja w tych pierwszych maratonach, jak bardzo poważnie podchodziłem do mojego przygotowania fizycznego, powiedziałem, że była cała grupa osób zaangażowana w to: i fizjoterapeuta, i trener personalny, i trener biegowy, i w jakiś sposób rodzina mnie dopingowała, i my razem biegaliśmy, jeszcze paru kolegów, z którymi biegaliśmy, więc jest bardzo dużo osób zaangażowanych w ten proces, ale na końcu biegnie się samemu i można pewnie biegać samemu. Dla mnie to bycie w ekosystemie na pewno działa jako dopalacz motywacji i też jako przyjemny element.

Jan Dołęga-Kozierowski: Powiedziałeś, że po zakończeniu cyklu World Marathon Majors, tych sześciu, bo zaraz już mamy Sydney, zaraz będzie pewnie Szanghaj, zaraz będzie RPA, ale że nie masz żadnego wypalenia, że dalej będziesz biegał, że jest ta Walencja, a wyobrażasz sobie w ogóle swoje życie i takie codzienne funkcjonowanie bez biegania? Co byś zrobił z tym czasem?

Greg Albrecht: Z czasem to na pewno bym coś zrobił. Pytanie, co by się stało z moim ciałem i z moją głową. To jest raczej pytanie o to, bo mnie to niesamowicie reguluje mentalnie i fizycznie. A nie znalazłem, chociaż od nie wiem, którego roku życia, różne rzeczy trenowałem i różne sporty sprawiały mi jakąś tam przyjemność, ale nic dzisiaj nie sprawia mi większej przyjemności niż bieganie. Jest bardzo proste. Wprowadza mnie w dobry stan i nie ma co doskonalić czegoś, co działa. Więc dzisiaj, jakbym nie musiał, a mam nadzieję, że nie będę musiał zmienić dyscypliny, to nie zmieniałbym tej dyscypliny na inną, bo inne dyscypliny sportu mnie po prostu nie interesują za specjalnie. I chociaż trenowałem na siłowni, co zresztą znamy się tyle lat, że pewnie pamiętasz, przynajmniej wczesne, wczesne, wczesne, że prawie tak się poznaliśmy na siłowni. Dokładnie. Ja zacząłem trenować na siłowni, jak tam wisiały plakaty z Arnoldem Schwarzeneggerem w roku 96. Więc jakby trochę tego treningu na siłowni w życiu zrobiłem, a nadal tak nie lubię tego robić, że bez trenera personalnego nie umiem wytrzymać się na siłowni. Mimo to, że już od tamtego czasu minęło prawie 30 lat. Także bieganie jest okej. Próbowałem innych sportów. Był okres w moim życiu, gdzie próbowałem w różnych obszarach różnych rzeczy. I to jest ważny element w życiu, żeby znaleźć swoją rzecz, ale jak się ją znajdzie, to komfortowo jest, nie musicie jej zmieniać, się tego trzymać.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja lubię próbować różnych sportów, ale to bieganie jest gdzieś na pewno jednym z dużych punktów. Jest też o tyle łatwym hobby, łatwym sportem, że możesz je robić wszędzie. Wystarczą buty, chociaż o finansach rozmawialiśmy przy organizacji maratonu, przy logistyce na maratony. To nie jest wcale takie tanie, ale samo, żeby zacząć bieganie, no to próg wejścia jest dosyć niski. No i można robić to wszędzie, wystarczą chęci.

Greg Albrecht: Dokładnie. Nie mam nic do dodania. Bieganie – nie ma co tutaj być piewcą biegania. Można powiedzieć: każdy ma swój sport. Uważam, że te nawyki, które buduje uprawianie sportu, są świetnie transferowalne na inne dziedziny życia i to jest duża dźwignia. Jakbyś widział siebie

Jan Dołęga-Kozierowski: Albo masz kogoś, kto chce zacząć ten cykl, masz to doświadczenie z tych dwóch i pół roku, coś byś zrobił inaczej? Przygotowując się do maratonów, przygotowując się do całego cyklu, rozłożyłbyś to bardziej w czasie, mniej trenował, więcej trenował?

Greg Albrecht: Nie mam takiej rzeczy, którą bym zrobił inaczej, patrząc wstecz, bo uważam, że miałem dużo szczęścia i dyscypliny i jakbym miał wyobrazić sobie lepsze rozwiązanie, mam wrażenie, że wszystko się ułożyło po mojej myśli, no bo drugi maraton zrobiłem życiówkę, trochę mi zeszło ciśnienie, te dwa maratony dały mi czas, żeby pobiec w Bostonie. Jak już pobiegłem Boston, to reszta była tylko dla mnie formalnością. Pewnie wolałbym pobiec te dwa maratony z kimś, ale nie z kimkolwiek, tylko z tobą albo może z Jakubem, a nie z kimkolwiek. Więc fajnie było pojechać razem. Pod kątem treningu nie ma takiej objętości, której nie warto by było zrobić, tylko że pytanie jest takie, jest tylko pytanie, czy jest przestrzeń na odpowiednią regenerację. Uważam, że przy tym kalibrowaniu trzeba wziąć pod uwagę koszt alternatywny w innych obszarach życia, jaki to generuje, bo to, okej, rozmawiamy tu jak jacyś, nie wiem, profesjonaliści, nie, no ale profesjonalista ma łatwiejsze życie, bo on wystarczy, że zje, pobiega, pójdzie na regenerację, wyśpi się i następnego dnia może robić trening, a my jeszcze mamy, okej, często profesjonalista też ma rodzinę, nie chcę tu upraszać, ale w jakimś okresie życia może nie mieć, no plus, normalnie, kurczę, człowiek jeszcze jest profesjonalistą w swojej pracy, więc integrowanie tych trzech światów jest crazy. Tak, ten aspekt zawodowy

Jan Dołęga-Kozierowski: Często można mieć takie wrażenie, trenując więcej, że praca zaczyna przeszkadzać w pewnych momentach, albo w regeneracji, albo w odpowiedniej długości treningów.

