Maraton Warszawski to jego dziecko, a droga do sukcesu nie zawsze była prosta. Marek Tronina opowiada o kulisach 23 lat tworzenia wydarzenia, które łączy sport, biznes i społeczność w jedno. Jak przetrwać momenty zwątpienia, konkurować o uwagę i środki, a jednocześnie pozostać wiernym swojej misji?
W tym odcinku gościem Greg Albrecht Podcast jest Marek Tronina, legenda polskiego biegania i twórca największego maratonu w tej części Europy – Maratonu Warszawskiego. Marek zabiera nas w podróż na zaplecze tego ogromnego przedsięwzięcia, opowiadając o pasji, wyzwaniach i transformacjach, przez które przechodziła organizacja przez ostatnie 23 lata.
Usłyszysz o tym, jak maraton zaczął się od entuzjazmu i szaleństwa, gdy jeszcze brakowało formalnych struktur, oraz jak ważne okazało się przywództwo i umiejętność słuchania innych. Marek dzieli się refleksją nad momentami zwątpienia i trudności, kiedy wręcz ścierał się z konkurencją i problemami finansowymi, ale nie poddał się, realizując misję kreowania wyjątkowego miejsca dla biegaczy i miasta.
Co dowiesz się z rozmowy:
- Jakie wyzwania stoją przed organizatorem wielkiego maratonu i co decyduje o sukcesie projektu
- Jak pasja oraz kreatywność pomagają rozwijać wydarzenie przez ponad 20 lat
- Dlaczego bieganie może być dla każdego i jak pokonać opory związane ze startem
- Czego uczy praca z partnerami biznesowymi i jak duży jest ekonomiczny wpływ maratonu
- Jak ważna jest społeczna atmosfera i empatia na trasie biegu
- Co nowego czeka uczestników w nadchodzącym Maratonie Warszawskim
🎙️ Posłuchaj #331 odcinka Greg Albrecht Podcast: Dlaczego 5 milionów Polaków biega? Szef największego maratonu, którego miało nie być. Marek Tronina

Partnerzy Greg Albrecht Podcast:
Formeds – Odbierz 20% rabatu na suplementy formeds z kodem GREG20. Popraw swoją wydajność, formę i samopoczucie z pomocą wysokiej klasy polskich produktów ze 100% czystym składem, optymalnymi dawkami składników aktywnych i jakości potwierdzonej przez niezależne laboratoria.
Wspierając naszych partnerów, wspierasz rozwój podcastu!
Transkrypcja:
(Transkrypcja jest generowana automatycznie, może zawierać drobne błędy)
Greg Albrecht: Dziś w Greg Albrecht Podcast gościmy Marka Troninę, ojca chrzestnego polskiego maratonu, prezesa Fundacji Maraton Warszawski, organizatora największego maratonu w tej części Europy.
Marek Tronina: Cześć, Marek. Dzień dobry, ojcze chrzestny, tego jeszcze nie słyszałem.
Greg Albrecht: O, wiesz.
Marek Tronina: Ale zakładam, że to jest miłe.
Greg Albrecht: I myślę, że to jest miłe i takie, wiesz, też budujące. Nawiązuje do najlepszych tradycji włoskich w Nowym Jorku.
Marek Tronina: No właśnie, tak sobie pomyślałem: „Ojciec chrzestny” może brzmieć trochę niebezpiecznie.
Greg Albrecht: Wszystko, co buduje emocje, ma sens. Słuchaj, prowadzisz przedsięwzięcie, które zatrudnia 15 osób na stałe, w skali całego roku, ma kilkanaście milionów budżetu, a na końcu, wśród tych wszystkich wydarzeń, jest maraton, który kończy kilkanaście tysięcy uczestników. To jest nie lada przedsięwzięcie.
Jakie według Ciebie jest największe wyzwanie związane z prowadzeniem takiego ogromnego projektu?
Marek Tronina: O, rany. To jest pytanie na pracę domową. Jedno sprostowanie: kilkanaście tysięcy osób jeszcze nigdy nie ukończyło maratonu warszawskiego, choć w tym roku ukończy pierwsza z 10 tysięcy. Ale to tylko tak, żeby być w zgodzie z faktami, co staram się robić zawsze.
Największe wyzwanie? Myślę, że nie rozwijać się wolniej niż organizacja, niż to, co my robimy.
John Maxwell mówi, że Twój biznes jest tak wielki, jak Twoje umiejętności przywódcze. Jeśli są na poziomie 8, to Twój biznes będzie na poziomie 8. Może być na poziomie 7, ale nigdy nie będzie na poziomie 9, jeżeli jesteś ósemką. Więc wydaje mi się, że to oddaje sens tego, kim powinien być szef takiego projektu — osobą, która zdaje sobie sprawę z własnych słabości i ograniczeń, i albo stara się nad nimi pracować, albo stara się je uzupełniać, na przykład ludźmi, którzy są w danym obszarze lepsi od niego po prostu.
Ale do tego trzeba dorosnąć, dojrzeć. Mnie też to zajęło trochę czasu. Wydaje mi się, że tak, bo bardzo łatwo jest rozpędzić maszynę, a potem zginąć pod jej kołami. Tak sobie to wyobrażam.
Greg Albrecht: A jaki bodziec dla Ciebie był taki, że mówisz: „O, czuję, że te koła mnie wciągają, potrzebuję zrobić skok do przodu”? Zazwyczaj jest tak, że dochodzimy do jakiejś ściany lub czujemy, że udało się, ale to nie było zrealizowane tak, jak bym chciał. Potrzebuję wejść na kolejny poziom.
Miałeś takie doświadczenie, które zapaliło Ci lampkę: „Potrzebuję zaktualizować swoje wewnętrzne oprogramowanie”?
Marek Tronina: Myślę, że takie doświadczenie było mi dane ocenić w ten sposób, jaki Ty to opisałeś, dopiero po pewnym czasie. Trochę nieskromne będzie to, co powiem w tej chwili, natomiast mam takie poczucie, wymieszane z nadzieją, że udaje mi się nabierać dystansu do samego siebie ostatnio i nie starać się być we wszystkim alfą i omegą, najlepszym i wszystko wiedzieć, co pozwala mi w bardzo prosty sposób powiedzieć: „To powiedzcie mi, jak to trzeba zrobić, to po prostu zróbcie to” albo „Znajdźcie mi odpowiedź”.
Po prostu nie wiem i tyle. Tylko nie zawsze tak było i dlatego wydaje mi się, że my też po drodze — my, znaczy ja, jako lider tego projektu od prawie 25 lat — gdzieś tam po drodze straciłem kilka wartościowych osób, które mogły być z nami, które mogły tę łódź jeszcze, czy ten pociąg jeszcze bardziej rozpędzić. No ale z drugiej strony myślę, że całe życie polega na tym, że człowiek po prostu uczy się i wyciąga wnioski. Znaczy, rozwój przychodzi z wiekiem, choć czasami wiek przychodzi sam, jak wiadomo, tak.
Natomiast miałem to szczęście, że w moim przypadku tak czuję, że ten rozwój gdzieś tam się pojawił w odpowiednim momencie, choć oczywiście błędy były, no bo można było, jak mówię. Najbardziej żałuję tego, że niektórych osób przy projekcie nie udało się zatrzymać i to było moim zdaniem tylko i wyłącznie wynikiem mojego złego patrzenia na to, jak pracuje się w takim zespole i co można w nim osiągnąć.
Greg Albrecht: Czy chodziło o to, że narzucałeś swoje wyobrażenie świata? Czy to było tego typu zachowanie, które sprawiło, że tych osób nie udało się utrzymać? Jakie zachowania z twojej perspektywy są dzisiaj nieopłacalne i które mogły wpłynąć na utrzymanie tych osób?
Marek Tronina: Tak, myślę, że tak. Myślę, że to jest to, co tu powiedziałeś, i mówię to w kontekście, czy w nawiązaniu do jednej z naczelnych wartości, której ja sam siebie staram się przez cały czas uczyć i też mówić o niej innym, mianowicie słuchaniu.
To jest jedna z takich rzeczy, która jest dla mnie absolutnie kluczowa. Nie słuchanie po to, żeby ktoś mówił, tylko słuchanie po to, żeby usłyszeć i zrozumieć. Bo zrozumienie drugiej osoby, drugiego człowieka, jest kluczem do tego, żeby zacząć z nią współpracować i żeby wspólnie coś zrobić.
Jeżeli nie masz w sobie wypracowanej takiej umiejętności po prostu — otwartości na to, że czyjeś zdanie niekoniecznie jest lepsze czy gorsze, a po prostu inne — to trudno sobie z tym poradzić. No i ja na szczęście gdzieś tam zdałem sobie, czy zostało mi zdane sprawę w pewnym momencie z tego, i to jest super, bo to otwiera bardzo, bardzo oczy i umysł na wszystko. To też sprawia, że pracuje się zupełnie inaczej.
No to tak, to tak wentyluję.
Greg Albrecht: Mam prośbę: zasubskrybuj teraz ten podcast, a dzięki temu będziemy mogli dalej rozwijać ten kanał.
