Bądź na bieżąco – nasz newsletter
Umów się na konsultację
zapisz
się

Piotr Molicki – Planet Escape: od rozmów z przedsiębiorcami do lidera wycieczek szytych na miarę

32 min czytania
Button
Marcin Prokop – szczery wywiad w Greg Albrecht podcast
00:00
00:00

 
 
Planet Escape – od podróży dookoła świata z plecakiem po lidera rynku podróży szytych na miarę. Piotr Molicki – podróżnik, przedsiębiorca i odkrywca nieznanego.
Urodzony w 1982 i od najmłodszych lat niespokojny duch. Już w trakcie studiów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie zrobił sobie rok przerwy i okrążył kulę ziemską (po raz pierwszy). Podczas tego okresu złapał ‘bakcyla podróżniczego’. Ukończył kolejne kierunki na uczelniach w Niemczech i Australii. Kolejne kilkanaście lat to okres intensywnego odkrywania świata w tym kolejnej podróży dookoła globu.

Największe doświadczenie zawodowe zdobył podczas kilkuletniego programu managerskiego w ING. Dzięki temu mógł poznać od podszewki prace m.in. w dziale marketingu w ubezpieczeniach, zasady wliczania algorytmów rentowności w private bankingu, wprowadzał kodeks ITIL z zasadami postępowania dla działów IT kończąc na sprzedaży produktów finansowych i współpracy z dużymi firmami. To doświadczenie w różnych działach korporacji z powodzeniem wprowadza w Planet Escape.

Poza miłością do rozwijania biznesu, fan jedzenia i kulinariów, surfuje, gra w tenisa i piłkę nożną. Ukochane miejsca to Australia, Indonezja, Samoa i Brazylia.

Opis:

Rzucił atrakcyjną pracę w korporacji, postawił wszystko na jedną kartę i założył firmę, w której na 100 klientów 98 wraca ponownie. Jego zespół tworzą pasjonaci podróży z nielimitowanym urlopem, których sam umiejętnie dobiera. 70% nowych klientów to zasługa tych obecnych, którzy polecają jego wyjątkowe biuro podróży. W ciągu roku z jego usług korzysta 2000 klientów indywidualnych z segmentu premium i niemal 800 firmowych. W czym tkwi tajemnica sukcesu Piotra Molickiego, współzałożyciela Planet Escape?

Video:

Film

Zapis rozmowy:

– Jestem bardzo poruszony naszym dzisiejszym spotkaniem, bo moim gościem jest Piotr Molicki 1 z Planet Escape 2, 3. Cześć, Piotr.

– Cześć, Greg.

– Piotr, czy to było tak, że na początku była pasja do podróży, a potem powstała ta firma?

– Dokładnie tak, masz w 100 proc. rację. To znaczy: od wielu, wielu lat, od prawie 20 – jestem już dosyć stary, wynika z tego – dosyć intensywnie podróżowałem po świecie. Zaczęło się od podróży dookoła świata 4, gdzie złapałem tego bakcyla podróżniczego. I od tamtego czasu staram się każdego roku zrobić kilka dosyć długich wypraw w różne miejsca na świecie. W tym samym czasie, po studiach, rozpocząłem pracę w kilku takich większych korporacjach, gdzie ta pasja do podróży nie umierała w żaden sposób, a wręcz przeciwnie, ona dalej rosła i w jakiś sposób się rozwijała. To doprowadziło de facto do tego, że z tej pasji zrodziło się Planet Escape.

– Ale jak zaczynałeś prowadzić Planet Escape, to nie bałeś się, że twoja pasja już nigdy więcej nie będzie pasją, bo stanie się pracą?

– Nie do końca, dlatego że praca w Planet Escape to jest dokładnie to, co sprawia mi niesamowitą przyjemność i to jest właśnie ta pasja. Może zaczynając troszeczkę inaczej: idea firmy od początku nie polegała na monetyzowaniu całego pomysłu, żeby zarabiać na klientach, wysyłać ich w różne części świata, w te najbardziej egzotyczne miejsca i zarabiać na tym. Podstawowa idea była taka, żeby pomagać w realizacji marzeń klientów i wysyłać ich w różne fajne części świata – to jakby było to clou całego biznesu. Wyszliśmy nie od strony zarabiania pieniędzy, a od strony bardziej cieszenia się, frajdy z tego co robimy i tworzenia fajnych programów wycieczek.

– Jak rozumiem, Planet Escape to są skrojone na miarę wycieczki. Ile osób musi się zgłosić, żeby się opłacało w ogóle zaangażować i zaprojektować indywidualną wycieczkę?

– My tak naprawdę robimy to już od jednej osoby, czyli jeżeli jedna osoba się zgłosi, to my dla tej osoby tworzymy wakacje szyte na miarę. Im więcej osób, tym oczywiście lepiej, ponieważ mamy dwie nogi działalności. Jedna to są incentives, czyli wyjazdy grupowe dla firm. Druga noga to są wyjazdy indywidualne, gdzie dopasowujemy się do potrzeb klienta. Nawet dla jednej osoby robimy, jesteśmy w stanie zrobić, takie uszyte na miarę wakacje.

– Jak to się może opłacać – prowadzić taką firmę? Zazwyczaj każda firma dąży do pewnego rodzaju powtarzalności, do pewnego rodzaju procesu, który powtarza wielokrotnie. Tym samym, powtarzając go wielokrotnie, gdzieś te koszty stałe sobie rozkłada na powtarzalną wycieczkę. Rozumiem, że te wyjazdy, w związku z tym, że są indywidualne, są droższe, ale mimo to chcę zrozumieć, jak się to po prostu opłaca, żeby zbudować zespół i równocześnie tym zespołem robić tak bardzo indywidualne projekty. Co jest tym magicznym elementem, który sprawia, że poza tym, że realizujesz pasję, to jest też rentowne?

– Pierwsza zasadnicza rzecz – jeżeli ktoś, np. ty, pomyśli sobie: „Chcę jechać do Brazylii”. Wejdziesz sobie na booking.com, zamówisz sobie hotele w Rio, w Iguazu, w Salwadorze i w innych miejscach, na skyscanner’ze 5 lub kayak’u 6 wykupisz sobie bilety lotnicze, na miejscu będziesz płacił za taksówki, to tak czy siak cena końcowa wyjdzie ci najprawdopodobniej taka sama albo trochę wyższa niż to, co my ci jesteśmy w stanie zaoferować razem z naszą marżą.

– Jak to jest możliwe?

– Dzięki temu, że, po pierwsze, mamy już dosyć dużą skalę, co powoduje, że mamy mocne przełożenie zarówno na hotele, jak i na naszych lokalnych partnerów. Ceny kontraktowe, jakie mamy z różnymi hotelami czy lokalnymi partnerami, jeśli chodzi o wycieczki, transfery, są po prostu niższe niż te dla klienta indywidualnego, gdybyś – że tak to brzydko ujmę – wykupywał to z ulicy. To powoduje, że – po pierwsze – nasi klienci są tego świadomi i nie kupują kota w worku, nie muszą poświęcać czasu na przeszukiwanie Internetu, czytanie książek, wyszukiwanie hoteli, tylko kupują coś pewnego i sprawdzonego. Z drugiej strony nie przepłacają za to – to jest odpowiedź z punktu widzenia klienta. Z punktu widzenia Planet Escape, jak to się opłaca? Cóż mogę powiedzieć… no opłaca się jakoś! Nie działamy na jakichś wysokich marżach oczywiście, bo to też nie o to chodzi. Jak już wcześniej powiedziałem, firma nie została założona z główną ideą, żeby monetyzować w jak największym stopniu, jesteśmy w trakcie rozwoju, więc z tą marżą, którą mamy, jakoś idziemy do przodu, rozwijamy się i jest OK.

– No, wygląda to świetnie, piękne biuro, świetnie dopasowane do klimatu, cieszę się, że mogę tu w Krakowie być i cię odwiedzić. Biuro ładne, piękne logo, piękne pudełka, zindywidualizowane dla każdego gościa – pokazałeś mi przed rozmową i zrobiło to na mnie duże wrażenie. Ile osób planujecie w tym roku wysłać na wakacje?