Greg Albrecht: Dokładnie. No, w ogóle bez sensu. Nie ma co pracować, nie. To trzeba tylko biegać i na siłkę jeszcze trzeba. Dopóki nie płacą za te starty, to to, o czym nie mówiliśmy, to, że trzeba chodzić też na siłownię. Uważam, że to, co bym zrobił inaczej, jeżeli bym miał więcej czasu i bym zdecydował się więcej czasu na to przeznaczyć, ale pewnie z większą dyscypliną bym w całym tym okresie włączał trening siłowy, bo nie przez cały czas trenowałem regularnie i czuję efekty tego, jak brak treningu siłowego wpływa na skuteczność w bieganiu, bo bieganie to nie tylko bieganie, to też trening siłowy i inne rzeczy.

Jan Dołęga-Kozierowski: Co byś powiedział komuś, kto zastanawia się, czy robić ten cykl, nie robić, jak do tego podejść?

Greg Albrecht: Nie wiem, dlaczego się można wahać, znaczy pytanie, co kogoś powstrzymuje. Jakbym miał oddzielić proste odpowiedzi, moje podejście jest: każdemu według potrzeb i to zależy, kwestia jaka jest, czy ktoś ma na to realnie przestrzeń i chce się i jest zdeterminowany, żeby to zrobić. Natomiast można to przecież zrobić inaczej niż ja, nie trzeba tego robić pod presją czasu, można to robić przez całe życie i można biegać przez całe życie i zrobić z tego projekt na całe życie. Więc uważam, że to jest bardzo wzbogacające doświadczenie, które daje dużo wartości, natomiast wymaga, jak każde zobowiązanie, konsekwencji i gotowości do poniesienia kosztu. To nie jest wycieczka do Energylandii na jeden dzień, że jedziesz, nie podoba mi się albo podoba mi się, wracasz, tylko jeżeli chcesz wystartować w maratonie, pierwszym, to jest pewnie rok przygotowania, w kolejnym kolejne pół roku. Pół roku biegania, pewnie minimum trzy razy w tygodniu, w naszym przypadku pięć, plus raz albo dwa razy na siłownię, to to nie ma miękkiej gry. Plus zero imprez, zero, w moim przypadku, zero alkoholu, zero imprez, spanie po osiem godzin, rezygnowanie ze spotkań towarzyskich, kontrola tego, co się je, przez długi czas nie jadłem też w ogóle słodyczy.

Jan Dołęga-Kozierowski: Zawsze coś za coś. Jeśli słucha nas ktoś, kto trenuje triathlon, to brzmi to dla niego jak ucięcie połowy godzin treningowych i uwolnienie sześciu godzin w tygodniu, więc może nie jest tak źle, ale wiadomo, wszystko zależy zawsze od punktu siedzenia i punktu widzenia. 900 godzin biegu? Miesięcznie? Nie. Czy przez cały czas?

Greg Albrecht: Łącznie. Tak, no bo 10 kilometrów na godzinę to jakieś minimum. No i przebiegłem pewnie ponad 9 tysięcy w tym okresie. Czyli 900 godzin biegu.

Jan Dołęga-Kozierowski: Sześć różnych podróży, w tym pewnie obozy treningowe, wstawanie o piątej rano, dziesiątki par butów, wydatki na logistykę, jedzenie, trenera, żer dla sześciu medali i siódmego ekstra. Warto było?