Wyobraźmy sobie, że wsiadamy do wehikułu czasu i przenosimy się o 23 lata wstecz, do pierwszego momentu, w którym na Twoim horyzoncie pojawiła się perspektywa uczestniczenia w przedsięwzięciu. Co byśmy tam zobaczyli? Co się wydarzyło? Co spowodowało, że Marek Tronina dołączył do Łodzi, na której dzisiaj jest napisane „Maraton Warszawski”?
Marek Tronina: No to, jak zwykle, jest zbieg okoliczności. Znaczy, nie jak zwykle — czasami to nie jest zbieg okoliczności, bo ludzie potrafią sobie zaplanować kariery. Ja nie miałem zaplanowanej pod tym względem. To był jednak w dużej mierze przypadek, gawień zbieg okoliczności.
To był taki moment, że ja po prostu czegoś szukałem w życiu, czegoś takiego, czegoś wielkiego, naprawdę, czegoś takiego, co zrobię i będzie, kurde, wow. Nie wiedziałem w ogóle, co to będzie, jakiegoś obszaru. Ja byłem przez całe życie bardzo mocno związany ze sportem i sport był dla mnie bardzo ważny. Byłem gdzieś tam po krótkiej, choć fajnej karierze dziennikarskiej w telewizji.
Wtedy jeszcze prawie nie istniały media elektroniczne. Natomiast byłem w tym akurat wtedy, w 2002 roku, daleko od sportu zawodowo, natomiast zacząłem biegać intensywnie. Przebiegłem wiosną pierwszy maraton, potem chciałem przebiec jesienią maraton warszawski i okazało się, że ten maraton warszawski jest właśnie dezorganizowany, czyli zamykane są wrota od szafy. Ja wiedziałem, że to jest to, że to jest to, za czym się rozglądałem i że ja mógłbym uczestniczyć, organizować maraton warszawski, czy jeszcze wcześniej coś, co pamiętałem z dzieciństwa — maraton pokoju. No bo ta nazwa się zmieniła w pewnym momencie, było dla mnie niewyobrażalne.
To mi wywaliło skalę, naprawdę. Skalę tego, co ja mógłbym w życiu robić. Rzuciłem się na to jak szczerbaty na suchary, naprawdę. Myślę, że teraz, jak sobie to składam, to w odniesieniu do tego, co wcześniej powiedziałem, to trochę jest tak, że jak człowiek nagle odnajduje to swoje powołanie i po prostu wow, i zakochuje się w tym, co może robić, to może mieć taką skłonność do tego, że wszystko chciałby zrobić sam, bo chciałby po prostu… bo myśli, że to zrobi najlepiej, że jego ta pasja, takie zaangażowanie uzasadnia wszystko inne.
I tu oczywiście pojawia się taka przestrzeń, ale w zasadzie brak przestrzeni na to, żeby pomóc czy pozwolić sobie na to, żeby ktoś z boku powiedział: „A ja bym to może zrobił inaczej”. Ty mówisz: „No to zrób”. Tak. Po co inaczej, jak możemy zrobić po mojemu, bo to jest lepiej, bo ja myślę, że to jest lepiej, nie? Bo to jest taka moja pasja.
To ja myślę, że to w dworze bierze.
Marek Tronina: Z tego wynikało. Natomiast moja historia jest właśnie taka: nie przebiegłem wtedy tego maratonu i zresztą nigdy od tamtej pory nie przebiegłem maratonu warszawskiego.
Myślę, że kiedyś przebiegnę, mam nadzieję, ale przebiegłem kilkanaście innych, choć akurat nie warszawskich.
Greg Albrecht: Nie miałeś odrobiny lęku, mówiąc: „No bo drzwi od szafy się domykają”. Wchodzi Marek, rozpiera go energia, mówi: „Spoko, spoko, dajcie mi na chwilę klucz do tej szafy, ja to wszystko zorganizuję”.
No ale umówmy się, że to nie jest impreza urodzinowa na balu trzylatków, tylko nie lada przedsięwzięcie. Jakie? Przyszły, no bo fajnie się zobowiązać, ale czy tak łatwo dowieść?
Marek Tronina: Wiesz, pierwszy raz, gdy robisz coś takiego, w ogóle nie masz wyobrażenia, co to jest. Ja wcześniej nie organizowałem żadnego biegu — ani na pięć kilometrów, ani na dziesięć, ani półmaratonu. Miałem zorganizować maraton, a do tego ta historia była taka, że nie byłem sam — to przecież było więcej osób — ale siłą rzeczy stanąłem na czele tego przedsięwzięcia. Mieliśmy na to dwa miesiące, i to niecałe, żeby wszystko zrobić, co jest trochę śmieszne.
Oczywiście to nie była skala taka, jak teraz, ale mimo wszystko nie mieliśmy nawet zarejestrowanego podmiotu, który mógłby cokolwiek załatwić czy wystąpić do kogokolwiek. Pisaliśmy część dokumentów jako osoby prywatne — to było jakieś szaleństwo. Na początku nie zdajesz sobie sprawy, co cię czeka. Wyobrażasz sobie pewne rzeczy, ale potem okazują się one zupełnie inne niż w rzeczywistości. Myślę, że taka jest natura pierwszego projektu, który jest zrobiony w stu procentach na bazie improwizacji.
Element strachu, pewnego lęku, pojawił się później, przy kolejnych imprezach w 2003, 2004 i 2005 roku, kiedy mieliśmy już na każdą imprezę rok na przygotowania. Wtedy też oczekiwania ludzi były znacznie większe, bo ta pierwsza edycja była absolutnie nie tylko organizacyjną łapanką, ale też łapanką wśród biegaczy. Oni dowiedzieli się dość późno, że będzie maraton, a kilkaset osób odpowiedziało na to wezwanie. Dla nich było tylko jedno ważne — że maraton się odbędzie. Czy będzie dobrze, czy źle, to kompletnie nie miało znaczenia. Tam nie było nic poza kreską narysowaną na asfalcie.
To oni też byliby szczęśliwi.
Marek Tronina: Tego dnia — no, raz można było tak zrobić, tak. Potem kolejne edycje były takie, że przez kilka lat rano budziłem się w dniu maratonu, a pierwszą rzeczą, jaką musiałem zrobić, był gorący prysznic, bo miałem delirkę. Mnie ze strachu po prostu tak trzęsło, bałem się tego dnia strasznie, ponieważ nie miałem kompletnie kontroli nad tym, co się wydarzy.
Świętej pamięci współtwórca Maratonu Pokoju, doktor Zbigniew Zaremba, kiedy się z nim spotykałem, mówił mi przed pierwszym maratonem: „Marek, się nic nie przejmuj. Strach jest do momentu, aż starter strzeli. Kiedy strzeli, oni pobiegną, więc potem nie masz żadnego wpływu — na to w ogóle nie ma czego się bać”. Tylko że oni jeszcze nie strzelili, a ja rano się budziłem, więc strach był przede mną cały czas.
Był to lęk i te pierwsze lata były strasznie trudne, bo nie było tam pieniędzy. Już nie mówię o zarabianiu, ale o pieniądzach potrzebnych, żeby to wszystko posklejać. Wszystko było tak trochę na wariackich papierach — wtedy jeszcze dało się tak zrobić. Czy teraz by się dało? Wątpię. Bez pieniędzy wiele rzeczy się nie uda. Wydaje mi się, że czasy są zupełnie inne.
WAD, które niewątpliwie mam, mam też w tym wszystkim, w całym projekcie, jedną zaletę — entuzjazm. Taki, który wynika z właściwych pobudek. Ten entuzjazm pozwolił w ciągu tych lat przyciągnąć do organizacji właściwych ludzi. Im więcej było tych właściwych osób, tym wszystko stawało się coraz bardziej stabilne, lepiej zorganizowane, bardziej przewidywalne, coraz lepsze, coraz bardziej rozkręcone i tak dalej.
Moja delirka się skończyła, bo ci ludzie zaczęli przejmować odpowiedzialność za poszczególne odcinki. Wszystko zaczęło nabierać sensu. Tak, ale strach był. Kończę swoją przydługą wypowiedź.
Greg Albrecht: To po ilu latach wyleczyłeś się z delirium? Ile czasu mniej więcej zajęło wyjście z tego stanu?
No, kurczę, wszystko było posklejane taśmą klejącą. Nie wiedzieliśmy nawet, czy ten kapiszon wystrzeli w pistolecie startowym.
Aż do momentu, w którym powiedziałeś: „No, wstanę rano, wypiję sobie kawę, a oni niech tam ogarną to w szyjadę. Ja tylko doglądam swoim okiem i niech to działa.”
Marek Tronina: Wiesz co, nie umiem dokładnie odpowiedzieć na to pytanie, kiedy przestałem mieć delirkę rano, ale pamiętam taki moment – to był 35. maraton, czyli 11 lat od startu.
To była meta na Stadionie Narodowym w 2013 roku. Stałem na płycie Stadionu Narodowego i powiedziałem sobie: właśnie tak to miało wyglądać. Tak sobie wyobrażałem ten bieg, że tak ma być. Cały Stadion Narodowy był obrendowany nami, wszystkim, co związane z imprezą. Na samym środku stała gigantyczna brama mety i właśnie tak to wyglądało, jak chciałem, żeby wyglądało.