– Wiesz co… Corocznie mamy… Firma została założona pięć lat temu, dosyć mocno rośniemy z roku na rok. Obserwujemy w początkowych trzech latach dosyć duży skok, tylko te początkowe lata nie są za bardzo miarodajne, ale od mniej więcej trzech lat rośniemy w okolicach 60 proc. rocznie i to tempo nam się utrzymuje. W tej chwili, przeliczając to na liczbę klientów, jeżeli chodzi o klientów incentive’owych, czyli firmy, jest to w granicach 700-800 osób. Jeśli chodzi o klientów indywidualnych, jest to w granicach 2000 w skali roku. Może się to nie wydawać jakąś oszałamiającą liczbą, szczególnie jeśli popatrzymy na takich hegemonów na rynku turystycznym…

– Na mnie to zrobiło ogromne wrażenie. Szczerze mówiąc, jak myślę, skąd wziąć 2000 indywidualnych osób z segmentu premium i przekonać ich do tego, żeby skorzystali z waszych usług, to dla mnie to brzmi imponująco. Wiadomo, że nie sprzedajecie wyjazdu do Egiptu za 1300 zł, jeszcze w pakiecie z przelotem, parkingiem i wszystkim, to jest zupełnie inny segment.

– Jest inny segment, ale tu też jest jakby kilka powodów. Przede wszystkim zmienia się totalnie rynek turystyczny w Polsce, staje się on coraz bardziej dojrzały i idzie w stronę tego, co obserwujemy w tej chwili w Europie Zachodniej, we Francji, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Po pierwsze, ludzie coraz więcej zarabiają, są coraz bardziej świadomi otaczającego nas świata i coraz bardziej ciekawi, żeby coś więcej zobaczyć. Nie są już usatysfakcjonowani zwykłym hotelem, pięciogwiazdkowym, all inclusive, gdzie będą sobie siedzieli przez tydzień i ten hotel wygląda identycznie w Cancún, w Stambule i w Moskwie, bo to nie ma totalnie żadnego znaczenia. Chcą czegoś więcej, chcą dotknąć danego miejsca, poczuć kulturę, spróbować lokalnego jedzenia, zobaczyć coś więcej. Przez to – wydaje mi się – mają większy ciąg do tego świata. Z drugiej strony pytasz, skąd mam te kilka tysięcy osób. Tak naprawdę, to jest marketing szeptany i to jest 70 proc. przyrostu naszego biznesu.

– Kurcze, zupełnie niezarządzalny kanał. Czy zarządzacie tym w jakiś sposób?

– Troszeczkę zarządzamy.

– To powiedz, zdradź tajniki zarządzania waszym kanałem marketingu szeptanego. Jak to działa?

– Jeżeli chodzi o marketing, to jest to dosyć znacząca pozycja naszego budżetu. Tak jak każda firma dosyć szybko się rozwijająca, patrząc na kanał internetowy to każdy jest świadomy, że trzeba tu jakieś środki włożyć, żeby był zwrot z tego, z tych inwestycji. Jeżeli chodzi o marketing szeptany, to zarządzamy tym w ten sposób, że od momentu pierwszego kontaktu telefonicznego z klientem jesteśmy w 120 proc. zaangażowani, żeby stworzyć naprawdę idealne wakacje, aż do powrotu, gdzie dzwonimy do klientów i pytamy się jak było, dostajemy feedback, staramy się poprawić błędy, prosimy o opinie. Klienci od momentu, w którym dostaną pudełko, którym są zachwyceni, bo jakość tego jest równie wysoka, aż po sam powrót są na tyle zadowoleni, po pierwsze z serwisu, czyli tego całego customer journey 7 (od pierwszego odebranego telefonu aż po otrzymanie SMS trzy dni po powrocie z pytaniem jak było), ze szczególnym uwzględnieniem tego, co było na miejscu, czyli spanie w butikowych, kameralnych hotelach, świetny serwis, dobrze dobrane miejsca, że po prostu stają się takimi naszymi ambasadorami. I to troszeczkę samo zaczyna działać. Odpowiadając dokładnie na twoje pytanie, w jakim sposób tym zarządzamy – zwracamy olbrzymią uwagę na całe customer journey, czyli od punktu A do punktu Z i wkładamy w to po prostu całe nasze serce, żeby to wszystko fajnie wychodziło.

– A czy macie jakiś program typu members bring members, jakieś programy rekomendacyjne, oficjalne bardziej?

– Wiesz co, stworzyliśmy parę lat temu taki program rekomendacji, gdzie otrzymywało się zniżki na kolejne wakacje, ale po dwóch latach funkcjonowania tego programu doszliśmy do wniosku, że nie ma on za bardzo sensu. Ludzie tak czy siak nas rekomendowali, a przez to, że to są ludzie średniozamożni lub zamożni, im bardziej zależało na tym, żeby opowiedzieć i pochwalić się genialnymi wakacjami i zaprosić swoich przyjaciół czy znajomych, żeby też pojechali do egzotycznego miejsca, niż otrzymać 200 zł zniżki na kolejne wakacje. W sumie to bardziej była taka samoistna decyzja naszych klientów niż nasza. My po prostu podążyliśmy za tym trendem i zrezygnowaliśmy z takiego programu.

Planet Escape
Piotr Molicki, zdjęcie z wywiadu dla Gazety Wyborczej, 2016
Źródło: http://wyborcza.biz/biznes/1,147584,20579772,biznes-na-podrozowaniu-po-swojemu.html?disableRedirects=true

– Co to znaczy średniozamożni i zamożni? Jak myślisz, ile pieniędzy muszę mieć na wakacje najmniej (bo wiadomo, że sky is the limit), żeby skorzystać z jakiejś wycieczki z wami? Żeby doświadczyć Planet Escape, to jaki budżet powinniśmy przeznaczyć z żoną na wyjazd?

– Przykładowo: jedziecie do Indonezji, macie dwa tygodnie, pierwszy tydzień spędzacie, podróżując po Bali, śpiąc w Ubud, w mieście wyższej kultury Bali, jedziecie do Sidemen, do tarasów ryżowych, następnie próbujecie surfingu na południowych plażach, kończąc na jakiejś małej, rajskiej wysepce typu Robinson Cruzoe. Wszystko jest – powiedzmy – w standardzie czterech gwiazdek, butikowych, kameralnych hoteli. Trzeba liczyć w granicach ośmiu tysięcy na osobę, z przelotem i tu mówimy o wszystkim – zajmujemy się totalnie organizacją, czyli jest przelot, wy lądujecie, czeka prywatny kierowca, wszystkie serwisy są już dalej ustalone, macie dokładny plan działania rozpisany dzień po dniu, z godzinami pick-upów, z godzinami transferów, z mapkami miejsc, co zobaczyć, gdzie zjeść najlepsze curry, gdzie popłynąć na delfiny. I to jest taka uśredniona cena. Jeżeli chciałoby się to zrobić taniej, jest to jak najbardziej możliwe, ale staramy się jednak – po pierwsze – nie kompromitować jakości, po drugie – szczególnie, jeśli popatrzymy na Azję, różnica tysiąca złotych robi przeskok w jakości hoteli. A dla osoby, czy ona zapłaci siedem czy osiem tysięcy, to już naprawdę nie ma większego znaczenia, a jakość, jaką jesteśmy w stanie dostarczyć za tysiąc więcej, jest po prostu o niebo wyższa i do tego staramy się skłaniać naszych klientów.

– Szycie na miarę – to mnie zaintrygowało. Powiedziałeś: „Każda wycieczka jest szyta na miarę”. To jest bardzo fajna obietnica i wiem, że to jest możliwe, ale zawsze zastanawiam się, jak ułożyć proces, żeby naprawdę zrozumieć, czego chce klient? Ja też pracuję w takiej branży, że rozwiązania mamy szyte na miarę i wiem jak trudno jest czasem, jak robimy taki projekt doradczy, naprawdę dotrzeć do sedna tego, czego klient oczekuje, a nie tego co komunikuje. Ludzie czasem rzucają hasła typu, pewnie w przypadku podróży mówią: „Interesuje mnie pięć gwiazdek”. Ale co znaczy pięć gwiazdek dla pana A, a dla pani B? „Chcemy mieć dobre jedzenie”. Co to znaczy dobre jedzenie dla pani A, a dla pana C? Pod słowami mogą się kryć bardzo różne aspekty. Jakoś czuję, że w związku z tym, że wkładacie tyle energii i macie tyle wiedzy w związku z tematem dbania o klienta, to macie też jakiś superpatent na to, jak lepiej zrozumieć klienta, żeby było to rozwiązanie na końcu, bo jak już tam wyląduje, to już jest za późno i musi być to, czego oczekuje lub lepiej, a nie gorzej. W jaki sposób zarządzacie tym procesem szycia na miarę?