Greg Albrecht: Niewątpliwie tak. Medale to tam nie są takie ważne, natomiast poziom satysfakcji, który daje zrealizowanie od A do Z w całości celu rozciągniętego w czasie, liczba tych doświadczeń, których bym nigdy nie przeżył, bo gdybym tego nie robił, to prawdopodobnie nie zrobiłbym niczego innego dodatkowego, tylko bym i tak robił to, co i tak robiłem. A dzięki temu wzbogaciłem swoje życie o dodatkowe doświadczenie, bo zgodnie z prawem Parkinsona, im mniej czasu masz, żeby coś zrobić, tym szybciej to zrobisz. W związku z tym prawdopodobnie robiłem 90% tego, co bym i tak zrobił, gdybym nie biegał, a dodatkowo jeszcze przebiegłem sześć maratonów w sześciu niesamowitych miastach. Poznałem dziesiątki ludzi, setki godzin rozmów, lepsze jedzenie, lepsze wysypianie się, wspaniałe podróże treningowe. Wszystko to w pakiecie, więc można powiedzieć, można usiąść przed telewizorem wieczorem albo rano, albo pospać godzinę dłużej. To jest osobista decyzja, ale czy ktoś potem, będąc, nie wiem, dziadkiem albo będąc na łożu śmierci, sobie pomyśli: „O, super, oglądałem 74 odcinki kiepskich albo coś na Netflixie”? Pewnie nie. „O, przespałem się pół godziny dłużej. O, super, nie?”. Albo, nie wiem, poszedłem na piwo raz. No, okej. A ja sobie mogę pomyśleć: „Wstałem 900 razy, 900 razy wstałem dwie godziny wcześniej, byłem sam, medytowałem, dodatkowo wyjechałem na niesamowite wyjazdy w tych wszystkich miastach, spotkałem tych ludzi, zrobiłem to, doświadczyłem tego, nikt mi tego doświadczenia odebrać nie może”. Więc bez dwóch zdań warto i myślę, że jeżeli nie to, no bo nie każdy musi być biegaczem, no to jakieś inne wyzwania. Jest tyle ciekawych wyzwań, które w życiu można doświadczyć. Zawsze takie miałem podejście do życia i nie ma powodu, żeby mając 40 czy więcej lat, nagle zmienić swoje podejście do życia i osiąść na laurach i zacząć, prawda, być tym kanapowcem i myśleć tylko, kiedy sobie wykupić kwatery na Powązkach.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja myślę, że wszystkie wyzwania są dobre, a te sportowe często ułatwiają podejmowanie tych wyzwań też w obszarach zawodowych, po prostu, bo jeśli gdzieś odnosimy sukcesy, jesteśmy konsekwentni w sporcie, to też łatwo przekłada się na biznes, po prostu.

Greg Albrecht: Myślę, że to też. Teraz tyle mówi się o odporności psychicznej, prawda? Firmy chcą utworzyć szkolenia z odporności psychicznej. Zapraszam. To jest szkolenie z odporności psychicznej. 10 kilometrów.

Jan Dołęga-Kozierowski: O piątej rano w śniegu po kolana. Przez trzy lata.

Greg Albrecht: Nie ma problemu, nie? Dokładnie. I jakby odporność psychiczna to nie jest: „Och, zjem pastylkę na odporność psychiczną, och, jestem teraz twardy”. Nie, to jest: „Wyszedłem na dwór, byłem zakatarzony, dobiegłem, przeżyłem, zjadłem, zdążyłem, wyszedłem, był mróz, spadł na mnie deszcz, leciałem do Bostonu, nie doleciałem, coś się zmieniło, wystartowałem, złapał mnie skurcz, stanąłem, wylądowałem w namiocie medycznym, jak w Nowym Jorku na końcu”. Milion sytuacji, to są, to są te momenty, ale mówisz: „Okej, no, zawsze są przeszkody”. Leżysz na podłodze połamany, nie możesz wstać, ale trzeba to zrealizować. I teraz wiadomo, że łatwiej jest się poddać, jak mniej jest takich bojców. Jak się człowiek wybojcuje takimi sytuacjami, to potem trudniej jest już się poruszyć czymkolwiek. Więc jak ktoś szuka budowania odporności psychicznej i dystansu do pierdół i drobnych porażek, to jest to jedno z lepszych narzędzi.

Jan Dołęga-Kozierowski: Tak, myślę, że długi trening biegowy, jak mało co, oczyszcza głowę i myśli. Można wyjść naprawdę w trans.

Greg Albrecht: No, plus w jaki inny sposób można przesłuchać dzisiaj tyle książek i tyle podcastów? Przecież nie ma na to zupełnie czasu. Ja nie wiem, czy ludzie słuchają książek i kiedy, ale ja nie mam innego momentu, tylko jak jeżdżę samochodem i jak biegam. Więc gdybym nie biegał i nie jeździł samochodem, to pewnie byłoby trzy godziny mniej słuchania dziennie, a tak dzięki temu trzy godziny dziennie mogę słuchać książki. No, to jest wspaniałe. Też uwielbiam to i fajnie się komponuje, więc przyjemne z pożytecznym. Wróć teraz do tej części rozmowy.

Jan Dołęga-Kozierowski: Gdzie rozmawialiśmy o treningach, bo są różne momenty. Pada deszcz, pada śnieg, jest ciepło, zimno, jeje, wiatr. Czasem się nie chce, a czasem jesteś zmęczony. I ja mam czasem przed treningiem taką myśl: „Kurczę, może lepiej, żebym dzisiaj nie szedł, bo chyba jestem zmęczony i może lepiej, jak odpuszczę dzisiaj i przesunę ten trening na jutro, to wtedy zrobię go i będzie z tego większy pożytek”. No, ja tak myślę: „Okej, może nie pójdę”. I potem tak: „Wcale nie jesteś zmęczony, po prostu jesteś leniem i ci się nie chce”. Ale gdzie to wybalansować? Czy jesteś zmęczony, czy po prostu ci się nie chce?