Nie wyobrażałem sobie, że to tak będzie wyglądało, bo wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie Stadion Narodowy w 2002, ale mogło tak wyglądać. To była pewnie sytuacja, gdybym wtedy poprosił nieistniejący czat GPT, żeby wygenerował obraz tego, jak może wyglądać meta maratonu Baraszki za 10 lat, to pewnie to mógłby być jeden z tych obrazów.
I wtedy to był taki moment: no tak, udało się. To zajęło 10 lat.
Greg Albrecht: Nieźle. Powiedziałeś, że tym elementem, który cię napędzał i nadal napędza, są te dobre pobudki, jak to nazwałeś, czyli dobra motywacja. Wyobrażam sobie, że to właśnie one przeprowadziły cię przez momenty zwątpienia i potencjalne kryzysy różnej maści.
Pamiętasz jakiś taki kryzys, który prawie przekonał cię do tego, żeby być może zacząć hodować owce, zamiast organizować Maraton Warszawski? Czy było coś takiego?
Marek Tronina: W tej historii mieliśmy bardzo trudny moment. Ja osobiście przeżywałem trudności, ale również cała organizacja. Twój biznes jest tak duży, jak twoje umiejętności przywódcze — po prostu.
Wracając do Johna Maxwella: kiedy na wiosnę pojawił się równolegle drugi maraton w Warszawie, dysponujący niewspółmiernie większym budżetem — powiedziałbym nawet, że dziesięciokrotnie większym — miałem poczucie, że uczestniczymy w rywalizacji odbywającej się na kompletnie nieuczciwych zasadach. To był trudny moment, ponieważ straciłem trochę poczucie sensu tego, co robimy. Z drugiej strony nie potrafiłem znaleźć racjonalnej odpowiedzi na tę sytuację. Jednak chyba nie było innej racjonalnej odpowiedzi niż to, co zrobiliśmy. Patrząc teraz z perspektywy czasu, oznaczało to po prostu robić swoje.
Przetrwaliśmy ten trudny okres, który trwał chyba siedem lat.
Tak, do 2019 roku. Potem oczywiście przyszła pandemia, która dojechała nas przez kolejne trzy lata. W sumie wyszła więc dekada — a właściwie druga dekada.
To był naprawdę trudny moment, bo wszystko jakoś się finansowo spinało, ale w 2013 roku doszliśmy do poziomu ośmiu i pół tysiąca uczestników maratonu — w zasadzie osób, które ukończyły bieg. Dla mnie to jest kluczowa liczba.
Greg Albrecht: No właśnie, bo też to sprostowałeś na początku. Jest tak, jak mówiłeś przed nagraniem: istnieje różnica między osobami, które się zarejestrują, a tymi, które ukończą.
Marek Tronina: Stąd ta różnica też bez wstępu. Oczywiście, tak. Zgadza się, bo zarejestrowanych jest w tej chwili kilkanaście tysięcy.
To prawda. Natomiast my jesteśmy tacy — właśnie jesteśmy bardzo poprawni i prawilni, żeby tam niczego nie dać. Nie używamy liczb PR-owych, tylko staramy się trzymać faktów. Jesteś nienormalni. Więc dla nas zawsze ważne jest to, ile osób dotrze do mety maratonu. Po prostu.
No bo dopisać to można dowolną liczbę, jakby się uparł, tak. Ale nie przebiegniesz za nikogo maratonu. W 2013 roku było tam ponad 8,5 tysiąca na mecie. Myśmy naprawdę z roku na rok zwiększali tę liczbę i tak naprawdę byłem przekonany, że za chwilę ruszymy w Europę, że te 10 tysięcy to jest kolejny rok. A tymczasem musieliśmy się przez kolejną dekadę borykać z tym, żeby ta frekwencja nie spadła — bo ona spadła.
Dziś już wróciliśmy, ale jeszcze do zeszłego roku nie wróciliśmy do tej frekwencji, choć udało się ją w miarę ustabilizować. Kiedy przez lata, przez dekadę się rozwijasz — i to nie tylko w sensie, że masz coraz więcej osób, ale po prostu rozwijasz się organizacyjnie, czujesz to, ty się rozwijasz, to wszystko — i zaczynasz za każdym razem lepiej wyglądać, jesteś podawany jako przykład, a nagle wszystko to przestaje działać, to zastanawiasz się: „Kurde, co z tym można zrobić?” I jak nie masz pomysłu, zaczynasz się frustrować.
W ogóle nie mieliśmy pomysłu. Na szczęście potem była pandemia — mówię „na szczęście” z pewnym przekonaniem, bo wiele rzeczy się zmieniło na dobre dzięki pandemii. Od pandemii notujemy eksplozję. Podoba mi się to.
Greg Albrecht: Co powiedziałeś, jest to bardzo nietypowe. Na szczęście była pandemia, ponieważ wiele się zmieniło. Co się zmieniło od czasu pandemii i dlaczego uważasz to za szczęście?
Marek Tronina: No bo pandemia była resetem. Znaczy, mogła być, jeśli ktoś tego chciał. Ktoś zdecydował, że to będzie dla niego reset.
Po pierwsze, po drugie — pojawiło się wiele rzeczy, pojawiło się nowe pokolenie. Tam, oczywiście, pandemia trwała, nie wiem, ze dwa lata czy jakoś tak. Ale mimo wszystko weszło w grę zupełnie nowe pokolenie, które wynikało nie tylko z tego, że te dwa lata minęły, ale też ze zmiany zachowań i nawyków ludzkich. Wiele osób zaczęło szukać w aktywności fizycznej, którą na jakiś czas im odebrano, sposobu na radzenie sobie z różnymi problemami psychicznymi przede wszystkim.
Problemy psychiczne są chyba największym problemem współczesności albo jednym z nich. I wiele osób w aktywności fizycznej, a więc i w bieganiu, zaczęło szukać dla siebie rozwiązania, ujścia. Impreza, która przetrwała pandemię do tego stopnia, że potrafiła się w tym czasie zorganizować — mówię to z dumą, powtarzam — Maraton Warszawski odbył się zarówno w stanie wojennym, jak i w 2020 roku, w samym centrum COVID-u. Jeśli ktoś ma lepszą historię, to zapraszam, możemy porównać.
To jest jakiś benchmark. Jesteś wtedy imprezą, o której ludzie myślą: „Wow, to jest coś!”. Myśmy odzyskali wigor. I jeszcze jedna ważna rzecz — wrócę teraz do tych właściwych powodów.
Pandemia sprawiła, że przestał być organizowany wiosenny maraton, a nasz pozostał. I to jest odpowiedź na moje pytanie, a właściwie na tę kwestię: co to są te właściwe powody? Bo jeśli robisz coś z powodów, które — to jest moje prywatne zdanie, mogę się mylić, ale to jest moje naiwne, prywatne, idealistyczne zdanie — sprawiają, że ludzie chcieliby tam być, bo czują, że to jest dobre miejsce, to oni z tobą będą, nawet jeśli będzie tam mniej pieniędzy. Ale jeśli robisz coś z powodów tylko i wyłącznie merkantylnych, to ci ludzie są tam tak długo, jak długo są pieniądze. Nie ma pieniędzy — ludzie znikną, bo to był ich powód. I to był ich, jak się okazuje, niewłaściwy powód.
No i teraz jesteśmy w tym punkcie, gdzie jesteśmy. To bardzo dużo dobrych rzeczy zaczęło się w czasie pandemii.
Greg Albrecht: Ten trend na bieganie widać gołym okiem, zarówno na świecie, jak i w Polsce. Widać to po liczbie osób, które biegają. Osobiście również jestem zarażony tą „chorobą” i jestem z tego dumny.
Jak zmieniły się liczby i trendy w ostatnim okresie? Mówiłeś, że u was był wzrost, potem nastąpiła korekta, a teraz wróciliście do poprzedniego poziomu. Czy liczba biegaczy w ogóle się zwiększyła? Chodzi mi nie tylko o maratony, ale także o prostsze, bardziej egalitarne dystanse — takie, które można przebiec niemal od razu, wstając z kanapy. Piątkę można przebiec, nawet nie będąc wcześniej przygotowanym. Taka jest prawda.
W miarę, tak — albo przejść i przeżyć. To daje fajną szansę, aby zaobserwować w szerszym kontekście liczby i zmiany w nastawieniu do biegania, zwłaszcza jeśli chodzi o podejście ilościowe. Jak to odbierasz? Czy są dostępne twarde dane na ten temat?
Marek Tronina: Ogólnie obserwujemy wzrosty. Te wzrosty dotyczą całego świata zachodniego, tak go nazwijmy. Biegi na wszelkich dystansach wyprzedają się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Przykładem jest nasz wiosenny półmaraton.
W tym roku mieliśmy 16,5 tysiąca miejsc. Zniknęły, nie było już dostępnych miejsc. Zniknęły w tym sensie, że wyprzedały się na trzy tygodnie przed imprezą. Myślę, że gdybyśmy mieli jeszcze ze dwa tysiące miejsc, też by się pewnie sprzedały. Półmaraton w Kopenhadze na przyszły rok miał 30 tysięcy miejsc. Zapisy trwały dwie godziny i się skończyły — nie było już wolnych miejsc. Maraton londyński na przyszły rok oferuje 60 tysięcy miejsc.