– To jest tak naprawdę jedno z największych wyzwań i tutaj masz stuprocentowo trafne pytanie, bo od tej analizy potrzeb klienta zależy to, czy wycieczka będzie udana czy nie. To, w jaki sposób staramy się jak najbardziej dopasować daną wycieczkę do klienta, polega przede wszystkim na zadawaniu odpowiednich pytań, na dogłębnym poznaniu tego, czego naprawdę klient oczekuje. Idąc troszeczkę z drugiej strony – każdy, kto u nas zajmuje się sprzedażą wycieczek, jest – że tak to ujmę – pełną gębą podróżnikiem. To są prawdziwi pasjonaci podróży, którzy zwiedzili mnóstwo miejsc, którzy co roku spędzają kilka tygodni w podróży, analizując dane serwisy, odwiedzając hotele, więc ten świat znają naprawdę bardzo dobrze. Bardzo często, wypytując danego klienta o jego potrzeby, o to czego naprawdę oczekuje, zadajemy troszeczkę pytań, gdzie ktoś był, jaki hotel się podobał, która plaża mu się podobała. Jeżeli ktoś był w Tajlandii, to czy podobała mu się plaża na Koh Lancie, gdzie jest mnóstwo barów, dyskotek, jest głośno, czy plaża na wysepce, gdzie ty byłeś, Koh Hai, która jest bardziej spokojna i cicha. Ludzie, odpowiadając nam na te pytania, troszeczkę nas nakierowują, na konkretnych przykładach, co im się podobało, a co nie. Tu mówimy o nowych klientach. Jeżeli to są klienci, którzy już z nami byli, no to zawsze bierzemy taki bardzo rzetelny feedback i wtedy jest nam o niebo łatwiej dopasować odpowiednią podróż.

– A jaki jest współczynnik utrzymania klienta? Wiadomo, że ludzie mają różne preferencje, lubią różnie wyjeżdżać. Czasem sobie pojadą do Rabki do sanatorium, a innym razem do Papui-Nowej Gwinei i że wcale ograniczenia finansowe nie muszą o tym decydować, po prostu ludzie zmieniają swoje oczekiwania. Jestem ciekaw, jak duży jest współczynnik powtarzalności, to znaczy na 100 klientów ilu jedzie z wami ponownie?

– 98.

– Niesamowite.

– Też tak myślę. Sami jesteśmy tym zdziwieni, ale to jest to, o czym mówiliśmy wcześniej: ludzie raz dotykając tego innego sposobu podróżowania, przekonują się do tego wszystkiego. Przykładowo: ktoś nie chce jechać na Zanzibar i siedzieć w hotelu all inclusive, bo ten hotel wygląda tak samo, tylko chce zobaczyć 2-3 plaże na Zanzibarze, pojechać do Stone Town, do miasta Freddy’ego Mercury’ego, a jak jeszcze zrobi safari wcześniej na Serengeti w Ngorongoro, no to już jest przeszczęśliwy i jego odczucia i wspomnienia z danej wycieczki są nieporównywalnie większe i lepsze w porównaniu do takich zwykłych wycieczek.

– A czym wygrywacie walkę o takiego klienta, któremu się wydaje, że on wie, jak to ogarnąć? Ja jestem takim klientem, któremu się wydaje: wiele miejsc na świecie zwiedziłem, przyzwoicie operuję różnymi narzędziami do wyszukiwania tanich lotów, tanich hoteli i znajdowania fajnych miejsc na miejscu, aczkolwiek nie jestem zamknięty. Chciałbym zrozumieć, w jaki sposób byś mnie przekonał do tego, że jednak powinienem spróbować tego, żeby oddelegować ten cały proces, bo jak o tym myślę, to chyba największy ciężar to jest ten proces, gdzieś pomiędzy jedną a drugą czynnością zawodową a innymi rzeczami, gdzieś po nocy się dopycha butem te rezerwacje. I to jest ta pierwsza rzecz, która do mnie przemawia. Czy jest coś takiego, czym przekonujecie, nawracacie te Zosie samosie?

– To pytanie to tak naprawdę jest bardziej skierowane do początków naszej działalności, kiedy nasza marka nie była jeszcze znana, nie mieliśmy za dużo opinii i ludzie nie kojarzyli naszej firmy. I wtedy naprawdę musieliśmy w jakiś sposób wpłynąć i przekonać tych klientów, żeby kupili nasz produkt. Tutaj z ratunkiem przyszła jakość osób, które obsługują dane osoby. Czy to są osoby, które dogłębnie poznały dany teren i klient rozmawiając z taką osobą od razu czuje, że nie rozmawia ze zwykłym sprzedawcą z call center, który sprzedaje jakiś produkt, tylko rozmawia z osobą, która mówi, że w Argentynie, jeżeli pani wyjdzie z Iguazu, tutaj można zjeść superposiłek, najbardziej polecam ośmiornicę, tudzież steka. I od razu jest jakby poczucie, że jest się w rękach profesjonalisty, fachowca i – że tak to ujmę – nothing can go wrong, że wszystko musi po prostu być dobrze.

– Mówisz o Iguazu, to chyba muszę wtrącić, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, w których w życiu byłem. Naprawdę każdemu, kto jeszcze nie był, polecam, bo myślę, że to jest jeden z takich naprawdę brylantów świata. Jeżeli chodzi o doświadczenia, to to jest supermiejsce. Ale jest taki wątek, który poruszyłeś: że to są prawdziwi podróżnicy. Tu bym chciał zejść down to basics. Zatrudniasz ludzi, oni muszą też coś zarabiać. W jaki sposób oni są w stanie zarobić na te wszystkie podróże, bo żeby byli autentyczni, to muszą podróżować, ale to kosztuje dużo pieniędzy i standardowa osoba, którą się zazwyczaj zatrudnia w firmie na stanowisku sprzedawcy, nie zawsze ma pieniądze, żeby wyjeżdżać za 10 czy 15 tysięcy na wyjazdy i poza tym nie zawsze ma czas, bo ciągle pracuje? W jaki sposób od strony finansowej i czasowej twoi ludzie godzą pracę w obsłudze podróży innych ludzi z własnymi podróżami?

– To może zaczynając od aspektu czasu: każdy ma oczywiście ustawowo 26 dni urlopu, na co my nie zwracamy większej uwagi, mówiąc wprost. My wręcz zachęcamy osoby, żeby podróżowały, bo tu mamy inną sytuację. Z jednej strony ktoś jedzie, odpoczywa, przy okazji robiąc inspekcję – powiedzmy Brazylii czy Argentyny. Z drugiej strony zdobywa niesamowitą wiedzę, która później przekłada się na wartość dodaną w Planet Escape. Od strony urlopu jesteśmy więc skłonni jak najbardziej dawać urlopy bezpłatne i wspomagać dane osoby. Jeżeli chodzi o kwestie finansowe, to punkt pierwszy: każdy tutaj bardzo dobrze zarabia, bo troszeczkę jesteśmy ponad rynkiem. Jeżeli chodzi o rynek turystyczny, porównując się do innych biur płacimy dużo lepiej. Z drugiej strony są benefity tego, że mamy te wszystkie kontrakty z tymi wszystkimi hotelami, z różnymi liniami. Dostajemy tak naprawdę bilety lotnicze prawie za darmo, dostajemy hotele za darmo, dostajemy multum darmowych wstępów dla hosted buyers 8 tak zwanych, na różne targi odbywające się po całym świecie, gdzie organizatorzy płacą za bilet lotniczy, płacą za hotele, za transfery, organizują fun trips, czyli objazdy po danych miejscach. Przykładowo, tylko w tym roku nasi sprzedawcy byli kilka razy w Indiach, w Chinach, w RPA, w tej chwili koleżanka podróżuje po parkach narodowych i tak naprawdę my za to płacimy parę procent realnej wartości. Czemu to dostajemy? Znowu kłania nam się skala, którą w tej chwili już jesteśmy, z drugiej strony jest to in plus dla hoteli, dla linii lotniczych, że my sprawdzamy i oni też liczą na to, że będziemy z ich usług korzystali. Tu znowu jest taka sytuacja win-win, gdzie dwie strony zyskują.