Greg Albrecht: No nie wiem. Myślę, że jestem najgorszą osobą, żeby zadać jej takie pytanie, bo raczej u mnie świadomość tego miejsca, w którym jestem, jest bardzo daleko przesunięta i jak nie jestem obłożnie chory, to wydaje mi się, że nadal jest tam przestrzeń, chociaż też często mi się nie chce. Albo mam inne wymówki. Nie wyrobię się. Dzisiaj miałem o dziewiątej rano wystąpienie online, o dziewiątej rano, tak? I jeszcze miałem inne rzeczy rano, więc wstałem o piątej czterdzieści pięć. Mówię: „Kurczę, jak wybiegnę o szóstej pięć, to się nie wyrobię z tym treningiem. To może go nie będę robił?”. Albo potem sobie powiedziałem: „No to możesz go skrócić o trzy kilometry. Jakby, zobacz, co będzie. Myślałem, najwyżej będziesz biegł dwadzieścia minut”. No i zrealizowałem ten trening. Czyli krótko mówiąc, tych patentów na to, jak sobie poradzić, jak ci się nie chce, jest kilka. Kluczowe jest to, żeby założyć buty i wyjść. Jeżeli założysz buty i wyjedziesz, to ja nie pamiętam sytuacji, poza może jedną sytuacją czy dwiema, które pamiętam, że za słabo się ubrałem. No to jest głupia sprawa, już takie technikalium, ale jak jest naprawdę zimno i się trochę przegnie w tę stronę, w drugą stronę też, no to myślę, że dwa razy czułem: „O, chłopie, właśnie robisz się chory”. Nie pamiętam dokładnie takie biegi. Jeden jak biegłem w ogromnym wietrze i padał grad i sobie myślałem: „O kurczę, ten lód, który czuję na czole, to oznacza tydzień choroby” i tak było. I raz jak wyszedłem też. Więc to są tylko takie ryzyka, ale zazwyczaj wychodzisz, nie chce ci się po chwili, mówisz: „Kurde, no ale jest super, jest super, jestem sobie w swojej bańce, skryłem sobie swoją książkę i wokół są drzewa, czego więcej chcieć?”. Wracasz i masz dwa razy więcej energii, bo tego nie powiedzieliśmy jeszcze, ale przecież jest coś absurdalnie normalnego w tym, że ten sport, on nam dodaje energii. Oczywiście net, net nam zabiera kalorie, ale ja nigdy nie miałem tyle energii, co teraz, że wstaję tak wcześnie, robię ten trening, potem normalnie działam cały dzień i dalej funkcjonuję, więc to jest też taki booster i nastroju, i motywacji tego wszystkiego. Zadałeś pytanie, czy mi się czasem nie chce? Pewnie, że mi się czasem nie chce. Po prostu się nawet nad tym nie zastanawiam, ale były momenty, w których żyłem bardzo blisko, żeby nie pobiec, ale nie wiem, ile razy mi się to zdarzyło. Myślę, że niewiele razy, tylko jak popełniłem błąd logistyczny i byłem na wyjeździe i nie zebrałem wystarczającej liczby odpowiedniego ubrania, ale i wtedy… Chociaż czasem mi to nie przeszkadzało. Tak, udało mi się czasem na siłkę wbić. Raz pamiętam, byłem chyba w Lizbonie, wychodzę na dwór, patrzę, a tam tak wieje, jest tak zimno. Mówię: „Co ja zrobię? Ja nie mam żadnego stroju na taką pogodę, a chcę żyć”. W hotelu była siłownia. Nie miałem co prawda normalnego stroju na siłownię, założyłem same bokserki, koszulkę, mówię: „Najwyżej nikt nie przyjdzie”. Założyłem buty i zrobiłem trening. Nie było co odpuszczać, no i nie był to idealny trening, ale był zrobiony.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja mam taką metodę, jak ktoś mi kiedyś sprzedał, że jak ci się tak bardzo nie chce i naprawdę ci się nie chce, to po prostu wyjdź i zacznij. I jak po pięciu minutach dalej ci się nie będzie chciało, to znaczy, że to nie jest ten dzień i wróć. Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby wrócić, ale myślę, że to też jest świetna metoda do codziennej pracy, jak są jakieś zadania, większe projekty, które gdzieś tam przerastają i nie chce się ich robić albo po prostu czasem się nie chce, to zrobić moimi krokami, zacząć po prostu i wtedy to już pójdzie.

Greg Albrecht: Dokładnie. Dzisiaj skończyłem słuchać książki Stephena Kinga „On Writing” o pisaniu, bo od lat się zbieram do tego, żeby coś napisać mądrego. Jeszcze nie wiem, czy już mam dość wiedzy, żeby to zrobić. W każdym razie on powiedział dokładnie to samo. Facet, który pewnie jest jednym z najbardziej poczytnych pisarzy XX wieku, jeżeli chodzi o taką skalę masową, i mówi: „Najgorszy moment to zanim zaczniesz pisać. Jak już zaczniesz pisać, to zobaczysz, że jest fajnie”. Więc zawsze ten moment przepięcia się z trybu „leń” do trybu „akcja” jest tym krytycznym momentem, w którym po prostu trzeba zamknąć oczy, skoczyć na główkę do pustego basenu i obudzić się po tej lepszej stronie. I wiadomo, że to jest ten moment tego tarcia, tego przepięcia, gdzie ten punkt następuje.

Jan Dołęga-Kozierowski: Jeśli mówimy o kosztach, różne pozycje się pojawiają. Powiedziałem: dziesiątki butów. Z nami są jedne buty, nieprzypadkowe, różowe.