Do losowania. Tam jest losowanie, ponieważ zgłosiło się milion sto tysięcy osób. Oczywiście to są maratony, tak, czy półmaratony, ale to również przekłada się na inne dystanse. Generalnie czytałem takie informacje, dane amerykańskie, że dla wielu osób zapisanie się do klubu biegowego — nie w sensie zawodowym, ale takim towarzyskim, gdzie się biega rekreacyjnie — stało się odskocznią czy aktywnością, która zastąpiła ich dotychczasowe spotykanie się w barze.
Ludzie piją mniej alkoholu. Oczywiście kultura „małpek” może tego nie potwierdzać w Żabce, ale generalnie ludzie piją na przykład mniej alkoholu. Dlaczego? Pewnie są bardziej świadomi tego. Może mają też przyczyny ekonomiczne, nie wiem, ale z drugiej strony wydaje mi się, że to jest pozytywny aspekt — ludzie coraz bardziej zdają sobie sprawę z tego i potrafią odróżnić dobre rzeczy od złych rzeczy dla nich po prostu. W tym kontekście znajduje się również kultura fizyczna.
Greg Albrecht: Dlaczego macie tyle konkretnie miejsc, a nie więcej miejsc, na przykład na ten półmaraton? Jak to się planuje i strukturyzuje? To znaczy, czy jest jakiś limit, który jako organizatorzy musicie zadeklarować, zgłaszając, że taka impreza będzie miała miejsce?
Bardzo mnie to ciekawi, bo na przykład widzę, jak pęcznieją te Majorsy, czyli te największe maratony, i tam się prześcigają, że tu było pod 50 tysięcy, a pewnie w przyszłym roku już ktoś przełamie, bo chyba 50, a nie — przełamali chyba 50.
Marek Tronina: Londyn – 56 tysięcy w tym roku. Są też Paryż, chyba tam było około 50 osób różnicy.
Greg Albrecht: Tak, 50 ileś, tak więc to niesamowicie rośnie. No i jest pytanie: czy jest jakaś maksymalna wyporność?
Czy z perspektywy organizatorów to dla was jest jakaś decyzja, którą musicie podjąć wcześniej, czy możecie dodrukować dwa tysiące numerów?
Marek Tronina: Kiedyś, przy mniejszej skali, oczywiście można było dodrukować, tak, i tam jeszcze 200, no to 200 to dodrukujemy. Tylko że to było przy mniejszej skali. Natomiast, gdy masz kilkanaście tysięcy osób albo kilkadziesiąt tysięcy, musisz już myśleć w innej skali. Na przykład, dlaczego limit na półmaratonie w tym roku wynosił 16,5 tysiąca? Z prostej przyczyny — nie wiedzieliśmy, jak zachowa się start, znaczy strefa startu, bo start półmaratonu mamy na Moście Poniatowskiego, który jest niezbyt szeroki. A 16,5 tysiąca ludzi to jest masa osób.
Start był już tak naprawdę przy tych wieżyczkach, które rozpoczynają Most Poniatowskiego, czyli już na samej górze. Potem ten strumień ludzi schodził w dół wzdłuż Stadionu Narodowego, owijał się tam, wchodził w zakręt przy Stadionie Narodowym i gdzieś tam, na drugim końcu Stadionu Narodowego, się kończył. Tak to wygląda w praktyce.
Nie wiedzieliśmy, czy jeszcze dwa tysiące ludzi to coś, co jesteśmy w stanie udźwignąć. Nie byliśmy pewni, czy ten start udźwignie 16,5 tysiąca osób. Zależało nam też na tym, żeby ten start zachować w tym miejscu z różnych powodów. Czy to jest do zatrzymania na dłuższą metę — tego nie wiem. Zastanawiamy się, co zrobić w przyszłym roku. To będzie dwudziesty półmaraton, więc na pewno potrzebujemy więcej miejsc, bo na jubileusz ludzie zlatują się, jakby tam sprzedawali świeże, ciepłe bułeczki. I bardzo słusznie, bo to jest wyjątkowe wydarzenie również dla nas.
Musimy to przemyśleć, jak to zrobić jakościowo, bo dla nas jedną z absolutnie kluczowych rzeczy jest to, żeby ci, którzy uczestniczą, wyjechali do domu z przekonaniem, że byli na bardzo dobrze zorganizowanej imprezie. Co do największych imprez — myślę, że gdyby Londyn mógł udźwignąć milion biegaczy, to by to zrobił. W Göteborgu jest półmaraton, w którym startuje chyba 50 czy 55 tysięcy ludzi.
Półmaraton. Kiedyś w Indiach chyba odbył się bieg na 10 kilometrów, w którym startowało 80 tysięcy ludzi. W ogóle sobie tego nie wyobrażam, bo pewnie biegli cały dzień.
Jak można sobie wyobrazić 80 tysięcy ludzi? To nie jest jakieś niewiadome zgromadzenie. To dużo, ale ci ludzie się przemieszczają i to jest problem, bo masz przepustowość bramy startowej, potem ulicę, która jest jak łańcuch — jego najsłabszym ogniwem. Trasa jest tak szeroka, jak jej najwęższe miejsce.
To jest na przykład tak jak w wioślarstwie. Teraz mamy na maratonie dwa kilometry za startem dość wąskie miejsce i musimy się zastanowić, jak to tam zrobić, żeby nie było z tym problemu. Potem jest oczywiście meta oraz punkty po drodze, na których wydawane są napoje. Te punkty w tej chwili u nas mają już po kilkaset metrów.
Po kilkaset metrów, a na maratonie tych punktów jest 15. Człowiek podbiega do pierwszego stołu i mówi: „Nie ma wody. Kurde, zabrakło wody.” No, zabrakło na pierwszym, ale jest jeszcze 29 stołów. To podejdź do drugiego, do trzeciego. Tylko ludzie są w takim omamieniu, trochę w szale. To są wszystkie te rzeczy, z których trzeba sobie zdać sprawę — jak gigantyczna logistycznie jest to skala.
Z całą pokorą w stosunku do maratonów w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku, gdzie startuje 50–60 tysięcy ludzi, już przy 10 tysiącach to jest dużo, naprawdę. Dziesięć tysięcy ludzi przemieszczających się po mieście, którzy przyjeżdżają po to, żeby przeżyć coś niezwykłego. I nie możesz im zepsuć prostym błędem tego czegoś niezwykłego. Nie możesz zawieść ich oczekiwań.
Greg Albrecht: Tak, to jest coś, co czuć również z drugiej perspektywy. Jako biegacz brałem udział w kilku największych maratonach i byłem zaskoczony, że pewne rzeczy nie działają tak idealnie, jakby się oczekiwało, a są to przecież wybrane, najlepsze maratony na świecie.
To pokazuje, jaka jest trudność organizacji takich imprez. Oczywiście główne wyzwanie z perspektywy biegacza to strefa rozgrzewki przed startem, zwłaszcza przy tak dużej skali wydarzenia. Na przykład ostatnio, gdy biegłem w Bostonie, musieliśmy być na miejscu dosłownie trzy godziny przed startem i nie było nawet miejsca, żeby utworzyć kółko, gdzie można byłoby się rozbiegać. Ja startowałem w szybkiej strefie, na czas poniżej trzech godzin, i de facto nie miałem gdzie się rozgrzać.
Bardzo ciekawe jest to, że mimo posiadania wszystkiego, co jest możliwe do zorganizowania, pojawiają się klasyczne wyzwania logistyczne, takie jak toalety przenośne. Nie ma takiej liczby toi-toi, która obsłużyłaby 50 tysięcy osób, i zawsze tworzą się kolejki, niezależnie od tego, jak dobrze zorganizowany jest maraton. Mogę sobie wyobrazić, że są takie punkty krytyczne, ale z drugiej strony to ciekawe wyzwania. Jeśli uda się je przełamać, można naprawdę dobrze konkurować na rynku międzynarodowym, bo ktoś powie: „Doświadczyłem czegoś, czego nigdzie indziej na świecie nie doświadczyłem, będąc na największych maratonach.”
Marek Tronina: No tak, oczywiście, bo to nie jest tak, że o tym, czy maraton jest bardzo dobry, dobry, średni czy słaby, decyduje tylko i wyłącznie liczba startujących osób. To jest nieprawda, bo to tak nie działa.
Oczywiście liczby działają na wyobraźnię, to jest oczywiste. Największe maratony świata — największy maraton świata, tak. Ale ja nie wiem, czy w Warszawie jesteśmy w stanie technicznie zorganizować maraton na więcej niż 20 tysięcy osób, nie tracąc równocześnie tego, co w tej chwili jesteśmy w stanie zaoferować. Czyli takiej lokalizacji startu i mety, jaką oferujemy — w najbardziej centralnym miejscu, tak, najbardziej. Nie da się, no, przy skrzyżowaniu dwóch linii metra w Warszawie.