– Super, no to brzmi jak dream job dla wielu osób i pewnie jest sporo osób, które chciałyby tak pracować, pomimo tego, że teraz jest wielka propaganda rynku pracownika, że nie da się znaleźć ludzi i tak dalej. Pewnie firmy, które dają takie warunki, mają łatwiej. Ciekaw jestem, jak dobierasz tych ludzi, bo to jest niezwykle duża odpowiedzialność w ich rękach. Jeżeli relacja z klientem jest tak ważnym aspektem, to jakość pracy tych ludzi jest bardzo ważna. W jaki sposób podejmujesz decyzje przy zatrudnieniu?

– To jest kolejny punkt i bardzo trafne pytanie, bo to jest naprawdę bardzo, bardzo trudna rzecz. Pierwsze kryterium i dla nas to jest clou i najważniejsze: ktoś musi mieć tego bakcyla podróżniczego i czuć te podróże. To nie może być osoba, która ma doświadczenie korporacyjne, ale nigdy w życiu nie była w Ameryce Południowej, w Afryce czy w Azji. Ona musi po prostu czuć te podróże i musi być – brzydko mówiąc – zajawiona tym wszystkim i być w tym samym klimacie. To jest punkt pierwszy. Punkt drugi: robimy bardzo intensywne szkolenia. Dana osoba przychodząc przechodzi przez taki cykl trzymiesięcznych szkoleń, gdzie przez 4-5 godzin dziennie opowiadamy na temat każdej destynacji, wchodzimy w szczegóły danego hotelu, danego miejsca. Ta wiedza, którą się zdobywa przez te trzy miesiące, jest po prostu nieprawdopodobnie duża. Po tych kilku miesiącach szkolenia u nas plus dziesięć lat własnego podróżowania, powoli zaczynamy wprowadzać daną osobę do sprzedaży i do obsługi klienta.

– A co w biznesie Planet Escape najbardziej poszło nie tak przez te 5 lat i czego się z tego nauczyłeś?

– Wydaje mi się, że wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Po pierwsze, na pewno mogliśmy się szybciej rozwijać. Mogliśmy dużo wcześniej zainwestować w IT. W tej chwili wydajemy gros naszego budżetu na wszelkiego rodzaju aplikacje, CRM-y 9, generatory specjalne ofert. Przykładowo, w tej chwili kończymy – mogliśmy to zrobić o wiele wcześniej, a robimy dopiero teraz – te wszystkie indywidualnie pisane przewodniki dla klienta, gdzie jest plan podróży, są mapki dedykowane. Takie przewodniki mają po 100-200 stron i wszystko jest napisane na podstawie własnych doświadczeń. Głupi przykład: ktoś jest w Hanoi, no to piszemy, że pani Nguyen na tej a tej ulicy, pomiędzy 6. a 12. sprzedaje najlepszą zupę pho. Takiego czegoś nie znajdziesz w żadnym innym przewodniku, ponieważ jest to uliczne, zwykłe jedzenie – to nie jest restauracja, ale takie smaczki staramy się znaleźć. To, co teraz robimy, to jest poza tą wersją papierową i poza wersją, którą masz standardowo na smartfonie, sczytując kod qr, sczytuje się jako Ibu. Robimy taką full interaktywną aplikację, gdzie wszystkie mapy będą interaktywne, będzie można nacisnąć, będąc np. w Bangkoku pałac króla i będzie offline mapa jak dojść. Ludzie będą mogli sami zaznaczać swoje ulubione miejsca. Gdy ktoś znajdzie taką panią, która sprzedaje genialne curry gdzieś na ulicy w Chiang Mai, na totalnym zadupiu i zaznaczy tę daną garkuchnię – że tak ujmę – to inni podróżnicy będą mogli tak samo potem z tego korzystać. Będzie to w pełni zintegrowane z siatką lotów, ludzie będą dostawali powiadomienia a propos opóźnień. Będzie to bardzo, bardzo rozbudowane urządzenie. A teraz wracając do twojego pytania: to właśnie te rzeczy, które mogły pójść lepiej, to to jest to, że po prostu byśmy zaczęli robić pewne projekty dużo wcześniej, ale z drugiej strony to jest taki learning curve. My nie tworzyliśmy firmy, która już jest i mieliśmy jakieś wzorce do naśladowań, tylko sami uczyliśmy się na własnych błędach, poprawialiśmy je, dążyliśmy do lepszego i wszystko własnymi siłami staraliśmy się wymyślić i stworzyć.

– A czy był jakiś taki błąd spektakularny, jakieś wydarzenie, niekoniecznie związane z podróżą jakiegoś konkretnego klienta, w którym z perspektywy biznesowej uważasz że popełniłeś błąd jako menedżer, jako właściciel firmy, z którego czego się nauczyłeś, stawiając te pierwsze kroki jako przedsiębiorca?

– Wiesz co… Ciężko mi sobie przypomnieć. Na pewno były jakieś mniejsze i większe błędy, ale jakieś takie…

– Nic, co pozostawiłoby traumę na całe życie.

– Dokładnie. Może też jest tak, że błędów po jakimś czasie nie traktujemy jako błędy, ale bardziej jako szansę, pozwalają nam jednak zmienić coś w biznesie i coś stworzyć. Nawet jeżeli są jakieś potknięcia i w krótkiej perspektywie mogą nam podcinać skrzydła, ale jeżeli popatrzymy z dłuższej perspektywy, to to jest najlepsza rzecz, jaka mogła nam się zdarzyć, bo gdyby nie to potknięcie, nie poprawilibyśmy czegoś, nie zrobilibyśmy czegoś lepiej. Może więc patrząc przez ten pryzmat, ciężko mi sobie coś przypomnieć, ale z pewnością były takie rzeczy.

– Właśnie, jesteś przedsiębiorcą, który zaczynał tak naprawdę w pewnym momencie od zera. Czy zacząłeś jeszcze pracując na etacie w korporacji, czy robiłeś to po godzinach, jak to wyglądało?

– Tak naprawdę to było zaraz po, można powiedzieć. W korporacji ciężko pogodzić prowadzenie firmy i pracę na etacie, jedyne, co mogłem zrobić, to bardzo dużo podróżowałem. Żeby odnieść sukces, zrobić coś naprawdę większego, to trzeba się w 100 proc. danej rzeczy poświęcić i nie ma możliwości, żeby korzystać z jakichś półśrodków. My akurat postawiliśmy wszystko na jedną kartę, rzuciliśmy pracę w korporacji, która była bardzo fajna, nie należy mówić, że nie i się udało, więc super.

– A co by było, gdyby się nie udało, jak myśleliście w tym momencie? Bo dziś, z perspektywy czasu łatwo powiedzieć: „No tak, podjąłem bardzo dobrą decyzję. Nie dało się tego robić na 100 procent, więc wziąłem, wcisnąłem eject, wyszedłem i założyłem firmę. I wyszło, zbudowałem to należycie i działa.” Ale wtedy tego nie wiedziałeś, to była wielka niewiadoma i jest sporo osób, które stoją przed takim wyzwaniem i się zastanawiają, co wtedy? Jak ty myślałeś w tym momencie, gdy chciałeś odejść, o swojej drodze i scenariuszach alternatywnych?

– Tak naprawdę nie zastanawiałem się wtedy długo nad tym aspektem. Po pierwsze, nie było możliwości, żeby nie wyszło – w taki sposób podchodziliśmy, że jest to coś nowego, świeżego, czego nie ma na rynku w Polsce. Po drugie, no może gdzieś z tyłu głowy była świadomość, że to doświadczenie zdobyte w korporacji, gdzie przechodziło się te kolejne szczeble, zdobywało się doświadczenie, no że zawsze potencjalnie droga powrotu by tam mogła być. Kończąc też pracę, zawsze następowało to w sposób bardzo przyjazny, szczery, transparentny, nie było żadnego palenia mostów, co też na pewno podbudowywało taką świadomość, że potencjalnie istnieje szansa jakiegokolwiek powrotu. Ale bardziej myśl przewodnia na 99 proc. była taka, że musi się udać i nie ma innej możliwości, i dlatego te 100 procent energii i serca włożyliśmy w powstanie firmy.

Planet Escape
Zdjęcie z prywatnej kolekcji Piotra.

– Piotr, a skąd pozyskujesz wiedzę odnośnie tego, jak tę firmę prowadzić? Wiadomo że metodą prób i błędów na pewno, ale czy są jeszcze jakieś inne źródła, z których korzystasz lub korzystałeś, źródła inspiracji, źródła wiedzy w procesie tworzenia firmy lub w procesie przygotowywania się do odpalenia firmy, które pomogły ci podejmować lepsze decyzje?