Greg Albrecht: To są buty, w których złamałem magiczną barierę trzech godzin, przebiegłem w nich dwa maratony. Myślę, że ciekawe dla ludzi może być to, że w zasadzie taki but startowy, karbonowy, który kosztuje 1500 zł, pewnie, mniej więcej, to jest but na dwa starty tak naprawdę, bo wytrzymałość takiego buta jest jakieś 120, 130 kilometrów w zależności od pewnie masy biegacza. Ktoś to teraz w komentarzu napisze, że więcej, ale jakby ja znam tych, co biegają 1000 kilometrów w jednych butach i współczuję ich kolanom i plecom. W każdym razie to pokazuje, że są też takie elementy inwestycji, ale oczywiście to są buty z dopingiem, czyli buty z karbonową wkładką niewątpliwie sprawiają, że się biega szybciej, szczególnie jeżeli się biega już relatywnie szybko jak na amatora, to ta zmiana jest ogromna i bez dwóch zdań byłoby mi trudno zrobić ten wynik w normalnym bucie. Pytałeś też o buty w ogóle. To dla mnie para to jest 500 kilometrów maks, czyli na dwa miesiące starczają buty. Mniej więcej but kosztuje dzisiaj, chyba, że się kupuje w Tokio, to wtedy kosztuje dużo mniej. Polecam wycieczkę zakupową do Tokio, bo chyba zakupiliśmy te buty tam minus 40% od ceny w Polsce.

Jan Dołęga-Kozierowski: 400 zł kosztowało.

Greg Albrecht: Poniżej, poniżej 400 zł. A 350 zł. A 350 zł. A w Polsce takie buty kosztują chyba 650 zł. Te, w których zazwyczaj biegam. Także te wydatki są. Para butów treningowych regularnie. Biegam w butach, które są i dobre na długie wybiegania, ale też na szybsze się sprawdzają.

Jan Dołęga-Kozierowski: Właśnie o to miałem pytać. Czy to jest jedna para butów treningowych plus buty startowe, czy do treningów używałeś więcej butów?

Greg Albrecht: Przez jakiś czas więcej, ale potem już mi się odechciało tak kombinować. I w zasadzie w tej chwili mam zawsze jedną parę butów, której używam i na wolniejsze, i na szybsze wybiegania, bo ona i jest wystarczająco dobra, żeby biec w niej 30 kilometrów, czy 20 kilometrów powoli, ale też się sprawdza, jak trzeba coś pobiec szybciej. Dopiero przed samymi zawodami robiłem sobie i w tych butach, na przykład wyciągnąłem je z szafy, no bo mam na lotu pewnie ze 100 kilometrów, no to jak miałem szybki trening do zrobienia przed samymi zawodami, na przykład 12 razy 400 metrów, to wyciągam sobie takie stare buty z karbonem, żeby poczuć trochę, jak jest w tym biegu, a nie zużywać butów obecnie startowych, aczkolwiek butów startowych mam zdecydowanie za dużo, starczał mi na długo, bo zrobiłem chyba niezbyt trafny eksperyment w Nowym Jorku i mam jedne buty, w których pełniłem tylko jeden maraton i potem drugie, w których pełniłem też tylko jeden maraton. Ale buty to podstawa, pewnie trywialna rzecz, a druga rzecz, która jest istotna z perspektywy sprzętu, moim zdaniem, to jest zegarek. Trzeba mieć po prostu zegarek, który motywuje nas do tego, żeby śledzić postępy, żeby obserwować, gdzie jesteśmy, żeby śledzić tętno, pasek tętna i ze sprzętu to tyle. Cała reszta jest przereklamowana według mnie.

Jan Dołęga-Kozierowski: Nie wiem, powiedział, że na którymś, na pewnym etapie ten zegarek jest potrzebny, ale jeśli ktoś zaczyna, to może warto też zacząć nawet z jakąś apką na telefonie. Teraz one też są dosyć dokładne, ale potem rzeczywiście, czy do wykonywania konkretnych zadań biegowych, czy do pomiaru tętna, ten zegarek robi się niezbędny. Dokładnie. Trochę powiedzieliśmy o tym, co pamiętasz z trasy, czego nie pamiętasz, ale sam maraton, 42 kilometry, trzeba by coś jeść. Niektórych może zainteresować, ile tego się zjada i czy wszystko trzeba mieć swoje, czy rozdają to na trasie. Jak to wygląda i gdzie były najlepsze żele?

Greg Albrecht: Wiesz, przypomina mi się jeden człowiek, którego znam, który jest osobą publiczną, więc może nie będę wypowiadał tego nazwiska, ale on przebiegł 40 maratonów po 50. urodzinach. Coś niewiarygodnego. Powiedział, że nigdy w życiu niczego nie zjadł na trasie, więc uwaga, da się to zrobić. Niemniej jednak oczywiście, że każdy rozsądny, bez urazy, człowiek, który biega dzisiaj, wie, jak wyglądają zapasy glikogenu w mięśniach i że starczają na mniej więcej godzinę, a przy tak intensywnym wysiłku, jak w trakcie maratonu, w wysokich zakresach tętna, to pewnie nie na godzinę. Więc jak dobrze wiesz, my spożywamy co pół godziny żel i te żele się ze sobą bierze na trasę. Jeden się nawet spożywa przed, a potem co pół godziny jeden żel. Więc śmieszne, bo w zasadzie, jak to policzysz, mówiłem, że prawie kilo żeli ze sobą wziąłem na 800 gram żeli na trasę, żeby przebiec to wszystko, no bo na niektórych bufetach, tak zwanych, które też są co mniej więcej 3 do 5 kilometrów, zawsze trzeba pić wodę po jednej szklance, albo nawet dwie. Czasem są to też elektrolity. Natomiast rzadko są tam żele, są co któryś, ale to tylko awaryjnie, jeżeli ktoś zgubi czy straci. Więc trzeba się przygotować na to, żeby a) mieć swoje żele, b) trzeba pamiętać, żeby pić na każdym, na każdym bufecie i jeszcze taki patent, czego się nauczyłem po wielu maratonach, nie każdy to wie, że żeby skutecznie się napić w trakcie biegu, to jest ważne, żeby zgnieść kubek.