50 metrów od tego punktu jest linia startu i mety, czyli idealny dojazd. I jeszcze parę innych rzeczy, już mniejszych, o które chodzi. Każdy ma pewne swoje ograniczenia.
Kiedyś, nie tak dawno, rozmawiałem zresztą z dyrektorem maratonu w Atenach i pytałem go, bo on tam w tej chwili ma 17 tysięcy osób. Pytam go, ile myślisz, że mógłbyś mieć w tym roku, w przyszłym? On mówi: „Marek, ja już nie mogę mieć więcej. Ja tych wszystkich ludzi muszę zawieźć autokarami na start do wioski maratonu. Mam 17 tysięcy ludzi do przywiezienia. Ja nie jestem w stanie już więcej autokarów wynająć.” On już, on już, on już nie będzie większy, bo osiągnął swój limit.
Po prostu. I pewnie chciałby mieć 30 tysięcy, tylko co z tego? Jest ograniczony możliwościami technicznymi. Więc każdy działa w obrębie swoich ograniczeń.
Greg Albrecht: Powiem też z perspektywy doświadczenia, że to, iż coś jest największe, wcale nie oznacza, że doświadczenie jest największe również. To znaczy, że pewnego rodzaju elitarność czy unikalny styl danego maratonu, a także miejsce, decydują o tym, że to doświadczenie jest wyjątkowe i fajne.
I właśnie to sprowadza mnie do pytania: co dzisiaj stanowi o wyjątkowości maratonu warszawskiego w szerszym ujęciu niż tylko Polska? W Polsce można powiedzieć, że jest to kultowy, fajny maraton — nie porównując go tu z innymi, które odbywają się w kraju. Ale na arenie regionalnej lub międzynarodowej, dlaczego uczestnicy powinni wziąć udział w maratonie warszawskim?
Jak o tym myślicie z perspektywy organizacyjnej czy marketingowej? Czy w ogóle trzeba o tym myśleć, czy może, jak powiedziałeś, po prostu robicie swoje, a ludzie i tak przyjdą?
Marek Tronina: Nie, robienie swojego nie oznacza nie zastanawiania się nad tym, co się robi. Zdaje mi się, że rzeczą, którą u nas najbardziej da się odczuć, jest olbrzymia gościnność i ogromna troska o tych, którzy przyjechali. Taką mam nadzieję, bo od tego się zaczyna.
Wydaje mi się, że dla człowieka osobiste doświadczenie kontaktu z innym człowiekiem jest jednak bardzo ważne. Ci wszyscy, którzy tu przyjeżdżają, oczywiście są zdumieni tym, jakim miastem jest Warszawa.
Powtarzam już do znudzenia, ale fakt, że tu jest tak czysto, jest dla nich nie do pojęcia, nie do wyobrażenia. Są zdumieni, że jest tak zielono, że to jest tak nowoczesne miasto. Gdybyśmy mieli startować w takim wyścigu pod tym względem z innymi miastami — nie mówię o Londynie, bo to inna konkurencja, stolice świata — nie umieszczam ich w tym samym worku. Berlin może nie, ale Londyn i Nowy Jork to stolice świata, więc tam się nie będziemy z nimi ścigać. Natomiast z innymi, większymi miastami europejskimi, gdyby tak zabrać ludzi na reprezentatywną wycieczkę do, nie wiem, Madrytu, Wiednia, Warszawy czy Kopenhagi, to nie wiem, czy Warszawa uzyskałaby niższe oceny jako miasto niż którakolwiek z tych miejsc.
Oczywiście, jeśli jesteś Polakiem, wyjazd do Madrytu zawsze będzie bardziej ekscytujący niż wyjazd do Warszawy. No, już się przyzwyczajmy. Ale dla Hiszpana wyjazd do Warszawy będzie bardziej ekscytujący niż do Madrytu. To też jest oczywiste, więc ten element się tutaj znosi.
Kurczę, ja wyleczyłem się właśnie z tego poczucia — jednej z rzeczy, która się zmienia — z kompleksów, że jednak jesteśmy z Europy Wschodniej. Tam nie jesteśmy z Europy Wschodniej. Naprawdę nieraz zauważyłem, że pod względem kreatywności, skuteczności działania i jakości wyprzedzamy innych. To oni mogą iść za nami, a nie my za nimi. Naprawdę. Mówię to trochę z dystansem, trochę z przekorą, ale tak jest. Naprawdę.
Greg Albrecht: Super. Czy to jest biznes dzisiaj? Bo powiedziałeś na początku, że już nie chodzi o to, czy na tym się da zarabiać, ale w ogóle, czy da się to zorganizować. Czyli krótko mówiąc, jak to posklejać, żeby to się wydarzyło.
Przeszliście przez falę spadkową, potem wznoszącą. Dzisiaj, jak na to patrzysz, tak zdroworozsądkowo, jakbyś przyszedł, bo inwestor powiedział: „Hmm, chciałbym zainwestować w takie przedsięwzięcie sportowe” i patrzę sobie na różne, i jest coś takiego jak organizacja biegów ulicznych. To czy to faktycznie ma rację bytu taką biznesową, czyli bez tej idei, miałoby to sens jako takie przedsięwzięcie?
Jak to postrzegasz dzisiaj, jeżeli chodzi o tę skalę i taką efektywność działania?
Marek Tronina: Mogę mówić tylko i wyłącznie za siebie. W przypadku Fundacji Maraton Warszawski jest to projekt, który absolutnie spina się biznesowo. Mówię to, ponieważ zaznaczenie, które zrobiłem na początku, jest bardzo ważne — bardzo istotny jest punkt odniesienia, a nim zawsze są warunki, w jakich działasz.
Nie wiem, czy gdybym ja na przykład został postawiony przed zadaniem zorganizowania przywrócenia maratonu we Wrocławiu, którego nie ma — był przez lata, a teraz już go nie ma — to czy byłby to projekt, który spinałby się biznesowo. Nie wiem, musiałbym się naprawdę poważnie nad tym zastanowić, ponieważ w ogóle tego nie robiłem. Podałem taki przykład, bo on istnieje.
W przypadku tego, co my robimy…
No tak.
Marek Tronina: To się spina biznesowo, zresztą nie mamy innego wyjścia. Jesteśmy podmiotem rynkowym praktycznie takim samym jak każdy inny i jeśli na końcu roku nie będzie różnicy między przychodami a kosztami na plusie, to po prostu trzeba będzie do tego dołożyć i tyle.
To wymagało oczywiście stworzenia pewnej kultury organizacyjnej, schematu, całej masy… Wymagało 25 lat, może tak, wymagało 25 lat, żeby dojść do tego punktu. Ale tak, na tym da się zarabiać.
Mówię to, nie wiem, czy z satysfakcją. Mówię to, bo tak jest, po prostu. Chociaż przyznam, że po tym pierwszym maratonie w 2002 roku, kiedy wszystko się już skończyło, wiedziałem, że chcę to robić. I nie wiem dlaczego, ale wiedziałem, że żeby to robić, trzeba to robić zawodowo. Znaczy, że trzeba się z tego utrzymywać, że inaczej się tego nie da zrobić.
Greg Albrecht: Myślę, że o to mi też chodziło. Chciałem zrozumieć, na ile to ma takie właśnie uwarunkowanie rynkowe. Jak myślisz, dlaczego to działa? Poza tym, że to jest dobry projekt, czyli on działa z perspektywy tego, że uczestnicy są, przychodzą, biorą udział, to rozumiem, że takim ważnym elementem też tej struktury przychodowej są partnerzy biznesowi.
Bo to nie jest tak, że z tych wejściówek po 130 zł, czy ile teraz kosztuje maraton — ale tego rzędu pewnie kwota, czy 200 zł — buduje się cały ten budżet. Ci partnerzy biznesowi są takim ważnym elementem tej układanki.
Jakie są takie najfajniejsze doświadczenia właśnie z pracy z partnerami biznesowymi? Co takiego ciekawego się wydarzyło? Czy kreujecie jakieś nowe pomysły, nowe formaty? Jak ta współpraca ewoluowała przez te lata i co takiego ciekawego się wytwarza, co mogłoby być inspiracją także dla innych ludzi w biznesie?
Każdy partner to jest trochę…
Marek Tronina: To jest przede wszystkim trochę inna potrzeba, bo też jest inny powód. Trzeba go poznać, żeby znaleźć do niego odpowiedni klucz.
To się oczywiście najczęściej odbywa już na etapie, nazwijmy to, negocjowania umowy, czy ustalania zasad współpracy. Druga strona musi powiedzieć: „Tak, to jest dla mnie projekt”. Oczywiście teraz jest już trochę łatwiej, bo my też operujemy olbrzymimi liczbami. Zwroty, które otrzymują sponsorzy, bądź to w ekwiwalentach reklamowych, bądź to bezpośrednio sprzedażowych, są bardzo duże. Niektórzy mają z tego generalnie bardzo dobry przychód z obecności na imprezie.
Są one olbrzymie. My generujemy kilkudziesięciomilionowe zwroty dla naszych sponsorów w niektórych przypadkach. Niedawno, na nasze zlecenie, Akademia Leona Koźmińskiego przeprowadziła analizę wpływu ekonomicznego maratonu i półmaratonu warszawskiego. Będziemy niedługo ujawniać te wyniki. W skali roku to są górne kilkadziesiąt milionów złotych. To jest już taka skala, z którą trudno dyskutować.