– To są między innymi właśnie takie rzeczy, jakie ty w tej chwili robisz, czyli czytanie, słuchanie osób, które odniosły jakiś sukces i tworzyły własne biznesy. Począwszy od książki 10 Phila Knighta 11, w jaki sposób założył Nike, która jest fenomenalną książką. To nie jest menedżer, który nauczył się zarządzać z książki, tylko bardziej taki wariat, który w ciemno szedł za swoją intuicją i nosem. Patrząc też na inne osoby, czytając biografie innych osób, słuchając rozmów z innymi rozmówcami chociażby, których miałeś – takie zdobywanie inspiracji i uczenie się, w jaki sposób omijać błędy, nie myśleć o tych potencjalnych przeszkodach. Tak naprawdę patrzenie na jakieś autorytety, te mniejsze i większe i patrzenie na błędy, jakie oni popełniali, w jaki sposób przezwyciężali to, co robili. I to była taka – można powiedzieć – olbrzymia lekcja, która – jak mniemam – uchroniła nas i dała też takiego kopa, żeby dążyć, no może nie do doskonałości, ale do coraz lepszego i żeby pokonać tę konkurencję i być liderem na rynku.

– No właśnie, jest jakaś konkurencja w tej branży?

– Tak, jest. Firm, które organizują takie egzotyczne wakacje, jest naprawdę bardzo dużo, jest bardzo dużo firm trampingowych, czyli robiących podróże małych grupek, gdzie podróżuje po 10-15 osób z pilotem. Te wszystkie firmy w tej chwili, patrząc na to w jaki sposób rozwijają się te podróże szyte na miarę, starają się przebranżowić i zmienić ścieżkę swojego biznesu, ale jak na razie nam się to udaje w najlepszy sposób i jesteśmy – wydaje się – takim mocnym liderem w Polsce.

– A wracając jeszcze na sekundę do tych biografii, czy poza Philem Knightem – którego książka jest też jedną z moich ulubionych biografii, jest po prostu niewiarygodną historią i uważam, że to jest taka przedsiębiorczość w czystej formie – czy jeszcze jakaś inna biografia przychodzi ci do głowy, kogoś innego pamiętasz? Może kogoś to zainspiruje po prostu.

– Wiesz co… bardzo mi się podobały wywiady z Sołowowem 12, 13, który jest naprawdę nieprawdopodobnym biznesmenem i odniósł niesamowity sukces. Na polskim rynku Solorz 14, Karkosik 15 – to są osoby, które są takimi tuzami polskiego biznesu, nie boją się ryzykować i potworzyli takie prężne i mocne firmy, które są liderami biznesu, nie tylko w Polsce, ale coraz mocniej rozpychają się w Europie i na świecie. I to też daje taką dosyć dużą inspirację. Dodatkowo bym powiedział, może cofając się do moich czasów korporacyjnych – przez dwa lata pracowałem, współpracując z takimi dużymi firmami z ramienia banku, gdzie spotykałem się z decydentami, właścicielami firm i nawet te rozmowy dały mi niesamowicie dużo, bo nie tylko rozmawialiśmy na temat finansów danej firmy. Zawsze byłem ciekaw, jakim cudem ci ludzie potworzyli te wielkie biznesy, gdzie zatrudniają po kilkaset osób, wszystko świetnie idzie, rozwijają się. Wydaje mi się, że też dużo inspiracji mogłem czerpać właśnie z tych dwóch lat spotkań z różnymi biznesmenami w Polsce.

– Czy jest jakaś jedna osoba z tych, które wtedy spotkałeś, która zapadła ci w pamięć, którą uważasz, że np. powinienem zaprosić do podcastu?

– Jest bardzo dużo takich osób. Nie chciałbym tutaj może wymieniać firmy, bo dużo firm z tych, z którymi rozmawiałem, jest konkurencyjnych między sobą. Rynek jest przepełniony takimi gwiazdami, można powiedzieć, które i od strony biznesowej świetnie funkcjonują, jak również od strony bycia nie tyle prawdziwym menedżerem, co liderem, który jakby tworzy koncepcję całego biznesu i za nim po prostu ludzie sami idą. I to jest naprawdę nieprawdopodobne.

Planet Escape
Zdjęcie z prywatnej kolekcji Piotra.

– Tak a propos budowania twojej firmy, czy właśnie waszej – mówisz: „Zakładaliśmy”. Opowiedz trochę o tym, jak wygląda struktura właścicielska, jak odpaliliście ten biznes, kim jesteście wy i jak to wygląda?

– Sam początek był z moim bratem Marcinem 16, on jest moim wspólnikiem, jesteśmy współwłaścicielami we dwójkę. Marcin tak naprawdę pracował – ja go ściągnąłem z Anglii – w wielkiej czwórce od Ernsta&Younga po Deloitte, KPMG w Londynie. To jest taka śmieszna anegdota: Marcin zawsze niesamowicie dużo podróżował. Niesamowicie mi to utkwiło w pamięci, kiedy odwiedziłem go w biurze Deloitte w Londynie, przechodziłem te wszystkie osoby, te wszystkie biurka i po prostu każdy za swoim fotelem miał taką wielką szafkę, gdzie były książki. Były książki prawnicze, VAT, podatki, po 100 książek, grubych tomów prawno-księgowo-finansowych. Jak podchodziłem do Marcina, patrzę, a za nimo było około 50 przewodników Lonely Planet 17, od Pakistanu, Afganistanu po Polinezję Francuską. Mówię: „Marcin, to przecież tak się rzuca w oczy, nie możesz tak jawnie nie mieć żadnych książek finansowo-księgowych.” To było dosyć takie śmieszne, ale Marcin jest właśnie taką osobą, która jest w pierwszej trójce podróżników w Polsce. On zna cały świat od podszewki i jest takim z krwi i kości pasjonatem podróży, który bez tego chyba nie mógłby żyć, to jest dla niego tlen. Z drugiej strony – ja też kocham podróże, ale mam do tego troszeczkę takie zacięcie biznesowe. I to fajnie zagrało między nami, gdy we dwójkę zaczęliśmy coś tworzyć, tzn. ja bardziej starałem się go wspomóc od strony organizacyjno-biznesowej, a Marcin, totalny wariat podróżniczy, dawał ten swój input od strony wymyślania szalonych programów, wprowadzania kierunków, których nikt nie robi. Tutaj przykład: jesteśmy jedyni w Polsce, którzy organizują wakacje na Wyspie Św. Tomasza i Książęcej 18. To jest jedno z trzech najrzadziej odwiedzanych państw na świecie, obok Kiribati i Tuvalu, osiem tysięcy turystów rocznie, nieprawdopodobnie piękne miejsce, jeden z takich ostatnich prawdziwych, zamkniętych ekosystemów, gdzie jest taka prawdziwa idylla, natura, zero komercji, zero plastiku. I wprowadziliśmy to dlatego, że on miał na to zajawkę. Teraz np. wrócił, ledwo przeżył, był w Korytarzu Wachańskim 19 przy Afganistanie, miał mały problem z chorobą wysokościową, znosili go na dywanach, które były owinięte w kije, dwa dni do granicy z Azerbejdżanem, gdzie czekało już pogotowie, które wiozło go potem 8 godzin 20 min. do szpitala. Ledwo więc uszedł z życiem, ale to jest właśnie jego życie. Tak naprawdę wydaje mi się, że ten miks zwariowanego, dogłębnego poznania świata i takiej otwartej głowy do tworzenia superciekawych programów w powiązaniu z moją naturą, taką bardziej organizacyjną dało to, że udało nam się stworzyć coś – wydaje mi się – unikalnego.

– A jak wygląda wasz podział zadań, podział osobowości? Sprawiasz wrażenie osoby takiej bardzo kontaktowej, która uwielbia kontakt z ludźmi. Czy twój brat też ma taki profil?

– Jeszcze bardziej.

– Niesamowite. To jak on w tych firmach doradczych, w tych podatkowych tematach się trzymał?

– To jest kolejne świetne pytanie. Nie mam zielonego pojęcia – to tak półżartem. Marcin jeszcze był w takiej specyficznej działce, bo zajmował się VAT-em, więc doradzał.