Jan Dołęga-Kozierowski: zrobić dziubek

Greg Albrecht: i zrobić dziubek i wypić z dzióbka, bo inaczej łatwo się zachłysnąć. Oczywiście, jak ktoś się zatrzymuje na tym bufecie, no to tam tego problemu nie będzie miał, ale większość osób pije, kontynuując bieg i to jest taki dość niebezpieczny moment. Tam przy tych bufetach też jest, jak wiemy, ślisko, niektórzy się wywalili na butelce, na kubku. Tak, no więc były różne historie.

Jan Dołęga-Kozierowski: Jak jesteśmy przy maratonach i jedzeniu, dla mnie też każdy z tych maratonów miał jakiś taki swój lokalny koloryt, jeśli chodzi o te stacje. Pamiętam, że w Nowym Jorku na pewno były słone precle rozdawane, a w Tokio na bufetach były kulki ryżowe. Tak? Nie wiem, czy panie

Greg Albrecht: Nie zwróciłem uwagi.

Jan Dołęga-Kozierowski: Zastanawiam się, czy w Niemczech była kiełbasa.

Greg Albrecht: Czy nie. Ja pamiętam, że na mecie w Tokio dali nam serek topiony i mówię: „What the fuck, co ja mam w ogóle z tym zrobić?”. Kurczę, znaczy, jeżeli ktoś przebiegł maraton, biegł przez 3-4 godziny, jest cały zasolony i zacukrzony i wyrzęty, na pewno ostatnie rzeczy, tutaj potrzebuje, to kawałek tłuszczu w postaci serka. To było szokujące i nawet mimo to, jak bardzo byłem głodny, to jednak nie poddałem się tej sugestii, żeby zjeść serek topiony.

Jan Dołęga-Kozierowski: Rzeczy, które były rozdawane na mecie w Tokio, rzeczywiście były dosyć dziwne. Już wliczając w to płyn do płukania, proszek do prania czy sole do kąpieli.

Greg Albrecht: Płyn do płukania w dzierze. Tak, w ogóle bardzo interesant. Znaczy, Tokio to jest oddzielna przygoda, to jest jakby zupełnie inne miejsce niż wszystkie inne te maratony i niewątpliwie warto to zrobić, acz nie jest to najbardziej spektakularny bieg, jest na pewno to kontekst jest najbardziej inspirujący, bo jednak z tych wszystkich miast przecież to jest najbardziej odległe miasto od tych wszystkich. Zupełnie inne.

Jan Dołęga-Kozierowski: i kulturowo, i nawet wizualnie

Greg Albrecht: Od wszystkich tych miast. Powiedz, co zapamiętałeś z maratonu w Berlinie? Ja pamiętam, że w Berlinie zaczęła się nasza tradycja, tak zwana tradycja kupowania kurteczek z maratonów, bo na każdym maratonie jest tak zwana oficjalna wiatrówka danego maratonu. To wiedzą ci, co jeżdżą na te maratony i to jest jakby oddzielny sposób, żeby skamować uczestników, żeby zostawili trochę pieniędzy w miasteczku biegowym, tak zwanym. To można tak brutalnie to mówiąc. I pamiętam, że w Berlinie kupiliśmy sobie te kurtki, zrobiliśmy sobie sesję w naszych błękitnych kurtkach.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja pamiętam początek tego, bo my się spotkaliśmy w Berlinie w biurze zawodów po odbiór pakietów. No i chodzą ci ludzie w tych kurtkach, parę osób jest, te kurtki są, ale patrzymy na nie na jakieś jasno błękitne, nie, nie będziemy tego kupować, dobra, zostaw, po co ci ta kurtka. I potem minął jeden dzień, wyszliśmy na miasto i się okazało, że wszyscy są w tych kurtkach. I poszliśmy do sklepu Adidasa w centrum Berlina, żeby je kupić. No i ta historia się powtarzała. Pamiętam, że

Greg Albrecht: Pamiętam w Chicago, jakie obleśne kurtki, najbrzydsze, koszmar! No przecież tego nie kupię. To jest jakiś okropny fiolet. W ogóle, kto to uszył? I co na końcu? Kolejka do Nike’a, chyba ileś godzin w kolejce, później pod sklepem Nike’a, żeby jednak wejść i kupić tę kurtkę. Notabene najlepsza kurtka z tego wszystkiego cyklu, najbardziej praktyczna. Najbardziej praktyczna z Tokio też bardzo, bardzo dobra jest moim zdaniem. Natomiast tymi kurtkami to jest po prostu kolejny pomysł, że jak już ktoś wydał ileś kasy. Jest jak ze sprzedażą na stacji benzynowej: płacisz 500 zł za paliwo, no to co Cię obchodzi, czy ciastka będą kosztowały 4 zł więcej? Jesteś głodny, no to dorzucasz do dużego rachunku, nie będzie widać. I podobnie tutaj: doleciałeś na drugi koniec świata, zapłaciłeś tysiące za bilet, za hotel, za start, no to kurde, dorzucisz tę kurtkę za 150 dolarów. Więc to się dokładnie tak kończyło za każdym razem. Także to z tych zakupów, ale też z rytuałów naszych wspominam. I zawsze pójście do sklepu, żeby kupić słoik masła orzechowego, dżem i bajgle, żeby zjeść je rano przed samym startem.