To jest kwestia, czy to jest zgodne z twoją potrzebą biznesową albo z twoim kierunkiem komunikacyjnym. Natomiast często jest tak, że rzeczywiście trzeba dla konkretnego sponsora wymyślać wszystko od początku albo zaproponować mu coś konkretnego od początku. Na przykład, jeśli taki nacjonalny Nederlanden chce zbudować swój wizerunek jako podmiot, który jest blisko ludzi i wspiera ich w dążeniu do zdrowia, bo jest ubezpieczycielem i zależy mu na tym, żeby ludzie byli zdrowi, to nie ma wielkiej filozofii. My tu jesteśmy.
Zapraszamy. To jest kwestia tylko, jak ułożyć tę obecność na imprezie czy przed imprezą w komunikacji. To jest pewnie kwestia wspólnych decyzji.
Są też takie projekty, które wymyślamy specjalnie pod sponsora. Kiedyś był wyścig Volvo, nie wiem, czy pamiętasz coś takiego. Mieliśmy samochód marki Volvo jako główną nagrodę. Kobiety startowały wcześniej z odpowiednim handicapem przed mężczyznami i był wyścig. Kto pierwszy dotrze do mety?
Jeśli kobieta, to ona wygrywa samochód. Jeśli mężczyzna, to mężczyzna. To były fajne rzeczy. W takich relacjach dzieją się spektakularne rzeczy. Bardzo fajną, kreatywną współpracę mieliśmy też z polskimi liniami lotniczymi LOT. Każdy ma swój pomysł, każdemu możemy skroić coś pod jego potrzeby.
Projekty, które organizujemy w ramach maratonu, nie tylko maratonu, ale ogólnie tego, co robimy, jest coraz więcej. Czasami to są mikroprojekty, czasami całkiem spore. Dla każdego można znaleźć w tej przestrzeni coś fajnego.
Na przykład w tym roku uruchamiamy przy maratonie trzy nowe elementy, których wcześniej nie było. Trochę się tego boję, bo to są jednak trzy nowe elementy. Nie są one związane z samym biegiem jako takim, tylko z weekendem maratonu. Robimy je po raz pierwszy.
Greg Albrecht: Ale możesz powiedzieć, co to takiego jest?
Marek Tronina: Tak, mogę powiedzieć, bo to chyba jeszcze nie jest tajemnica. Po raz pierwszy w tym roku organizujemy takie warsztaty praktyczne dla organizatorów innych biegów, z udziałem zagranicznych gości. Przyjeżdżają m.in. nowa, wspaniała dyrektor maratonu w Atenach oraz dyrektor maratonu w Rzymie jako prelegenci. Ktoś przyjeżdża z Amsterdamu, ktoś z Francji i robimy po prostu warsztaty.
Warsztaty trwają pół dnia w piątek i pół dnia w sobotę, połączone są także z takim turem po zapleczu maratonu, aby zobaczyć, jakie różne rozwiązania stosujemy tutaj. Chcemy po prostu zebrać trochę networkingu, stworzyć ludziom możliwość popracowania nad gotowymi rozwiązaniami dla siebie. Nazwaliśmy to „Od przeciętności do wielkości”, ponieważ mimo że te biegi się rozwijają, wiele osób ma poczucie, że mogłoby być o wiele bardziej do przodu, ale coś ich zatrzymuje i nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje. My chcielibyśmy pomóc im znaleźć ten powód i sposób na obejście tej przeszkody. Właśnie temu służą te warsztaty.
To jest jeden projekt. Drugi projekt to zakończenie maratonu. W tym roku po raz pierwszy planujemy zakończyć maraton nie około godziny 15, kiedy kończy ostatni zawodnik lub zawodniczka, ale wieczorem. Jeszcze nie mamy wszystkich zgód, dlatego dopiero się przymierzamy do zorganizowania Wieczoru Mistrzów, czyli oficjalnego zakończenia, podczas którego odbędą się oficjalne dekoracje najlepszych zawodników. Równocześnie zaprosimy wszystkich, którzy biegli tego dnia w maratonie, aby przyszli z medalami nad Wisłę i wspólnie się tam pobawili wieczorem.
Super! No i także po raz pierwszy w tym roku organizujemy coś nowego. Jak biegasz, to wiesz, że na prawie każdym maratonie jest pasta party, ale przecież pasta to włoski produkt. My nie jesteśmy krajem pasty, chyba że pasty do butów. Jesteśmy krajem pierogów, dlatego w tym roku organizujemy po raz pierwszy pierogi party zamiast pasta party.
Greg Albrecht: Wow! A z czym będą te pierogi?
Marek Tronina: No różne będą, bo zaprosiliśmy do współpracy Koła Gospodyń Wiejskich z całego Mazowsza, które będą przygotowywały nie tylko pierogi, ale również inne potrawy regionalne.
W sobotę od godziny 12 na nowym placu Defilad, pod Pałacem Kultury, odbędzie się wielkie pierogi party.
Greg Albrecht: Super. Słyszę, że to, co cię również napędza w tym projekcie, to fakt, że chociaż działa się w nim od ponad 20 lat, to cały czas pojawia się coś nowego. Coś, czym można jeszcze zaskoczyć siebie i uczestników.
Czy to jest jeden z motorów napędowych, który trzyma cię w tym projekcie? Że tam cały czas istnieje przestrzeń do rozwoju?
Marek Tronina: Moją najsilniejszą bronią jest chyba, obok takiej pasji, którą potrafię w sobie wygenerować do czegoś nowego, olbrzymia kreatywność. Mnie się udało – oprócz tego, że zbudowałem ten zespół – również sprawić, że ten zespół kapitalnie uzupełnia mój kompletny brak umiejętności organizowania eventu. Ja nie lubię organizować eventów, przysięgam, nie lubię, naprawdę. Mówię to absolutnie poważnie.
Nie lubię i nie umiem. Ja się gubię w drobiazgach, ale jestem dobry w wymyślaniu fajnych rzeczy i zarażaniu tym pomysłem kogoś, komu powiem: „A teraz to zrób”. Jak już ci się to tak podoba, to zrób to. Trochę żartuję, ale nie do końca, bo to sprawia przede wszystkim, że mamy coraz więcej roboty. Z każdą taką imprezą musimy sobie poradzić, bo tych pomysłów jest za każdym razem strasznie dużo, ale dzięki temu te imprezy rosną coraz bardziej.
No nie, no z tymi pierogami to tak wymyśliliśmy: kurczę, musi mieć jakiś znak rozpoznawczy. Polska to jest przecież gastronomia, my słyniemy z dobrej kuchni, a najbardziej znanym produktem polskim na świecie, no może obok kiełbasy, są pierogi.
Greg Albrecht: No, idealne węglowodany przedstartowe, w czystej formie.
Marek Tronina: Byle tylko tłuszczem nie zalane, prawda?
Greg Albrecht: No tak, tak, dlatego pytam o farsz, bo nie wiem, czy po każdym farszu chciałbym biegać, ale po niektórych myślę, że idealnie. Będzie wybór. Super, super pomysł.
Rozmawialiśmy o bieganiu jako sposobie na radzenie sobie z wyzwaniami o charakterze psychologicznym. Czy uważasz, z tej perspektywy czasu i doświadczeń, obserwacji – czasem amatorów, czasem osób, które w ogóle nie mają pojęcia o bieganiu, ale się zapiszą – że to bieganie naprawdę jest dla każdego?
Marek Tronina: A dlaczego nie? Chodzenie jest dla każdego, bo każdy musi chodzić.
A od chodzenia do biegania jest tylko krok. Zaczniesz wychodzić regularnie — nie mówię codziennie, ale regularnie — na coraz szybsze spacery, to w pewnym momencie nogi same zaczną cię nieść do przodu. Nie muszą, ale to jest twój wybór.
Myślę, że tak. Myślę, że bieganie jest dla każdego. Nie mówię o udziale w imprezach czy starcie w maratonie — to w ogóle nie o tym mówimy — ale o tym, żeby sobie…
Po prostu potruchtać. Czemu nie? To jest tak, to jest dla każdego. Jestem tego pewien.
Greg Albrecht: No, to jakbyś… Ja jestem w 100% z tobą w tej odpowiedzi, ale po prostu tak sobie wyobrażam, że masz już wiele ciekawych doświadczeń, dużo więcej niż ja, w rozmowach z ludźmi, którzy na przykład uważają, że to nie jest dla nich z jakiegoś powodu. Tak, mają jakieś przekonania związane z tym, że albo to nie jest wcale takie zdrowe — słyszałem dużo takich historii — albo uważają, że to jest nudne czy beznadziejne.
Jakby wiele osób znajduje powody, żeby nie próbować, i ja też nie chciałbym indoktrynować, że każdy musi biegać, bo to jest zabawne i trąci sektą. Raczej moją intencją jest powiedzenie, jakie są argumenty, które ty słyszysz, że ludzie mają jakiś opór przed tym, i co przełamuje ten opór.