– No właśnie, bo wyobrażałbym sobie, że to taki człowiek, który jest dla ciebie uzupełnieniem – czyli ty będzie bardziej osobą do ludzi, a on bardziej osobą do finansów, ale z tego co słyszę, raczej rzadko goście od finansów są znoszeni zawinięci w dywanie z góry. To nie brzmi jak ten profil ryzyka typowy dla ludzi, którzy pracują z podatkami. To jak wy tym zarządzacie w takim razie?

– To niedokładnie tak… To jest naprawdę świetne pytanie. Sam nie wiem, jak się odnajdywał w tych podatkach. Może właśnie to stworzenie Planet Escape było dla niego wybawieniem, żeby nie spędził kolejnych 40 lat pracując w tych podatkach nad tabelkami, tylko tutaj realizuje swoje prawdziwe pasje. A w jaki sposób zarządzamy? Początki, powiem ci szczerze mówiąc, były trudne, bo jak powstaje firma, to jednak każdy zajmuje się wszystkim i musi być jasny rozdział kompetencji i obowiązków, bo inaczej doprowadziłoby to do dosyć dużych tarć. U nas jakoś tak naturalnie się to rozłożyło, że Marcin jest od strony produktowej, tworzy wszystkie programy, które są – można powiedzieć – naprawdę unikalne i niesamowite, troszeczkę czuwa nad sprzedażą. Ja natomiast jestem bardziej od strony organizacyjnej, od strony wprowadzenia nowych projektów, których mamy bardzo dużo, zarówno tych IT, jak i tworzenia całkowicie nowych rzeczy, które mam nadzieję zatrzęsą rynkiem turystycznym w Polsce, bo to już jest na finiszu. To jest jedna rzecz. Druga rzecz – mamy inne style podróżowania. Marcin już wyrósł – że tak to ujmę – z takich bardziej turystycznych miejsc i on woli – przykładowo – pojechać do Nepalu i mieszkać w home stay, z rodziną, wspomagać ją, odbudowywać szkołę i podróżować w mało turystycznych miejscach. Ja natomiast się troszeczkę – można powiedzieć – rozleniwiłem i lubię, jak jest troszeczkę lepszy hotel, jest wszystko fajnie poukładane i jest ten troszeczkę wyższy standard. Tak naprawdę zawsze, jak wprowadzamy te programy, dobieramy hotele, to staramy się wprowadzić i jego elementy, i te moje. Przez to powstają naprawdę superciekawe programy, bo jest to fajnie organizacyjnie zrobione, są te superbutikowe, kameralne hotele, gdzie każdy się fajnie odnajduje, ale są też inne aspekty, np. nauka sadzenia ryżu w Indonezji, nauka składania darów, zjazd z podnóża wulkanu na rowerze przez senne wioski balijskie. Są dokładane te takie małe elementy, które robią różnicę. Podam ci przykład: w Tajlandii ktoś zwiedza Bangkok, jest tradycyjne zwiedzanie, jedzie lub leci do Chiang Mai na północ i tam czeka pilot, który zawozi klienta do więzienia, do zakładu penitencjarnego. Klient nie za bardzo wie, o co chodzi, a wszystko polega na tym, że więźniarki dorabiają sobie, są genialnymi masażystkami i robią masaż w zakładzie penitencjarnym. Czyli z jednej strony jest bezpośredni wpływ pieniądza do tych właśnie biednych ludzi, z drugiej strony jest to efekt taki czegoś całkowicie innego, przygody dla klienta. Wszystko jest takie social responsible, że wspomagamy te lokalne społeczności i naprawdę zwracamy na to dużą uwagę. Wszyscy są z tego zadowoleni i szczęśliwi i to właśnie taki fajny miks, który jesteśmy w stanie zrobić, który jest – wydaje mi się – taką naszą przewagą dosyć dużą.

– Ile osób w tej chwili pracuje w waszym biznesie?

– Dwadzieścia kilka. 22.

– Całkiem sporo.

– Tak, całkiem sporo, szczególnie biorąc pod uwagę, że to są osoby, które robią tylko i wyłącznie wycieczki, nic innego. Wszystko staramy się jednak outsourcing’ować, jeżeli chodzi o inne rzeczy, czyli jeżeli chodzi o marketing, księgowość, wszystko, na czym my się nie znamy, staramy się dać na zewnątrz. Z drugiej strony, jeśli dodamy do tego wszystkich pilotów, którzy jeżdżą z grupami incentive’owymi, jeżeli do tego dodamy lokalnych kontrahentów, to ta liczba będzie zdecydowanie, kilkunastokrotnie wyższa.

– Outsource’ujecie wszystko – to jest interesujące, sprzeczne z takim stereotypem polskiego przedsiębiorcy, który wszystko wie najlepiej, w związku z czym wszystko chce mieć pod własną kontrolą i pokazywać wszystkim palcem, jak to robić. Wasza droga wydaje się też bardziej realistyczna, no bo trudno mieć pod jednym dachem wszystkie możliwe kompetencje, najlepiej skupić się na tym, co się robi dobrze. Ale zawsze pojawia się pytanie – jak podjąć decyzję odnośnie właściwego podwykonawcy, jeżeli od jego pracy zależą naprawdę krytyczne komponenty waszego biznesu, jak np. marketing i pozyskiwanie klientów. Jaki macie model na dobór podwykonawców i oceny ich?

– Oczywiście spotykamy się z wieloma firmami, które proponują nam swoje usługi, każdy przedstawia swoją wizję, strategię. Czynnikiem kluczowym nie jest oczywiście cena, a bardziej to, jaką ktoś nakreśla wizję i określa cel, i czy jest w stanie do tego dojść. Dwa – czy jest w stanie dostarczyć nam ten cel. Nie wiążemy się na całe życie, wiążemy się kontraktami na czas określony, więc zawsze możemy zmienić daną firmę. Ale tak naprawdę tu znowu wracamy do czynnika takiego ludzkiego. To widać, jeżeli ktoś posiada taką firmę marketingową i robi to z prawdziwą pasją, to jest ktoś, kto po prostu tym żyje, po prostu widać to podczas rozmowy, że bije od tej osoby energia, milion pomysłów i aż szarpanie się, żeby coś zrobić. Takie osoby zwykle odnoszą sukces i bardzo dobrze wykonują swoje zadania i takim osobom staramy się ufać i z nimi współpracować.

– A jakie jest największe wyzwanie przed wami, jako właścicielami – menedżerami firmy?

– Są wyzwania zewnętrzne i wewnętrzne. Jeżeli chodzi o zewnętrzne, to jednak widać tę konsolidację rynku i tych wielkich hegemonów, którzy walczą cenowo, zbijając nieprawdopodobnie ceny, czasami sprzedając poniżej swoich kosztów. Odbija się to oczywiście na ich wynikach finansowych, bo firmy, które mają kilkaset milionów obrotu, mają taki sam zysk jak my, ale oni starają się jednak wygryźć te inne firmy. Z punktu widzenia takiego naszego wewnętrznego, to jednak stale nam się zwiększa zespół i jak to zrobić, żeby to wszystko dobrze funkcjonowało. Z jednej strony nie chcemy być korporacją, nie chcemy być takim bezdusznym… no może nie bezdusznym, bo to jest złe słowo…

– Maszyną.

– Maszyną, gdzie każdy wchodzi, przykłada do czytnika swoją kartę, jest rozliczany z każdej minuty i z każdego telefonu. Tu każdy ma się czuć dobrze, przyjemnie i musi z uśmiechem iść do pracy. I w jaki sposób zrobić to, żeby te wszystkie osoby współgrały ze sobą i były szczęśliwe i zadowolone, no bo to jest tak naprawdę zespół i ludzie, to oni tworzą firmę i to jest najważniejsze.

– No tak, to wyzwanie przed którym stoicie, jest częste na tym etapie rozwoju firmy. Mam sporo takich doświadczeń z firmami na tym etapie, że jest ten moment, w którym ten model takiego rodzinnego zarządzania, że wszyscy z wszystkimi rozmawiają, wszyscy wszystko wiedzą i każdy o wszystkim wie, bo gdzieś przy ekspresie do kawy się spotkają, po prostu przestaje być wystarczająco skuteczny, żeby ogarnąć tę liczbę procesów, która jest, ale równocześnie nie chcesz wprowadzić maszyny, która by odczłowieczyła ten biznes i pozabierała te elementy. A macie drugą linię menedżmentu?