Jan Dołęga-Kozierowski: Były też takie biegi, chyba Chicago, gdzie wieźliśmy swoje pieczywo z Polski. Pamiętam.

Greg Albrecht: Zawieźliśmy do Chicago pieczywo z Charlotte. To był hit. Polecieliśmy tyle tysięcy kilometrów z własnym pieczywem, żeby przed kim się naleźć, bo uważaliśmy, że w Stanach będą mieli kiepskie pieczywo i wzięliśmy swoje ze sobą. To rzeczywiście było niezłe. W Londynie, w Londynie byliśmy z grupą i pamiętam, jak ta grupa, ten szef grupy… i powiem szczerze, to jest anegdota, która mnie… mam ciary, jak o tym myślę. Pamiętasz odprawę? Nazywa się Robert Szych, gościu z Raz Event i on mówi coś takiego: „Pamiętajcie, jutro jest ten wielki start”. Siedzimy w tej całej grupie i tak dalej i on mówi: „Ja pamiętam, że kiedyś miałem taki start i jak szło mi nieźle, miałem chwilę zwątpienia i pomyślałem: 'To jest ten moment, w którym chyba się poddam, chyba będzie następna okazja, żeby pobiec’ i odpuściłem. I potem już nigdy w życiu nie miałem takiej formy jak tego dnia i bardzo tego żałowałem”. I to mi zapadło w pamięć. Jak biegłem ten Londyn i uderzyła mnie kolka, przystanąłem na chwilę i myślę sobie: „Kurczę, no 3.02, 3.03 to też będzie niezły czas”. Ale potem mówię: „Kurde, przypomniało mi się to, co on powiedział poprzedniego dnia wieczorem”. Mówię: „Nie ma bata, co powiesz dzieciom, że kurczę miałeś gorszy dzień?”. I okazało się to… no, do tej pory być może mi motywacja spadła, prawdą, bo nie miałem już nigdy potem takiej formy. Podobno miałem w Chicago, dałem z siebie wszystko i złamałem te trzy godziny. I ta historia, którą opowiedział dzień wcześniej, popchnęła mnie do tego, żeby wycisnąć z siebie 284% i złamać trzy godziny. Więc to była inspirująca historia z Londynu, którą bardzo pamiętam. W Chicago wpierniczaliśmy Chicago pizza. Tak.

Jan Dołęga-Kozierowski: Każdy z tych maratonów też łączy się gdzieś z jakimś. Wiadomo, przed biegiem trzeba się nafutrować, trzeba zjeść odpowiednią ilość kalorii. A że są to ciekawe miejsca i każdy ma swoją jakąś potrawę, to przy pomocy różnych dań to robiliśmy. I w Chicago była to Chicago style pizza, która wygląda trochę jak nasza zapiekanka, taka.

Greg Albrecht: Z piekarnika, jak to, jak kisz.

Jan Dołęga-Kozierowski: Jak kisz

Greg Albrecht: Tak, ma pewnie 1200 kalorii jedna i każdy z nas po takiej pizzy sobie rąbnął. No, z Bostonu wspominam głównie trasę. To była niesamowita historia, bo rzeczywiście biegnie się góra-dół, góra-dół i przypominam, jak mnie spaliło z prawej strony. To już mówiłem i to była chyba główna, główne wspomnienie z Bostonu. W Nowym Jorku wylądowałem w tym namiocie medycznym na mecie po biegu. Złapał mnie taki skurcz dwa razy, a potem jak dobiegłem, to mnie scholowali. To w sumie dobre wydarzenie, bo to jedyna darmowa opieka medyczna w Stanach. Jak szedłem, to bardzo chciałem się wyrwać tym lekarzom, żeby mnie przypadkiem nie zabierali do tego namiotu medycznego, bo się bałem, jaki rachunek dostanę. Ale na szczęście się potem dowiedziałem, że to jest za darmo, więc poszedłem, dostałem jakieś elektrolity, nogi do góry, bardzo mnie profesjonalnie przebadali i przeżyłem, nic mi się nie stało.

Jan Dołęga-Kozierowski: No, ja też zawsze będę pamiętał z naszych podróży, szczególnie na maraton, to próby zabezpieczania się na wszelkie sposoby, żeby nie złapać jakiegoś przeziębienia na lotnisku, co nie jest wcale takie trudne, szczególnie w samolocie, więc maseczki, elektrolity, odpowiednia ilość snu w samolocie, zaplanowanie tego wszystkiego.