Powiedziałeś pięknie o tym przejściu od chodzenia do biegania. Czy jest coś jeszcze takiego, co przychodzi ci do głowy? Wiesz co…
Marek Tronina: Ja nie czuję potrzeby namawiania kogokolwiek do czegokolwiek, bo to jest w ogóle bez sensu. To jakby… Ja mogę powiedzieć: „Słuchaj, przyjdź na imprezę, zobacz”.
Nie musisz nawet.
Marek Tronina: Znaczy, nie chodzi o to, żeby biegać, tylko po prostu przyjdź na imprezę, zobacz, jak się dobrze czujesz. Potem pomyśl, może się zastanów, dlaczego się dobrze czujesz. Może przyjdziesz za rok, a może powiesz sobie: „Kurde, jak oni tak biegną, to ja bym też tak mógł”.
Mnie się wydaje, że warto inspirować generalnie ludzi do tego, żeby robili rzeczy, które są dla nich fajne, dobre i trochę zmieniają ich postrzeganie świata. I to nie jest bieganie dla każdego pod tym względem. To, że bieganie jest dla każdego, nie znaczy, że każdy się w nim zakocha. Jestem jak najbardziej daleki od takiego stwierdzenia. Fizycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby biegał każdy, oczywiście z jakimiś ograniczeniami zdrowotnymi. Ale to jak z wyprawami w góry — to są piękne rzeczy, tylko czemu nie wszyscy wyjeżdżają w góry?
To jest tanie. To jest jedna z najprostszych form aktywności. Tak chodzisz tam, weźmiesz sobie prowiant. Wiele osób mówi: „Bo mi się nudzi w czasie biegania”.
Kiedyś nie wiedziałem, co na to powiedzieć, a teraz nawiążę do tych gór. Jedziesz w góry i oglądasz piękne widoki, idziesz tam przez sześć godzin — czy ci się nudzi, czy nie? Bo jeszcze nie słyszałem stwierdzenia: „Ja nie pojadę na wycieczkę w góry, bo bym się nudził”. A jak masz biegać pół godziny, to niby zdążysz się znudzić przez te trzydzieści minut? To jest zupełna bzdura. To są takie powody, dla których ludzie uzasadniają swoją nieumiejętność wykonania albo niechęć do wykonania pierwszego kroku, albo że będą głupio wyglądać.
Okej. I ja absolutnie tego w żaden sposób nie krytykuję, nie potępiam, bo rozumiem to. Sam mam takie rzeczy, które chciałbym zacząć robić i cały czas bym chciał je zacząć, ale jeszcze nie zacząłem. Mam takie rzeczy.
Myślę, że każdy w jakimś stopniu je ma. Ale wydaje mi się, że teraz, patrząc trochę z naszej warszawskiej perspektywy, udało nam się zrobić fajną rzecz. Zbudowaliśmy wokół tych imprez na tyle dobrą atmosferę, że mówię z coraz większą pewnością, że miasto — nie biegacze w Warszawie, nie urząd, tylko miasto — zaczyna czekać na maraton. Liczba legendarnych narzekaczy zaczyna być marginalna, a ludzie po prostu wychodzą na ulicę, bo biegnie maraton warszawski. I oni zaczynają być, nie wiem, czy już z tego dumni, ale widzą w tym coś fajnego, i to mnie bardzo cieszy.
Moim marzeniem jest to, żeby wszyscy, którzy przyjeżdżają na maraton do Warszawy, mieli poczucie, że są tu gośćmi. Że to nie ja czekam, nie zespół fundacji na nich czeka, nie ci policjanci na skrzyżowaniach na nich czekają, tylko miasto na nich czeka. Warszawa na nich czeka.
Kiedyś opublikowałem u siebie na jakimś profilu, pewnie facebookowym, zdjęcie — chyba z Nowego Jorku — na którym stoi kibic przy trasie maratonu i trzyma tablicę z napisem po angielsku: „Pozdrawiam cię serdecznie, nieznajomy biegaczu”. To dla mnie symbol. Myślę, że jesteśmy bardzo blisko tego punktu, w którym całe miasto będzie serdecznie pozdrawiać nieznajomych biegaczy.
Greg Albrecht: Normalnie mam ciary, jak to mówisz. Przypominam sobie też swoje doświadczenia z takich maratonów, w których brałem udział, i to naprawdę było czuć.
Jest to niewiarygodne, że po prostu ludzie traktują to jako pewnego rodzaju święto, które jest w kalendarzu i w którym po prostu chcą partycypować. Jest to forma solidarności, rozrywki, wspólnego spędzenia czasu oraz przełamania codzienności.
Jest mnóstwo motywatorów takich, które…
Marek Tronina: I też docenienia tych ludzi, zrozumienia, że w życiu czasami robisz rzeczy, które nie przekładają się na pieniądze, na jakiś taki wymierny zysk.
Nie zawsze mają jakiś sens, ale są warte tego, żeby je zrobić. Ten człowiek, który przyjechał na ten maraton, nawet jeśli przyjechał tylko z sąsiedniej dzielnicy, nie znalazł się tam przypadkiem. Pokonał drogę, która zaprowadziła go na start tego maratonu. Teraz pozostał mu tylko do pokonania ostatni odcinek.
Już tylko te 42 kilometry. I może, kurde, jeśli ja mu pomogę jednym ciepłym słowem, uśmiechem albo czymkolwiek, to jemu będzie o ten kawałek łatwiej. I to jest budowanie tej wspólnoty — wspólnoty, która polega na tym, że to jest empatia.
To jest empatia, za którą nie stoi żadna korzyść dla ciebie, tego widza. Bo ty nawet nie wiesz, czy on ukończy. Może zejdzie za zakrętem. Ale kurde, fajnie, że on biegł. Fajnie, że on biegł. Na to czekam.
Greg Albrecht: No to jest świetne doświadczenie dla biegaczy, bo to tak samo ładuje każdą osobę, która ma tę historię, jak to pięknie przedstawiłeś.
Bo jak ktoś mnie pyta, czy przebiegnięcie maratonu jest trudne, to moja perspektywa jest taka: nie, jeśli jesteś przygotowany.
Marek Tronina: To nie jest trudne. Przygotowania są trudne.
Greg Albrecht: Przygotowania są trudne, ponieważ jest dużo pracy do wykonania. Czterdzieści kilometrów wobec, nie wiem, dwóch, trzech tysięcy czy iluś, które się wcześniej przebiegnie, czy powiedzmy w sezonie półtora tysiąca – to co to są 40 kilometrów? To jest nic, to jest jak pójść po bułki do sklepu.
Natomiast niesie się ten moment tego doświadczenia – właśnie tych wszystkich deszczowych dni, tego wstawania rano, tego wszystkiego. Fajnie to przeżywać z innymi ludźmi. To jest coś niesamowitego, bo mówi się, że to jest taki sport indywidualny, ale jest w nim właśnie taki element solidarności, taka jakaś wspólnota działania.
Marek Tronina: To jeszcze powiem o jednej rzeczy, którą w tym roku na maratonie zrobiliśmy. Może ona będzie jednorazowa, nie wiem, ale na pewno jest wyjątkowa. W tym roku nie ja, lecz mój zespół wymyślił medal, który składa się z dwóch elementów, z dwóch warstw. Można go podzielić i podzielić się tym medalem z osobą, której chcesz podziękować za to, że przebiegłeś ten maraton.
To jest też taka symbolika — wyjścia z tego indywidualizmu, bo prawie zawsze, choć są pojedyncze wyjątki, jest ktoś, kto albo cię zainspirował, albo tolerował twoje wychodzenie na treningi cztery albo pięć razy w tygodniu. W kółko cię nie ma, a w tym czasie mógłbyś obejrzeć film. Brzmi znajomo?
Co to daje? Biegasz w kółko. Nie, żartuję oczywiście. Komu chcesz po prostu podziękować, komu jesteś wdzięczny? My nie umiemy też dziękować i okazywać wdzięczności, bo to takie trudne. Trzeba wyjść ze swojego wnętrza i się uzewnętrznić. Tu blaszkę dam.
Greg Albrecht: Fajne, piękne. To naprawdę piękne, i też czuję, że jesteś szczęśliwym człowiekiem, bo realizujesz coś, co uważasz za mające pozytywny wpływ, i jesteś z tym mocno zintegrowany.
Czego życzę każdemu, bo to jest zupełnie inny poziom pracy, kiedy robisz to z takim przesłaniem, że czujesz, iż naprawdę ma to wpływ na innych i realizuje twoje wartości w dużym stopniu. To, myślę, jest świętym Graalem dla wielu osób, które gdzieś chodzą do pracy i narzekają na etacie, a nie wykonują tego kroku, żeby złapać okazję, którą ty wtedy w jakimś stopniu złapałeś.
Marek Tronina: Wiesz, wydaje mi się, że nie każdy będzie miał pracę swoich marzeń. To jest niemożliwe. Simon Sinek powiedział jednak coś bardzo ważnego: kiedy odkrył, jak działa ludzki mózg i co sprawia, że ludzie robią pewne rzeczy, jego misją życiową stało się inspirowanie ludzi do robienia tego, co ich naprawdę inspiruje.