– Tak. Mamy już trzy poziomy tak naprawdę i jakby delegowanie i skupianie się na danych kompetencjach to jest kluczowe. My zawsze podchodzimy do tego tak, że chcemy zatrudniać tylko osoby, które są lepsze od nas – to jest jedyna możliwa ścieżka. Z tym – mam nadzieję – w miarę dobrze nam idzie. Wracając do twojego pytania, jakie są potencjalne niebezpieczeństwa. Patrząc wewnątrz firmy to jest to, że my tak bardzo agresywnie wychodzimy w rynek. Jesteśmy w tej chwili na ukończeniu takiego całkowicie nowego projektu, który będzie wprost bezpośrednią konkurencją dla tych wielkich hegemonów i wręcz może nie boimy się, ale zastanawiamy się, w jaki sposób oni zareagują, jak zauważą naszą obecność. To też jest coś nad czym musimy się zastanowić i przemyśleć, ponieważ mamy nadzieję w najbliższych latach znacząco zwiększyć, z tym nowym pomysłem, który wchodzi w życie za dwa miesiące, skalę naszej działalności w sposób wręcz geometryczny. Bardzo ciekawi jesteśmy, jak zareaguje rynek, wielka konkurencja i w którą stronę to pójdzie.

– Ciekawe. A co spowodowało, że zdecydowaliście się na to, żeby jakby zamiast pielęgnować obszar, który macie dobrze zadbany i rozwijać się organicznie, jednak zdecydowaliście się – jak rozumiem – pójść agresywnie w trochę nowy rynek i wejść w konfrontację i grać z dużymi graczami w obszarze, w którym oni są silni? Jestem ciekaw, co spowodowało, że zdecydowaliście się pójść w tym kierunku? Trochę oczywiście zgaduję, bo nie wiem na czym to polega i nie chcę też drążyć więcej niż powinienem na tym etapie.

– Po pierwsze, to będzie coś całkowicie innego i niezależnego do Planet Escape. Tu mówimy o czymś całkowicie nowym, nowym startupie, niż że Planet Escape będzie bezpośrednią konkurencją. Planet Escape jest naszym oczkiem w głowie, to jest nasze dziecko i to zawsze będzie na pierwszym miejscu, w 100 proc. pielęgnowane. W tej chwili, patrząc na ten drugi projekt, który jest na ukończeniu, to jest tak naprawdę zawsze tak jak w sporcie – każdy chce być coraz lepszy, chce wyprzedzać konkurencję, porównywać się do największych, najlepszych i wydaje mi się, że to trochę wychodzi z tego. Ja zawsze kochałem sport, kochałem rywalizację, nie tyle bezpośrednie starcia, żeby z kimś wygrywać, tylko właśnie tę rywalizację i dążenie. Chodziło o samą drogę, nie o cel, o samą drogę. Jest to coś ciekawego, nowego, co pozwoli nam jakby rozszerzyć nasze horyzonty i nasze pole działania. Coś nowego zawsze inspiruje, podnieca i daje ci takiego kopa do działania. To są takie główne powody, które sprawiają, że jednak nie osiadamy na laurach i nie zadowalamy się tylko i wyłącznie tym, co mamy, a jednak dążymy do osiągania tego niemożliwego.

– Chcecie się sprawdzić.

– Można tak powiedzieć. Kto nie ryzykuje, ten nie żyje.

– No tak. Żyje się krótko i warto coś po sobie pozostawić.

– Dokładnie tak.

– A co ciebie napędza? Rozumiem, że trochę, delikatnie ta rywalizacja, dużo jest w tym też takiego fun’u, bo cały twój biznes zaczął się od fun’u i od tego, co chciałeś robić. Co jeszcze jest dla Ciebie takim napędem każdego dnia, który w momentach, kiedy idzie coś nie tak, bo zawsze są takie momenty, utrzymuje cię przy życiu?

– Wiesz co… ja po prostu to lubię. Lubię przypływ adrenaliny, to że cały czas coś się dzieje. Jak nic się nie dzieje i biznes się staje taki statyczny, no to musi być z boku gdzieś ten dochodzący bodziec, który mówi „Hej, musicie coś zrobić, czy coś nowego czy poprawić.” I tak naprawdę to ciągłe działanie jest takie bardzo motywujące i takie bardzo inspirujące, żeby cokolwiek robić. Ciężko to wytłumaczyć. Jak popatrzeć na tych wszystkich wielkich biznesmenów, chociażby na naszym lokalnym podwórku, to też nie są osoby, które będą żyły za pieniądze, bo oni zdobyli swoje fortuny i są na pewno bardzo dobrze ustawieni od strony finansowej. To jest po prostu coś, co daje im fun, daje im kopa do działania i po prostu lubią to robić. Są takimi prawdziwymi przedsiębiorcami, którzy chcą coś zmienić na danym rynku.

– A co robisz, kiedy nie pracujesz? Jak znajdujesz na to czas?

– Co robię, kiedy nie pracuję? Jak nie pracuję, to myślę o pracy. Cały czas chodzę z telefonem i notuję sobie w notatniku nowe pomysły. Z drugiej strony – gram w piłkę, w tenisa, bardzo dużo podróżuję dalej, odwiedzając dane miejsca i tu jest też problem. Przykładowo jadąc na wakacje zawsze marzę o tym, żeby wziąć książkę i poczytać na leżaku na plaży i po prostu odciąć się całkowicie – co się nigdy nie dzieje. Zawsze kończy się na tym, że czytam trzy strony, wstaję, biegnę trzy kilometry w jedną stronę, trzy kilometry w drugą, wchodząc do hoteli, które mi się podobają i wyszukując kolejne jakieś takie zagubione w czasie i przestrzeni perełki butikowe i kameralne.

– No właśnie, czyli to służy twojemu biznesowi, ale pytanie czy to służy tobie? To właśnie było to, od czego zaczęliśmy tę rozmowę: gdy zadałem pytanie, w jaki sposób – kiedy hobby zamienia się w źródło przychodu – ono zostaje nadal hobby, czyli ile zostaje tej pasji, tego odprężenia, tego odbicia, bo tak naprawdę w tym momencie to hobby jest tym samym, czym jest praca. Zastanawiam się, czy szukasz takich dróg, żeby mieć jakieś inne jeszcze, alternatywne punkty, żeby trochę nabrać perspektywy? Ciekaw jestem, jak sobie z tym radzisz?

– Work-life balance jest nieprawdopodobnie ważny. Przyznam się szczerze, że mam z tym chyba problemy.

– Dlaczego uważasz, że jest ważny? Myślę, że jest przereklamowany. To bardziej chodzi o to, żeby zadbać o jakiś balans energetyczny.

– Balans energetyczny mam uprawiając sport, podróżując, kocham jeść, kulinaria, bardzo dużo gotuję, wszedłem też w biznesy kulinarne, co też zawsze było moim marzeniem.

Planet Escape
Zdjęcie z prywatnej kolekcji Piotra.

– No trudno, co zrobić, ja kiedyś położyłem jedną kawiarnię…

– Tak więc staram się skupić też na tych innych rzeczach, ale no jednak jakby ta praca jest dalej przyjemnością. To nie jest tak, że jest praca i idę załamany, bo muszę iść do pracy, tylko dalej sprawia mi to niesamowitą przyjemność i przez to może aż tak bardzo nie odczuwam, dopóki ktoś mnie nie zapyta, czy mam work-life balance, a ja powiem, że nie. Może mniej po prostu o tym myślę, normalnie lubiąc to co robię.

– Wiesz, nawet nie pytam o work-life balance, bo sam nie jestem przykładem tego, że to jest. W zasadzie można sobie zadać pytanie, czy to jest w ogóle możliwe, żeby mieć balans, a nawet można się zastanowić, czy w ogóle jest coś takiego jak work-life i real life, czy to jest po prostu jedno życie, które się ma i ono po prostu jest jakie jest. I z tej perspektywy przeznaczasz na pracę tyle, ile chcesz przeznaczyć, bo po prostu uważasz, że ona jest ważna. Myślę, że się trochę stygmatyzuje ludzi za to, że chcą dużo pracować, ale jeśli to jest ich pasja, to przecież jest to ich wybór. Też bym nie fetyszyzował tego balansu za wszelką cenę – jak go nie chcesz mieć, to go nie masz, no i tyle. Ale intryguje mnie, jak odzyskujesz energię, bo też jestem taką osobą bardzo hiperaktywną i wielu przedsiębiorców, z którymi rozmawiam, to są osoby turboaktywne. Wczoraj rozmawiałem z jednym gościem, który powiedział, że w ogóle jego największe wyzwanie to to, że jest tak nakręcony, to ma kłopoty ze snem wręcz, jakby to do tego stopnia się posuwa. Tu szukam jakichś trików dla tych przedsiębiorców, bo oni raczej nie mają problemów z motywacją, raczej wyzwaniem jest, jak się zregenerować, żeby nie pracować 24 godziny na dobę. Słyszę: gotowanie, trochę sportu – czy coś jeszcze?