Greg Albrecht: Pamiętam, że urabianie cynku i witaminy C przed startem i dodatkowo za każdym razem, no do Chicago lecieliśmy 12 godzin w maseczkach, nie zapomnę tego nigdy. I ja wypiłem 4MED z tych właśnie Pure Hydration, ze 3 litry chyba w trakcie lotu do Chicago. No i też, a propos suplementacji, to melatonina przy każdym z tych lotów do Stanów to zrobiła robotę, to znaczy, że bardzo mi pomogła się szybko zaadaptować do tej strefy czasowej, bo to jednak ten jet lag. To najlepiej byłoby pojechać dwa tygodnie wcześniej, ale kto ma na to czas? I to jest duża zmienna, dużo większa niż by się wydawało, ten jet lag.

Jan Dołęga-Kozierowski: Ja myślę, że to zadbanie o siebie odpowiednio, nawet z lekkim przegięciem, właśnie, czyli te maseczki i odpowiednia ilość płynów w samolocie, jedzenie, spanie. No, to na ostatniej prostej trzeba zrobić. Po prostu łatwo przegrać całe te kilka miesięcy przygotowań jakimś głupim przeziębieniem albo po prostu zwykłym odwodnieniem.

Greg Albrecht: Tak, a na końcu zawsze idzie forma i człowiek w ostatnich chwilach przed startem zawsze tu ci skrzypi, tu ci boli, chyba coś mnie łapie. Jest połączenie hipochondrii z faktycznym takim stanem organizmu, że on jest jakby na krawędzi. Jak łapiesz formę, to ten organizm jest taki: nie wie, czy jest wyczerpany, czy jest w idealnym rytmie. I każdy ma po prostu jakiś pierwiastek hipochondryka w sobie. Też przypomina mi się rozmowa w tym podcaście z Mateuszem Kusznierewiczem, która mnie bardzo zainspirowała. Spotkałem się z nim, o ile pamiętam, przed Nowym Jorkiem, chyba przed Chicago. Tak, że trzeba naładować, że trzeba naładować wszystkie swoje obszary, że zero stresu w pracy, odizolować się od tego, powiedzieć w domu, żeby cię nie stresowali, żeby się wysypiać, że te ostatnie dwa tygodnie roztrenowania, kiedy się trochę mniej trenuje, to tak zwany tapering, tak, że to jest taki moment, żeby wszyscy zostawili w spokoju. I ja mówię: o kurczę, ja byłem chyba pięć dni przed wylotem, czy trzy dni przed wylotem. Mówię: okej, Mateusz, dzięki, że mi to mówisz, bo ja już właśnie tego wszystkiego nie dowiozłem. I pamiętam, chyba w Chicago, ale najbardziej zmęczony to przyleciałem do tego Bostonu. W Bostonie byłem tak zmęczony, że popękały mi usta i generalnie miałem zapalenie zatok chyba dzień przed startem. Więc to w ogóle pokazuje, że czasem to jest takie naprawdę pójście po krawędzi i zbudowanie sobie takiego idealnego bufora, jak profesjonalny sportowiec, jest szalenie trudne. Chciałem bardzo podziękować mojemu wieloletniemu partnerowi podcastu, firmie Formec, za doping, wsparcie i to, że wspólnie mogliśmy dojść do tego punktu i przejść do zdobycia przeze mnie całej korony maratonów, bo ta współpraca bardzo mi w tym pomogła. Nie tylko przez to, że korzystałem przez cały ten okres z produktów Formec, ale też dzięki temu, że byłem partnerem podcastu, miałem spokojną głowę do tego, żeby móc realizować ten projekt w komforcie i móc skoncentrować się na startach. Także bardzo dziękuję. Chyba wypytałem o wszystko.

Jan Dołęga-Kozierowski: Mam nadzieję, że jeśli ktoś chce zrealizować cykl World Marathon Majors, czy w tej szóstce, czy później w rozszerzonej, będzie wiedział, jak zacząć, będzie wiedział, jakie wyzwania go czekają, niekoniecznie te treningowe, ale te mentalne, z czym się można mierzyć. I słuchajcie, da się to zrobić. Możecie to zrobić w 2,5 roku, możecie to rozłożyć na dłużej. Myślę, że każdy musi znaleźć coś swojego i po prostu się w tym realizować.

Greg Albrecht: Dziękuję Ci bardzo za poprowadzenie mojego podcastu. Cieszę się, że mogliśmy o tym opowiedzieć. Moją intencją do tego, żeby to się wydarzyło, było właśnie zainspirowanie innych do tego, żeby podejmować się takich wyzwań, żeby wzbogacić swoje życie, nauczyć się czegoś o samym sobie, wzmocnić swoje poczucie sprawczości i wzmocnić swoją odporność psychiczną. I to była moja intencja, a nie chwalenie się tym, że przebiegłem 6 maratonów. Mam nadzieję, że ten efekt, który chciałem, został tutaj osiągnięty dzięki Twoim świetnym pytaniom. Dziękuję Ci bardzo. Partnerem podcastu jest Albrecht & Partners – mentoring strategiczny, wsparcie w zarządzaniu i executive coaching. Do usłyszenia!

Udostępnij:
Podcast

Poznaj wiodący podcast dla przedsiębiorców i zarządzających biznesem. Posłuchaj przedsiębiorców, którzy zbudowali biznes od zera. Znajdź odpowiedzi na wyzwania, które trapią liderów – niezależnie od branży.

Newsletter

Zainwestuj 5 minut w tygodniu, by osiągać więcej.

Dołącz bezpłatnie do tysięcy przedsiębiorców i zarządzających biznesem w społeczności Business Unlimited.

Zobacz także