To jest piękne. Możesz znaleźć sobie przestrzeń w życiu, żeby robić te rzeczy, które naprawdę cię kręcą. Nie zawsze — albo najczęściej — nie w pracy. Ale jeśli nie zaczniesz tego robić po pracy, to szansa na to, że twoja praca się zmieni, jest w zasadzie zerowa. Więc warto dać się zainspirować.
Greg Albrecht: 100%. A czy ty nadal biegasz, czy już nie masz teraz czasu na bieganie?
Marek Tronina: Biegam, biegam.
Greg Albrecht: I jak to jest żyć bieganiem w pracy, biegać? Czy to są takie momenty przesyłu?
Marek Tronina: Nie, ja sobie biegam już teraz zupełnie rekreacyjnie. Tak, dla zdrowia po prostu, żeby trzymać kondycję. Miałem nawet taki ambitny plan na początku tego roku, że przebiegnę 20 imprez biegowych. Niestety, po pierwszej imprezie coś mi się stało w kolano i to nie było związane z bieganiem, tylko ze starą kontuzją, którą odniosłem na snowboardzie.
Zanim się z niej wyleczyłem, minęło tyle czasu, że liczba 20 stała się mało realna. Chyba będę musiał odłożyć ten plan na 2026 rok. Mimo to, to jest super, bo ostatnio przejeżdżałem takimi miejscami, przez które biegałem przez ostatni rok, może półtora roku temu, gdy tam mieszkałem — krótko, ale intensywnie.
Były to w ogóle nieefektowne ścieżki, chodniki przy autostradzie, przy lotnisku z Warszawy. Miałem do tych miejsc taki sentyment, właśnie dlatego, że tam biegałem. Naprawdę, fajnie było tamtędy jechać, bo te kilometry, które wtedy przebiegłem, były przesympatyczne.
Greg Albrecht: Też mam takie refleksje, powiem Ci, bo niedawno się przeprowadziłem. Czasem widzę tę pętlę, którą robiłem, wiesz, pięć razy w tygodniu.
Marek Tronina: I mówię.
Greg Albrecht: Muszę tam wrócić, przebiec tę pętlę, bo kiedy przejeżdżam samochodem, przypominam sobie te setki poranków, dokładnie tutaj. To są niesamowite emocje, które potem łączą się z tymi godzinami, wszystkimi włożonymi w to bieganie.
Marku, o co Cię nie zapytałem, a uważasz, że jest ważne, żeby to wybrzmiało? Chodzi o Twoje doświadczenia w roli lidera projektu, o bieganiu lub też o Twojej drodze organizacyjno-biznesowo-osobistej.
Marek Tronina: Mam sobie sam zadać pytanie.
Nie wiem, nie umiem sobie zadać takiego pytania. Pewnie, gdybym się chwilę zastanowił, to ze swojej perspektywy chciałbym odpowiedzieć na pytanie, co powinienem robić, żeby tę energię i ten entuzjazm zachować jak najdłużej. Choć mam poważną obawę z tym związaną, że im dłużej zachowuję tę energię, tym trudniej będzie się z tym projektem w pewnym momencie rozstać.
Mówiąc wprost — kalendarza nie oszukamy, prawda? Kiedyś powiedziałem i podtrzymuję to, co powiedziałem: nie chciałbym, żeby Marek Trunin był większy od maratonu warszawskiego. Mam nadzieję, że tak nie jest, ale mówię to w tym sensie, że nie chciałbym być tu człowiekiem niezastąpionym.
Dlatego też staram się, żeby ten core, którym się zajmujemy, coraz bardziej przechodził pod opiekę osób, które robią to nie gorzej niż ja, a w wielu obszarach lepiej niż ja. Albo w taki sposób, że ja na pewno bym tego tak nie zrobił. Staram się też szukać nowych przestrzeni dla tego, co robimy, po to, żeby po prostu ta organizacja była jeszcze bardziej stabilna i bezpieczna. I żebyśmy mogli tworzyć super miejsce — także z punktu widzenia pracodawcy, bo to też jest bardzo ważne.
No i staramy się ściągać jak najlepszych ludzi, bo najlepsi ludzie zrobią najlepsze rzeczy — to oczywiste. Chcemy, żeby ci, którzy tutaj są, naprawdę czuli, że to jest takie miejsce, z którego nie chcieliby odchodzić.
Więc nie wiem, czy zadałem sobie pytanie, czy spełniłem twoje oczekiwania, ale…
Greg Albrecht: Moje oczekiwania są w pełni spełnione, ale mogę sparafrazować twoje pytanie, które sobie zadałeś, i jakoś się do niego ustosunkować.
Zastanawiasz się więc nad tym, jak i kiedy przeprowadzić sukcesję w organizacji w taki sposób, aby był ktoś, kto będzie prowadził dalej — osoba, która będzie robiła to lepiej od ciebie, a jednocześnie, żeby tobie nie było z tego powodu zbyt smutno.
Marek Tronina: Tylko żebyś czuł się z tym dobrze. Może tak. Zwłaszcza ten ostatni element jest chyba taki ważny. To chyba inna osoba niż ja mogła to powiedzieć.
Greg Albrecht: No, ale tego ci życzę. I wiesz, jeżeli już o tym myślisz, to wiesz, że twoje myśli podświadomie prowadzą twoje działania w tym kierunku. Ja mam takie doświadczenie. Kiedyś przeczytałem książkę, jedną z takich, które pomagają ocenić, gdzie jesteś w życiu. Robisz sobie takie badanie w kilku kategoriach: gdzie jesteś dziś, gdzie byłeś pięć lat temu.
Bardzo fajnie to pokazuje i dodaje energii. O rety, jaki skok, chociaż wydaje się, że nic się nie zmienia. I gdzie chcesz być za pięć lat. Ja to zrobiłem — wypisałem te rzeczy.
To brzmi jak jakaś bzdurna historia. Wsadziłem to do szuflady i, słuchaj, wyjąłem tę kartkę chyba po ośmiu latach. To jest niewiarygodne — zrealizowałem pewnie 90% punktów. Zrealizowałem ten cel, który sobie wpisałem na za pięć lat. Mam taką głęboką wiarę, że jeżeli człowiek oczywiście coś robi, a raczej się robi, to można się zaprogramować, czyli że ta intencja kieruje działaniami. A zatem prawdopodobnie to zagadnienie, które teraz przed sobą stawiasz, po prostu samo się rozwiąże w jakimś horyzoncie czasowym i ukierunkuje cię już tym.
Marek Tronina: To jeszcze mówi o jednej rzeczy — o potędze zapisywania. W głowie mamy mnóstwo rzeczy i wydaje nam się, że je znamy, że „wiemy, wiemy, wiemy”. My naprawdę wiemy, ale dopóki ich nie zapiszemy, są jak pranie w pralce.
Tak jak wymieszasz pranie i poukładasz je — nawet bez składania — na łóżku, jedno obok drugiego: spodnie, koszulkę, skarpetki, zaczynasz je wszystkie widzieć. Nie tylko te kolorowe nogawki, które migają przez szybę pralki. I to jest dokładnie tak samo.
My mieliśmy w tym roku bardzo podobne doświadczenie do twojego, choć na innej skali czasowej. Gdzieś na początku roku stwierdziliśmy: „Dobra, w tym roku priorytetowe będą dla nas takie rzeczy”. Wypisaliśmy ich sporo, nawet nie wiem, co się stało z tą kartką czy plikiem. A tydzień temu osoba, która współzarządza ze mną organizacją, powiedziała: „Wiesz co, otworzył mi się ten plik, który tworzyliśmy na początku roku. Wiesz, że zrobiliśmy 90% rzeczy, które wtedy wypisaliśmy?” Nikt na to nie spojrzał od tamtej pory.
Greg Albrecht: To jest według mnie siła – oczywiście koncentrowania, porządkowania i takiego ustawiania kierunku. Z tej perspektywy możesz być spokojny, że po prostu twój cel się zrealizuje.
To jest też niesamowite dzieło, bo wymaga ogromnej determinacji. Wyobrażam sobie 25 lat budowania – to jest naprawdę niesamowite. Musi być też niesamowicie satysfakcjonujące, więc tego ci bardzo gratuluję i mocno kibicuję, aby ten projekt dalej się rozwijał i kreował wartości, które dla ciebie są istotne.
W tym, co mówisz, bardzo słychać, że to nie jest przypadek, że to nie jest jakiś tam projekcik biznesowy, który ktoś chce zrobić oportunistycznie, jak wspominałeś, lecz że stoi za tym misja. Myślę, że uczestnicy to będą czuć i dzięki temu może więcej osób zapisze się na jakiś bieg, przewalczy otyłość, depresję lub inne wyzwania, które mają. To również wprowadzi pozytywną zmianę w świecie.
Także tego życzę tobie, wszystkim uczestnikom i sobie w dalszej przygodzie biegowej. Dzięki ci bardzo.
Marek Tronina: Że znalazłeś czas, dziękuję serdecznie. Dzięki.
Greg Albrecht: Partnerem podcastu jest Albrecht & Partners — mentoring strategiczny, wsparcie w zarządzaniu oraz executive coaching.