– Odpowiadając na szybko, powiedziałbym że zdecydowanie sport, bo to pozwala się totalnie wyładować, wyłączyć głowę i nie myśleć o tym, co się robi, ale ja bym też popatrzył na dwa typy ludzi. Jest typ ludzi, który pracują z pasji, kochają to, co robią i jest typ ludzi, którzy pracują, bo pracują. Dla tych ludzi, którzy pracują z pasji, energia bierze się z samego działania i z tego, że robią to, co kochają. I to jest główny motyw ich napędzający, że są szczęśliwi robiąc to robią. Jeżeli chodzi o inny typ ludzi, no to tu musimy popatrzeć na te aspekty pozapracowe typu…

– …szukanie zajawek gdzie indziej…

– Dokładnie, szukanie zajawek i innych bodźców gdzie indziej.

– O rety, no bardzo fajnie, bardzo zgrabnie to ubrałeś, rzeczywiście. Po prostu praca jest pasją i kropka.

– Wiesz, nawet to jak tworzymy nowe rzeczy, czy ta aplikacja, którą będziemy mieli dla klientów, to mi od razu daje uśmiech na ustach, jak pomyślę, że ktoś będzie sobie mógł kliknąć serduszko i zaznaczyć: tu jest pani Nguyen, która sprzedaje zupę pho i znajduje się na tej ulicy. I ktoś inny będzie mógł pójść, zjeść tę zupę i powiedzieć: „Wow, to jest najlepsza zupa pho, jaką w życiu zjadłem”. I to są takie małe rzeczy, które jednak niesamowicie cieszą.

– Czyli taki TripAdvisor dla Planet Escape, wewnętrzny, dla tej społeczności waszych klientów i waszych gości.

– Tak. To są właśnie takie małe rzeczy, które dają tę energię i inspirację, żeby działać i coś zrobić.

– A dokąd zmierzasz? Słyszę o tym nowym projekcie, o którym jeszcze pewnie nie chcesz opowiadać zbyt wiele, ale jaki jest kolejny krok albo dokąd chciałbyś dojść? Bo krok kolejny to rozumiem – tu aplikacja wewnątrz, tutaj nowy biznes, nowy startup, a dokąd zmierzasz?

– Jeżeli popatrzymy na cele, to można to rozłożyć na jakieś odstępy czasowe, czyli jakiś cel za 3, 5, 10 i 20 lat. Patrząc teraz stricte na cele biznesowe, nie skupiając się na życiu rodzinnym i to odstawiając troszeczkę na drugi tor, to pod względem biznesowym w ciągu trzech najbliższych lat chcemy – jeżeli chodzi o Planet Escape – dalej się umacniać na rynku jako lider i dalej powiększać ten swój udział. W ciągu 5 lat chcemy z Planet Escape i naszym nowym pomysłem już zaistnieć w Europie Środkowo-Wschodniej, bo najłatwiej będzie nam wejść na te rynki – mówimy o południowych czy wschodnich, gdzie ta mentalność Słowian jest bardzo podobna. No i zobaczymy, co dalej będzie. Ambicje mamy naprawdę bardzo duże, nie chcemy się zatrzymać tylko na lokalnym podwórku, inspiracji mamy multum, o których wcześniej rozmawialiśmy, nawet patrząc na te inne osoby. Cele więc mamy ambitne, inspiracje olbrzymie, a dokąd to doprowadzi, to czas pokaże.

– Super. Piotr, o co jeszcze powinienem cię zapytać albo co byś chciał powiedzieć słuchaczom, o co cię nie zapytałem?

– To, co jest najważniejsze – może nie chciałbym tutaj mędrkować ani być jakimś bogiem biznesu, bo zdecydowanie takim nie jestem, po prostu nam się trochę poszczęściło z tym, co robimy – ale to co jest najważniejsze, to przede wszystkim każdy powinien robić to, co kocha. Nieważne, czy jest śmieciarzem, kelnerem czy finansistą. Jeżeli ktoś jest kelnerem, jest najlepszy w swoim fachu i sprawia mu to przyjemność, to po pierwsze będzie dążył do perfekcji, będzie genialnym kelnerem i będzie to wykonywał w niesamowicie dobry sposób. On będzie szczęśliwy, klienci będą szczęśliwi. Niezależnie więc od tego, w jakiej branży jesteśmy, powinniśmy robić to, w czym mamy pasję i to co kochamy, bo patrząc na długi okres, tylko to się opłaci.

– Nic nie dodam. Dzięki, Piotr, bardzo ci dziękuję za rozmowę, trzymaj się!

– Dzięki, Greg.

Planet Escape
Zdjęcie z prywatnej kolekcji Piotra.

Linki:

  1. Piotr Molicki na Facebook’u https://www.facebook.com/piotr.molicki.9
  2. Planet Escape, strona główna https://planetescape.pl/
  3. Planet Escape na Facebook’u https://www.facebook.com/Planet-Escape-196706037120222/
  4. Druga podróż Piotra dookoła świata, 10 lat po pierwszej https://tvn24bis.pl/wideo/podroz-poslubna-jak-marzenie-to-poczatek-naszego-pomyslu-na-zycie,1529847.html
  5. Skyscanner https://www.skyscanner.pl/?
  6. Kayak https://www.kayak.pl/
  7. Customer journey map (ang.) – mapa podróży klienta https://nowymarketing.pl/a/20225,czym-jest-i-po-co-mapuje-sie-customer-journey
  8. Hosted buyer (ang.) – kupujący zapraszany na koszt dostawcy http://www.eventmapa.pl/slownik/504/hosted-buyer
  9. CRM – customer relationship management (ang.) – zarządzanie relacjami z klientami https://pl.wikipedia.org/wiki/Zarz%C4%85dzanie_relacjami_z_klientami
  10. Książka Phila Knight’a „Shoe Dog” – ”Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE; Autor: Phil Knight; Tłumaczenie: Maciej Szymański; Wydawnictwo: Rebis; 2016 http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4051796/sztuka-zwyciestwa-wspomnienia-tworcy-nike
  11. Życiorys Phila Knight’a https://finanse.wp.pl/phil-knight-6163981800359553c
  12. Wywiad z Sołwowemhttps://www.youtube.com/watch?v=uWBn4ZaAQz8
  13. Michał Sołowow dziś https://echodnia.eu/kielczanin-michal-solowow-najbogatszym-polakiem-lista-10-najbogatszych-polakow/ar/12953534
  14. Zygmunt Solorz https://pl.wikipedia.org/wiki/Zygmunt_Solorz-%C5%BBak
  15. Roman Karkosik https://pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Karkosik
  16. Marcin Molicki https://www.youtube.com/watch?v=ZONBAVZgLVA
  17. Przewodniki Lonely Planet https://shop.lonelyplanet.com/products/the-travel-atlas-1
  18. Wyspy Świętego Tomasza i Książęca https://pl.wikipedia.org/wiki/Wyspy_%C5%9Awi%C4%99tego_Tomasza_i_Ksi%C4%85%C5%BC%C4%99ca
  19. Korytarz Wachański http://www.national-geographic.pl/traveler/kierunki/korytarz-wachanski
Może Cię zainteresować

Jak ocenić swój biznes i wyznaczyć nowe cele?

Czytaj

Dawid Mędrek – PushPushGo: jak mentalnie jako founder przygotować się na sprzedaż swojej spółki?

Czytaj

Business Unlimited Newsletter

Zainwestuj 5 minut w tygodniu, by osiągać więcej. Dołącz do tysięcy przedsiębiorców i zarządzających biznesem w społeczności Business Unlimited. Wymieniaj się wiedzą i doświadczeniami. Otrzymuj co tydzień bezpłatne inspiracje i niespodzianki od gości Greg Albrecht Podcast. Dzięki Business Unlimited staniesz się bardziej skutecznym liderem.

A jeśli zmienisz zdanie? Możesz wypisać się jednym kliknięciem!

×